Księga Pamiątkowa Ryk

[Strona 263]

Mój ojciec

Jehoszua Abramowitz

Z hebrajskiego na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego przełożył Andrzej Ciesla

Zawsze pragnąłem dowiedzieć się coś więcej o moim ojcu, ale on ciągle miał mało czasu, aby opowiadać mi o swojej przeszłości, o dzieciństwie i młodości w miasteczku. Czasami wydawało mi się, że łatwiej mu było pisać niż opowiadać o tym czego doświadczył bo dużo pisał o swoich przeżyciach. Mimo to pamiętam pogawędki, w czasie których ojciec opisywał miasteczko i dni targowe, kiedy to przyjeżdżało wozami konnymi dużo ludzi. Rynek był pełen furmanek, a wyprzęgnięte konie głowami zwrócone do wozu żuły sieczkę. Między wozami było ciasno , a krzyk i zgiełk napełniały miasteczko. Rolnicy z całej okolicy kupowali u ŷydów. To było właśnie prawem rynkowym każdego małego miasteczka. Kiedy tak dzisiaj o tym myślę, dochodzę do wniosku, że powodzenie w handlu zależy od ludzi, którzy prowadzą ten handel. Jeżeli są sprytniejszymi i sprzedają taniej, albo obsługują grzecznie, uprzejmie i z uśmiechem i mają klientów.

Ojciec wiedział, że jest mi dziwne to, że nie mam ani dziadka ani babci. Opowiadał mi, że jego ojciec, właściciel sklepu z drzewem, zmarł w sile wieku. Był wierzącym Żydem i dawał jałmużnę. Dobrowolnie przekazywał pieniądze i na gminę, dlatego wszyscy go bardzo poważali i korzystali z jego dobroci. Po jego śmierci cały ciężar utrzymania domu spoczął na moim ojcu , który musiał w bardzo młodym wieku zacząć pracować zarobkowo. Wyuczył się w Warszawie na fotografa.

Był chyba dość wrażliwym i pełnym radości człowiekiem i nie można się dziwić, że problem narodowości nie był mu obojętny. Doświadczył na własnej skórze antysemityzmu i dlatego zaczął sympatyzować z ideałami syjonizmu. Został oddanym i aktywnym członkiem tego ruchu. Służył mu jak tylko mógł. Całą swoją siłę i energię w całości poświęcał ruchowi. Przyłączył się do kibucu „Hachszara” („przygotowanie”**) i marzył o emigracji do Palestyny.

Po wybuchu drugiej wojny światowej doświadczył koszmaru getta. Na szczęście udało mu się uciec do Rosji, gdzie przeszedł długą i ciężką drogą. Warunki życia się tam pogarszały z dnia na dzień ale mimo wszystko ojciec starał się utrzymywać dobre stosunki z ludźmi ze swojego otoczenia i pomagać braciom w nieszczęściu , kiedy to było tylko możliwe. Nie ma wątpliwości, że ojciec mógłby napisać całą książkę o tym wszystkim, co mu się przydarzyło w latach wojny , gdyby niestety nie ten straszny wypadek. Odszedł od nas w sile wieku, będąc aktywnym i twórczym.

Po wojnie , kiedy wrócił do Polski , stoczył trudny bój o żydowską emigrację do Palestyny. Dobrowolnie przyłączył się do organizacji „Bricha”(„ucieczka”**) w której pełnił różne funkcje i w roku 1946 wyemigrował do Palestyny. Tam przyłączył się do organizacji „Hagana”(„ruch oporu”**) i został ranny.

Na częstych naszych spacerach słyszałem z ust ojca mnóstwo opowieści , które zawsze poprawiały mi humor. Ojciec pragnął nie tylko udzielić mi informacji , ale głównie przybliżyć realia swojego życia w diasporze, rzeczywistość żydowskiego życia w miasteczku oraz ciężką pracę jego mieszkańców. Nigdy nie pogodził się z emigracją i czuł potrzebę walki co głęboko wyczuwało się w jego opowiadaniach.

W opowiadań o holokauście przewijało się najwięcej cierpienia , które raniło jego serce jak tysiące noży. Z drugiej zaś strony, kiedy jeździliśmy i podziwialiśmy piękno Izraela , był zawsze pełen entuzjazmu . W tym czasie pracował jako fotograf w redakcji Bamachane[1] i brał udział w różnych imprezach poznając Izrael wzdłuż i wszerz. Z zainteresowaniem słuchało się jego opisów pełnych ciepłej i szlachetnej wrażliwości.

Zwięzłość i rzeczowość – to są podstawowe cechy charakteru mojego ojca. To stanowiło jego bezpośrednie podejście do życiowych i duchowych problemów . A jeszcze do tego niepokój. Gorące serce pełne uczuć biło w nimdla dobra sprawy.

Kiedy zaczął pracować nad książką o swoim rodzinnym mieście, starał się zrobić maksimum tego, co mógł . Oddał się temu całkowicie i dlatego pracował w sposób przemyślany, nie skarżył się i nie unosił. W tej pracy znalazł zadośćuczynienie. Mawiał:”Tak, to się musi zrobić”. W jego charakterze pozostała ta sama młodzieńcza wrażliwość, ta sama zdolność zrozumieć drugiego, którą próbował przekazać i mnie. Ja się tylko modlę, abym miał siłę i wolę pójść w jego ślady.

Przypisy:

* od tłumacza z czeskiego
** od tłumacza z jidisz
  1. „W Obozie” - izraelskie czasopismo wojskowe ** Return


[Strona 265]

Pieśń mojego miasteczka

Malach Zuckerkop–Cukier

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

ryk265.jpg
Malach Zuckerkop-Cukier

 

Wracam pamięcią do dawnych lat, do moich drogich rodziców,do cichych uliczek i głośnego rynku,do chederu i bejt–midraszu,do zapachu wiosny na polach i łąkach za miasteczkiem,do rzeki i do tego wszystkiego,co było mi bliskie i drogie.Do tamtych ludzi wśród których wzrastałem i z którymi przeżywałem radości i ciężkie chwile.

To wszystko było w Rykach.To wszystko się stało!Oh! jak ciężko jest o tym wszystkim opowiadać! Ale jednak bardzo chcę o tym mówić i pisać.Zacznę od początku ,od czasu kiedy umiałem wymówić zaledwie kilka słów, do czasów późniejszych ,do nauki w chederze,w bejt–midraszu i pracy.

Serce boli ,kiedy wspominam to co było i czego już nie ma.A równocześnie czuję ,że mam obowiązek uwiecznić to wszystko, co należało do naszego dawnego życia:ciekawych ludzi,którzy żyli w naszym miasteczku oraz wszystkich naszych bliskich,drogich i pobożnych.

Kiedy się wspomina tamtejszych Żydów z pięknymi długimi brodami i pejsami,z radością na twarzach i w sercach ,z wolą rezygnacji z materialnego życia i ze wszystkiego co nieżydowskie, z ich wielka wiarą w Boga – to czuje się żal i ogarnia wtedy rozpacz.Przebiega dreszcz po ciele,na myśl,w jaki straszny sposób zginęli.

Tak to było kiedyś……kiedyś byli i Żydzi z tamtych czasów,i dawne życie ,i tamta wiara ,wiara w Boga.I pomyśleć,że oni wszyscy zginęli!

Pusto jest teraz w Rykach .Kiedy piszę te słowa,zdaje mi się,że zostałem sam jeden z tak wielkiej i pięknej żydowskiej gminy.W głowie kłębią się ponure myśli.Chce się usiąść w kącie, odmawiać psalmy i pozwolić płynąć łzom.Płakać,płakać i płakać po tym wszystkim,co przeminęło z wiatrem i poszło z dymem.Zginęło na różny sposób : zastrzelone, uduszone,spalone. [1]

 

Wielki pożar

Wracam pamięcią do tego wielkiego pożaru,który wybuchł w Rykach,kiedy byłem jeszcze dzieckiem.

Przed moimi oczyma stoi obraz,jak miasteczko w biały dzień ogarnęły ze wszystkich stron płomienie.Rozległy się krzyki:„Pali się!Pożar!

Rozgrzane powietrze smagało twarze.Żydzi biegali z wiadrami wody.Jeszcze teraz przed oczami ożywają obrazy odwagi przy gaszeniu ognia,który momentalnie rozszerzył się na całe miasto.Gaszenie nie skutkowało,bo ogień szalał.Kobiety i dzieci nie wiedziały,co najpierw ratować . Zaczynały pakować pościel, która była największym skarbem każdego żydowskiego domu i wynosiły w pośpiechu na pole,gdzie zebrało się dużo kobiet i dzieci,których domy już się spaliły.

W ciągu kilku godzin miasto poszło z dymem.Pozostał smutny widok ruin,w których grzebali dorośli i dzieci.Słychać było gorzki płacz.Miałem wtedy 6 lat.Jak wszystkie inne żydowskie dzieci chodziłem do chederu i studiowałem Chumesz [2].Tego tragicznego dnia właśnie stałem w sklepiku rodziców, kiedy zauważyłem,jak nagle podnosi się w niebo gęsty dym.Wyglądało to tak, jak wybuch wulkanu.Nie wiedziałem czy to słup ognia, czy chmura.Obłok dymu wzniósł się zza bejt–midraszu i ogarnął część domu Estery–Mirale do końca Najczego,a potem przeniósł się na dom Mojsze Judla w kierunku naszego domu.W samym środku rynku powstał straszny wir.Śmiecie,papiery,słoma i liście kręciły się w strasznym korowodzie i tańczyły diabelski taniec.W mgnieniu oka całe miasteczko ogarnęły płomienie.

Wtedy mama chwyciła małe dzieci i wybiegła na dwór.Widząc,że nasze miasto się pali, zdecydowaliśmy rozdzielić rodzinę na pół,dokładnie tak jak to zrobił praojciec Jakub(”Rozdzielić naród na dwa obozy').Mamę z małymi dziećmi Sorą,Perlą i Mordechajem odesłaliśmy do dworskiego sadu,a tata,ja i Mojsze zostaliśmy na miejscu,aby pomagać gasić pożar.

Rodzice już mieli doświadczenie z ogniem z wcześniejszego wielkiego pożaru,który nazywaliśmy pożarem ”piekarza Fiszla„.Dlatego na wypadek nieszczęścia zrobili betonową podłogę i zamontowali w sklepie żelazne drzwi.Widząc języki płomieni buchające w niebo,chwytaliśmy towar i rzucaliśmy ze sklepu do piwnicy,aby co najwięcej uratować.My obaj i tata wzięliśmy wielki kocioł i pobiegliśmy do studni po wodę do gaszenia pożaru.

Wylaliśmy dziesiątki kotłów wody na betonową podłogę i żelazne drzwi,aby ogień tam się nie dostał.Pompa była tak rozgrzana od gorąca,że nie można było rękoma pompować wody.Poradziliśmy sobie tak,że owinęliśmy chałatem rękojeść i pompowaliśmy ze wszystkich sił.I tak pracowaliśmy cały dzień ,aż przyszła noc.Ogień się zmniejszył i powoli dogasał.

 

Pogorzelcy

Ranek następnego dnia był daleki od świątecznego.Wyglądało jak po katastrofie.

U nas szkoda nie była duża.Towar w piwnicy prawie całkowicie udało się uratować.Nasza rodzina była jedną z tych,która stanęła szybko na nogi.

Rodziny pogorzelców pozostały bez dachu nad głową.Żydzi w Rykach byli gościnni, ale mało który dom ocalał.Większość pogorzelców zamieszkała w barakach,gdzie gnieździli się przez wiele miesięcy właściciele sklepów i warsztatów,którzy zostali bez środków do życia.Najgorszy los spotkał drobnych rzemieślników,którzy pozostali bez grosza w kieszeni.Trzeba było im zapewnić kawałek chleba.Ludziom spaliły się ubrania.Kręcili się po wypalonych uliczkach w milczeniu,które ściskało serce.Myśleli: skąd nadejdzie pomoc?

Wyglądało na to,że wyczerpano już wszystkie możliwości,a mimo wszystko ludzie nie stracili wiary.Wiara była jedyna bronią Żydów w tym trudnym czasie.Stanowiła mocną zbroję,która łączyła serca,wzmacniała odwagę i chęć do życia.Cierpienie brano z miłością i z resztą energii wzięto się do odbudowy.Po wielkiej katastrofie zaczęła się dla pogorzelców mozolna praca.Trzeba było ją zorganizować, stworzyć ludziom dach nad głową i postarać się o chleb i odzież.Najważniesze były małe dzieci i kobiety w ciąży.Blisko stawu Buksa postawiono wielki barak w którym ich zakwaterowano.Moja mama spodziewała się wtedy mojego najmłodszego brata Benjamina Ben–Cijena. Wszyscy pogorzelcy żyli tam jak członkowie jednej rodziny.Wytworzyły się przyjacielskie więzy między poszkodowanymi ,które przetrwały wiele lat aż do wielkiego nieszczęścia,kiedy to ryckie żydostwo wyprowadzono w ostatnią drogę –na śmierć.

Postawiono także namioty dla pogorzelców.Reszta urządziła się w domach swoich krewnych.Udostępniono także do zamieszkania szkoły.

Problemy powstały później,kiedy zaczęto budować domy.Rząd w Warszawie dawał dla poszkodowanych specjalne pożyczki.Tych to pożyczek nigdy nie udało się spłacić.Ta niedźwiedzia przysługa spoczywała na żydowskich ramionach i jej ciężaru nie można było udżwignąć.Słyszałem często w domu,jak mówiono,że sąsiad lub ktoś inny sprzedaje dom,bo nie jest w stanie spłacać pożyczki wraz z oprocentowaniem.Pożyczka i pomoc dla pogorzelców były zmorą mieszkańców Ryk, którzy bali się,że jutro może ktoś przyjść i wyrzucić ich z własnego domu.Organizowano delegacje do Warszawy,do urzędu pożyczkowego,aby wyprosić wstrzymanie zarządzenia o tych bolesnych egzekucjach.Jechały grupy i pojedyńcze osoby.Używano różnych sposobów,mobilizowano wszystkie siły.

Zaczęto pukać do drzwi różnych instytucji, gdziekolwiek tylko można było liczyć na jakąś pożyczkę.Całe dni załatwiało się kredyty,wylewając przy tym morze łez ,bo procedury załatwienia pożyczki były bardzo trudne.

Do dnia dzisiejszego pamiętam tamten strach Żydów z miasteczka spowodowany obawą o niemożliwość spłacenia w terminie podpisanych weksli.Groziła im konfiskata domu–sklepiku,tego jedynego,ostatniego majątku,który na nowo zbudowali.

Przez lata żyli w niepewności nie przestając szukać sposobu na przeżycie.Wybierali delegacje do Warszawy,aby w centralach powstrzymać licytację i przedłużyć terminy płatności.Delegacje,które wysyłano do Warszawy były świadome odpowiedzialności ,jaka na nich spoczywała.Poruszyli niebo i ziemię, aby odwołać zarządzenia grożące odebraniem Żydom w Rykach majątku.Ten koszmar prześladował Żydów w miasteczku przez wiele lat aż do wybuchu wojny.W tych staraniach pomagała im silna wiara w uczciwe życie,która pobudzała ich energię i aktywność.

To właśnie ta wiara w Boga,którą odziedziczyli po ojcach,kazała im walczyć o pracę i utrzymanie,o prawa i cześć.Gdy tylko pojawiła się okazja,zaraz tryskali pomysłami i ujawniała się ich przedsiębiorczość w handlu,rzemiośle czy interesie.

Ta wiara świadczyła o wielkiej żywotności i chęci do życia,którą posiadali Żydzi w naszym miasteczku.Byliby zdolni do działania we wszystkich dziedzinach,gdyby nie byli na wulkanie nienawidzącego środowiska,które tylko czekało,aby zrobić im coś złego,aby utrudnić im życie.

 

Jarmarki

W dniach kiedy nie było jarmarku,starzy Żydzi stali długie godziny w sklepikach i wyglądali klienta.Reszta kręciła się po rynku i myślała jakby tu zrobić choć niewielki interes.Na ich twarzach malował się wtedy smutek. Wyraz twarzy wszystkich zmieniał się w dzień jarmarku.

Od wczesnego rana po wszystkich drogach wiodących z okolicznych wsi jechały do miasta furmanki pełne chłopów i chłopek.Prowadzono owce i byczki.Wszędzie było słychać gęsi i kaczki.W powietrzu poranka czuć było zdrowy zapach wiezionej w workach przez chłopów pszenicy i kukurydzy,owoców i różnych warzyw.

Nie było w miasteczku ani jednego Żyda,który nie czekałby cały tydzień na jarmark.Czekali nie tylko handlarze ale także rzemieślnicy,którzy przez cały tydzień pracowali i przygotowywali swoje wyroby na sprzedaż.Nawet i zwykli mełamedzi z miasteczka,mełamedzi dla najmniejszych dzieci (dardeki) i zi gemore mełamedy,którzy uczyli Gemary,cieszyli się cały tydzień na jarmark,kiedy to chłopi przyjadą do Ryk nie tylko sprzedawać ale i kupować.

Z samego nauczania nie dało się wyżyć i na pewno by się żyło mełamedowi gorzej ,gdyby nie miał żony,porządnej gospodyni,która w czwartek handlowała na targu.

Ale spośród wszystkich najbardziej cieszyli się na czwartek sklepikarze.Cały tydzień modlili się i prosili Pana Boga ,aby w dzień jarmarku była ładna pogoda,by nie padał deszcz czy śnieg.

Największe napięcie panowało przed nadejściem chrześcijanskich świąt,kiedy odbywały się wielkie jarmarki,na które przygotowywano się długie miesiące.A co się wtedy przygotowywało na jarmark w sklepach i sklepikach ? Otóż :galanterię,materiały,skórę ,artykuły żelazne i różne inne produkty.

Wszyscy uwijali się raźnie odzyskując energię.Każda chwila była droga.Pragnęli, aby wszystko było w porządku i aby,nie daj Boże, był zły jarmark ,bo trudno byłoby przeżyć zimę.

Kiedy przyszła zawierucha i nadciągnęły ciemne chmury nad miasteczko,handlarze,kupcy i rzemieślnicy kręcili się ze spuszczonymi głowami, ciężko wzdychając.Drżeli na myśl o zimnie i biedzie.

Ciężka była dola żydowskiego wiejskiego domokrążcy,który chodził po wioskach z workiem towaru na plecach. Igły,wstążki,materiały,korale i inne rzeczy to towar z którego,choć w niedostatku, mógł przeżyć z żoną i dziećmi.

W lecie i w zimie ci Żydzi przemierzali po drogach wiele wiorst.Najgorzej było gdy napadało dużo śniegu i wiało prosto w twarz .Trudniej było wtedy oddychać i brnąć po kolana w śniegu.Niebezpiecznie było wtedy odpoczywać bo,nie daj Boże,groziło to zamarznięciem.

Trudno jest zapomnieć tych obrazów gdy wspomina się miasteczko.Walka o byt była nadludzkim wysiłkiem,tak jak ”rozstąpienie morza„.Po złych dniach targowych biegano ze smutkiem w oczach po sąsiadach i znajomych prosząc o bezprocentową pożyczkę.

Mimo trudnej sytuacji,Żydzi w Rykach nie popadali w przygnębienie i nie przestawali wierzyć w lepsze czasy.Biedni, choć żyli czasami w okropnej biedzie, wierzyli,że jutro będzie lepiej.

 

ryk271.jpg
Rynek w Rykach w roku 1925
(fotografował Alter Kacyzne*)

 

Tak żyli,myśleli i czuli nasi ojcowie i dziadowie.Przeżywali kłopoty , rozczarowania i upadki ,ale nie tracili nadziei,że i dla nich zaświeci kiedyś słońce.

Widzę siebie jako małego chłopca stojącego między grupami w bejt–midraszu,na targu i przysłuchującego się rozmowom i sporom o dwóch kandydujących na rabina w naszym miasteczku.Spierano się o to,który z dwóch kandydatów jest bardziej uczony,który będzie lepszym przywódcą, i bardziej nadaje się na objęcie pozycji rabina i przyniesie poważanie gminie żydowskiej w Rykach.

W ten wir wyborów wciągnęli się nie tylko dorośli,młodzież i starcy ale także chłopcy.Pamiętam, jak siedziałem u magida i drukowałem kartki na wybory ,bo nie było drukarnii.Na kartkach było imię Oszer Elimelech Hofsztajn.

Widzę przed sobą miłą, uśmiechniętą twarz magida,który przede wszystkim czcił Torę i potrafił tę miłość rozpalić u wszystkich Żydów,którzy się z nim kiedykolwiek spotkali. Byli przesiąknięci Torą i bogobojnością.Byli wysoce moralni i z dobrymi manierami.W tym sporze obie strony uważały,aby się nie obrażać nawzajem, nie ubliżać sobie i uszanować jeden drugiego.

Pamiętam jakie wtedy panowało ożywienie w miasteczku.Jedni trzymali stronę magida a drudzy Jidla,syna rabina.Ale kiedy magid wszedł do bejt–midraszu ,to nawet i jego przeciwnicy oddawali mu szacunek.Tak samo zachowywała się i druga strona.Był to spór w imię Pańskie.

 

Chasydzkie miasteczko

Ryki były miasteczkiem chasydzkim.Chasydzkie ubrania i chasydzkie niguny były tutaj częścią krajobrazu.A nawet w synagodze czy w minjanu rzemieślników modlono się chasydzkim sposobem [3].

Wracam pamięcia do sztybłu kozienickiego.Szacunek dla rebego mieli nie tylko jego naśladowcy,wielcy uczeni,ale także i zwykli ludzie.

Buczele,dorożkarz,miał zaszczyt jeżdzić z grupą kozienickich chasydów do pociągu powitać rebego i przywozić go do miasteczka.Za taką jazdę nie chciał zapłaty i mówił,że:„Zaszczyt wiezienia kozienickiego rebe moją bryczką jest cenniejszy niż pieniądze„.

Klaczą Awrejmia Ryzynera jeździło się do Kozienic na święta i na Smutne dni.Od nas chłopców nie brał pieniędzy.Cieszył się z micwy,że mógł wieźć chłopców do rebego na swojej sfatygowanej furmance.

Każdy chasydzki sztybł miał własny charakter i własny styl.Najbardziej przyjemnie czułem się w kozienickim sztybłu.Kiedy wracam pamięcią, staje mi przed oczyma reb Izrael–Jechiel Gedanken i słyszę jego głos, jak do mnie mówi:

”W piątek pójdziesz po mieście„.

To był dla każdego chłopca wielki zaszczyt i wyróżnienie zbierać pieniądze.Nikt się nie pytał dla kogo i na jaki cel idą te pieniądze.Wiedziało się,że Izrael–Jechiel zajmuje się wielkimi sprawami,a to jest ukryty dar dla dostojnego Żyda,który wstydził swojej biedy i nie chciał ,by ktoś wiedział,że musi korzystać z dobroczynności.

W miasteczku żyło się jak w jednej rodzinie.Wszyscy się znali.Całymi pokoleniami mieszkało się w tych samych mieszkaniach,w tych samych domach,na tych samych miejscach.Kłopoty i troski były również wspólne.

Dlatego kiedy przyszedł szabas czy jakieś święto,miasteczko zmieniało oblicze.Znikały kłopoty, a spokój zapanował w domach i na ulicach.Każdy Żyd czuł jakby się jak nowo narodzony.Rozpoczynała się duchowa radość i duchowa uczta.Matki z oddaniem zapalały świece,błogosławiły płaczącym głosem odmawiając tchines [4].Z bejt–midraszu i ze wszystkich chasydzkich sztybłów słychać było wesołe niguny.O! jakie to były urocze szabasy i święta w naszych domach.Wszędzie czuło się spokój i pobożność.Radość panowała w chasydzkich sztybłach.Kiedy Chasydzi nie byli ze swoim rebem,to mieli uczucie,że są złączeni z cadykiem i że on dzień i noc opiekuje się narodem Izraela.Wiedzieli,że w razie trudności mają do kogo się zwrócić ,bo kiedy krwawiło serce ,to jechało się do niego.Kiedy widzieli jego wielkość,jego jasne oblicze,wtedy odzyskiwali odwagę ,byli bardziej serdeczni jak w Torze,tak i w wierze i życiu….

 

Szabas w miasteczku

Cały tydzień upływał na codziennej walce o kawałek chleba.Z nadejściem szabasu

Żydzi w Rykach zrzucali z siebie brzemię całego tygodnia.Tak zwykli Żydzi jak i uczeni,rzemieślnicy,kupcy,tragarze i wozacy–wszyscy ożywiali się z szacunku do świętości szabasu.

Do dnia dzisiejszego pamiętam atmosferę nadchodzącego szabasu.Kiedy zachodziło słońce,Żydzi zamykali sklepy i następowała cisza.Furman wozem spieszył się do domu,aby nie spoźnić się na ucztę szabasową.Dom napełniał się szabasem i wszędzie panował świąteczny nastrój.Na stole leżały dwie chały przykryte serwetą.W nabłyszczonych srebrnych świecznikach były świeczki ,a nad nimi stała

mama,delikatna,blada i pochylona z rozpostartymi rękoma i zakrywając twarzą błogosławiła światła szabasu.

Jeszcze do dzisiaj w uszach brzmi mi cichy szept jej modlitwy za dzieci,za męża,za wszystkich Żydów z miasteczka i z całego świata.

Nie mogę zapomnieć szabasowego ”tiszu„ u magida.Mój wujek Chaim Zelik śpiewał słodko:„Ejszez hail mi imce„( Kto znajdzie porządną kobietę„).

Izrael–Jechiel śpiewał słodko całym sercem Menuche we simche (Odpoczynek i radość).Wtedy twarze wszystkich jaśniały radością i spokojem.Magid przytaczał przypowieści z Tory.Żarliwość jego opowiadania rozrzewniała słuchających.Mówił symbolicznie i w moich uszach to brzmiało jak wielka tajemnica,którą rebe objawiał w świętej Torze.

Przytaczał Torę w przerwach między kosztowaniem i rozdawaniem reszty różnych pokarmów.

Poczułem się ważny i wniebowzięty, kiedy wywołano mnie,Melecha syna Pinkesa i dano mi resztki ryby lub trochę wina.

Entuzjazm pełen tęsknoty zrobiły wrażenie niguny szabasowych pieśni w ciągu trzech szabasowych gościn. Dużo uroku i piękna miały obrzędy kończące szabas w zimowe wieczory,kiedy na dworze trzaskał mróz ,a w sztybłu między najbardziej oddanymi chasydami panowało takie gorąco, że niguny, jak w słowach Tory,stawały się jasno żarzącym światłem.

Większość wesołych i natchnionych chasydów była biednymi ludźmi,którzy pragnęli aby mieć za co przygotować szabasowe pokarmy. Kiedy przychodzili do chasydzkiego sztybłu byli innymi ludźmi,przenosili sie do wyższych sfer.Do wspólnego odprawiania szabasu przy stole,który był już dość stary i nie uniósł by dużo jedzenia,wystarczył kawałek śledzia,którego dzielono na małe porcje oraz ćwiartka gorzałki.Tak to się śpiewało aż do północy.

Przed moimi oczyma jak żywy,cały czas stoi obraz mojego taty,który na szabas sam gotował krupnik,dolewał do niego oleju i sam podawał każdemu talerz.Siadał, abyśmy zaśpiewali razem ”Altira Avdi Jaakov„ (Nie bój się, mów niewolniku Jakubie)

A my spragnieni połykaliśmy słowa pełnego tęsknoty nigunu,który już zapowiadał nadchodzący tydzień,odejście ”królowej szabasu„ ,a powrót zmagania się o utrzymanie.

 

Chasydzki sztybeł

Nasza młodzież zawsze starała się osiągać wyższe i wzniosłejsze cele.Dzisiaj kiedy już człowiek poznał wielkość świata i z całym jego blaskiem i czarem,bardzo trudno jest mu sobie wyobrazić obraz tamtego minionego życia i tamte osiagnięcia.Ile mistyki,ile duchowości było w piątkowym wieczorze przy przywitaniu,które otrzymywała królowa Szabes!

Urocze obrazy spokojnego świata,który został tak brutalnie zniszczony.W czasie rachunku sumienia wyciągam ręce do tamtych zaginionych obrazów,które nie przestają pojawiać się przed moimi oczami.

Widzę przed sobą jak magid,niech jego pamięć będzie błogosławiona,przychodził w piątek wieczorem do bejt–midraszu.Wtedy każdy zwykły Żyd,tragarz czy wozak oddawał mu szacunek. Wszyscy podnosili się z miejsc i stali jak carskie wojsko przed oficerem,tak długo, aż magid usiadł.

Oddzielny rozdział to moje wspomnień o ”rebe tiszu„.Nie mogę zapomnieć kiduszu magida i śpiewu szabasowych pieśni mojego wujka Chaima syna Zelika który śpiewał ”Ejszes Chail„ oraz słodki śpiew Jechiela syna Heszla ”Menucha ve Symcha„ Jechiela syna Heszla.Ileż uroku i wzniosłości było ukryte w szabasowej wieczornej gościnie zimową porą,kiedy Żydzi ze sztybłu dokonywali obrzędu pożegnania królowej.

Widzę jak Chasydzi myją ręce przed kolacją i słychać plusk wody lejącej się z wielkich miedzianych dzbanów ,słowa:„Seu jadechem„ (Nieście ręce) i innych szabasowych pieśni,różnymi głosami .

Dopiero teraz z perspektywy czasu mogę ocenić wielkość tych ”tiszów„.Jak serdeczni i drodzy Żydzi ze sztybłów siadali przy ćwiartce gorzałki ,śledziu i świeżym chlebie,którego było za mało, aby zaspokoić apetyt.Tak się goszcząc przesiadywali aż do północy.To wszystko radowało moje serce i duszę.

Widzę mojego tatę,jak sam obsługuje gości i dolewa trochę oleju do jedzenia ,aby było w nim więcej tłustych ok.Jak rozdaje każdemu talerze z odrobiną jedzenia dalekiego od królewskiego.Tata siada i zaczyna śpiewać:

”…Amar Haszem le Jaakov al tira avdi Jaakov…„

(Rzekł Pan Jakubowi:Nie bój się niewolniku,mój Jakubie…„)

Oczy błyszczą a z twarzy znikają codzienne kłopoty z utrzymaniem rodziny,które dręczyły go przez cały tydzień. Teraz dostąpił szczęścia,wewnętrznego przebudzenia i pragnienia osiągniecia wyższych celów.

Dopiero po tylu latach mogę zrozumieć ich zdolność i umiejętność przejścia z codziennej przygnębiającej sytuacji i otaczającej biedy i beznadziejności i przywitać królowa szabas z taką radością i szczęściem.

Z łzą w oku wspominam tamte szabasowe dni,które niby tak dalekie a tak bliskie,z jednej strony tak miłe a z drugiej tak bolesne.Do takich świętości tęskni się całe życie.

Wtedy zapomniałem o życiowych problemach i było to dla mnie objawieniem. Ileż siły może skorzystać ludzka psychika nadając mu uczucie świętości.

Ile obrazów powstało,gdy tak siedziało się w szabas przy trzecim posiłku,kiedy śpiewało się szabasowe pieśni a magid swoim słodkim głosem śpiewał na kozienicki sposób,który przechodził z pokolenia na pokolenie .Śpiewano to na chwałę starego rebego reb Jerachmiela Mojszego ,niech pamięć o nim będzie błogosławiona oraz inne szabasowe pieśni. Mój tata przypominał,że pochodzą one od rebego Elimelecha z Leżajska lub od reb Arona Hagodla z Karlina (karliński rebe) albo nawet i z rodu Stolni–Kozienic.

Chciałoby się jak najwięcej opowiedzieć o znanej w miasteczku postaci Awrejma Ryzynera i jego koniku.Ten woźnica często zabierał 20 czy 25–ciu chasydów na furmankę i jechaliśmy, chociaż konik biedak nie miał siły ,aby nas wszystkich uciągnąć.Tak my chłopcy więcej biegliśmy koło furmanki ,niż jechaliśmy.

Tak się jechało aż do zajazdu a dalej wszyscy szli pieszo.Prowadzili konika z

furmankę.Wszyscy rwali trawę dla konia i dawali mu do pyska,aby się najadł i miał siłę dojechać na czas do Kozienic do rebego.Tym to sposobem jeździliśmy koniem i wozem Awrejma Ryzynera do Kozienic za rebem.

Przypominam sobie jak spaliśmy w sześciu w ciasnocie.Pamiętam straszliwą biedę u rebego ale za to radość z duchowego żydowskiego życia.

Tak się spało!Jednak rano u rebego w bejt–midraszu a potem przy jego stole nie było widać zmęczenia.Bezsenność to było święto,byliśmy w siódmym niebie bo byliśmy u kozienickiego rebego.

Dopiero teraz po 30 latach i po zwiedzeniu po całego świata,po mogę ocenić wielkość tamtych bliskich,drogich Żydów,którzy kiedyś mieszkali w Rykach.Jakżesz oni potrafili oderwać się od codzienności, powszedniości i nawet w czasie jarmarku pójść prosto do chasydzkiego sztyblu,stanąć twarzą na wschód i modlić się z gorliwością, co wyglądało jak miłosny dialog człowieka z jego stworzycielem.

 

Z Ryk do Warszawy

W tamtych latach dużo młodzieży z Ryk wyjeżdżało do Warszawy w poszukiwaniu pracy.Kiedy miałem 16 lat marząc o wielkim świecie i życiu w dużym mieście,wyjechałem i ja z Ryk.Mieszkając już w Warszawie ,wcześnie rano chodziłem do zajazdu na Bonifraterską i czekałem tam na samochód ciężarowy Szymela ”furmana„, aby odebrać pozdrowienia i dowiedzieć się co tam nowego w domu.

Otaczał mnie szeroki świat.W Warszawie dużo się działo.Młodzież interesowała się aktualnymi problemami społecznymi i politycznymi.Ja też zacząłem sie interesować różnymi problemach i ideologiami.Działałem aktywnie w organizacji Paolej Sion, ale całym sercu tęskniłem za domem.Kiedy Pinkas Kotlarz,spedytor jak i wielu innych, przywiózł mi pozdrowienie,byłem mu bardzo wdzięczny.

Kiedy na każde święto przyjeżdżałem do domu, to budziła się we mnie radość z naszego miasteczka.

Przychodziłem do bejt–midraszu na rozmowy z chasydzkimi mężczyznami i młodzieżą,która jeszcze studiowała Torę i służyła Bogu.Wiedzieli o mojej działalności,ale unikali o tym rozmów.Nie chcieli mnie urazić,zadać bólu.Nie okazywali najmniejszego znaku wrogości.

Czułem się nadal jednym z nich i były chwile,kiedy im zazdrościłem,że pozostają w miasteczku .Byłoby błędem myśleć ,że minione lata,studia w chederze, w bejt–midraszu,były latami zmarnowanymi.Tam było moje pierwsze żródło gdzie poznałem Torę,moralność i pozostał mi bliskie i drogie.

I chociaż ten skok z bejt–midraszu w świat był trudny ,to moje rodzinne miasteczko Ryki na zawsze pozostało pomostem między moją przeszłością i przyszłością.

Świeckie poglądy których uczyłem się w Warszawie i w późniejszych latach,wszystko co piękne i ludzkie trafiło na dobry grunt.

Całe dnie i noce mógłbym opowiadać o latach w miasteczku i byłoby co wspominać.Bo te wspomnienia są tak głęboko wryte w moją pamięć.

To był inny świat,inne życie i inne o nim wyobrażenie.Młodzi kiedy tylko mieli chwilę czasu, to siadali i się uczyli.Byli tacy, co się uczyli się codziennie po kilka godzin Gemary ,a to czego się nauczyli ,to strzegli jak oka w głowie,jak jaką świętość.Mogło się błyskać i grzmieć a oni nie przerywali nauki.Nie było nic ważniejszego niż modlić się,uczyć i być Żydem.Bo treścią ich życia - było bycie Żydem.

 

Święto

Wszystkie święta.które przeżyłem w Rykach pozostawiły we mnie głębokie ślady.W każdym domu przygotowywano się na święto.Prano i sprzątano.Czy można zapomnieć o wadze tamtych dni? Tatuś przygotowywał się na seder.Sam przygotowywał miejsca,kieliszki na wino,Hagady dla każdego członka rodziny.Po zadaniu czterech pytań,wszyscy powtarzali za tatą: „Avadim haijnu„ (Byliśmy niewolnikami).Nie było domu w Rykach, w którym nie byłoby przygotowanego wielkiego półmiska ze wszystkimi rodzajami sederowych potraw i aby nie było stołu z rybą,rosołem i knedlami.

Dzieci z ciekawością czekały na otwarcie drzwi i przybycie proroka Eljasza.Czekały że napiją się z jego kieliszka,który stał napełniony winem na każdym stole.Ale nigdy się nie doczekały,bo on przybywał zawsze wtedy,kiedy już usnęły.

W cichych uliczkach słychać było śpiewy Hagady,które się przeciagały do północy.Ani jeden człowiek nie pojawił się na ulicy bo wszyscy Żydzi wiedzieli,że ich domy tej nocy są pilnowane przez święte anioły,które unoszą się nad dachami, zaglądają przez okna i stoją na straży u drzwi.

W roku 1939 był mój ostatni Pesach w Rykach.Po święcie musiałem stawić się na komisję.Wyobraźcie sobie,że to był pierwszy rok,gdy komisja poborowa była w Rykach.Przedtem musiało się jechać do Garwolina.

Wtedy nie myśłałem,że to jest mój ostatni Pesach w domu.Żydzi w Rykach jeszcze wtedy myśleli jak i gdzie zarobić.Młodzież marzyła o nowym życiu w świecie.Ktoś był zauroczony ideałem narodowej obrony a ktoś inny znów światową rewolucją.Rzeczywistość i marzenia się przeplatały.Spotykano się na ulicy,i w klubie.

Ja wróciłem do Warszawy wierząc,że się wrócę do domu na Sukot.W tamten Sukot połowa Ryk legła w gruzach.Nagły przełom i okropności,które przyszły jak zły wicher z ziemi Hunów,już panowały w naszej żydowskiej gminie.Zaczął się okres strasznej zagłady.

Przypisy:

  1. Wg.Sanhedrynu cztery rodzaje kary śmierci. Return
  2. Pięcioksiąg Return
  3. Nusach sfarad – liturgia Żydów sefardyjskich praktykowana przez Chasydów którzy byli Żydami aszkenazyjskimi. Return
  4. jid. Prośba,błaganie. Return

Księga Pamiątkowa Ryk


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Ryki, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Lance Ackerfeld
This web page created by Max Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 03 Jan 2015 by JH