Księga Pamiątkowa Ryk

[Strona 282]

Było kiedyś

Rafeal Ledermann

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

Kiedy przed czterdziestoma laty opuszczałem rodzinne miasteczko Ryki, nie przyszło mi nawet do głowy, że przyjdzie tak straszny holokaust i wymaże stamtąd wszelkie ślady żydowskiego życia.Serce mi dygocze, kiedy wspomnę tamte lata przeżyte w moim miasteczku, tamtych ludzi, którzy żyli spokojnie, skromnie, bez większych wymagań i wygórowanych marzeń.

W Rykach nie tylko, że nie było żadnego gimnazjum a tym bardziej uniwersytetu, ale nawet nie było żadnej szkoły dla dzieci żydowskich.Były tylko chedery mełamedów dla najmłodszych dzieci i jesziwa, którą póżniej otworzono dzięki pomocy bogatszych mieszkańców.Tak jak inne dzieci i ja przeszedłem przez chedery, w których nauczyłem się wszystkiego od alfabetu do Chumaszu i trudnych rozdziałów Gemary.Nie wszyscy mełamedzi byli błogosławieni wielką wiedzą, a i nie wszyscy ojcowie mogli zapłacić im tych kilka groszy.I dlatego wiele dzieci musiało opuścić wcześnie cheder i zacząć uczyć się jakiegoś rzemiosła.

W miasteczku konkurencja w handlu była wielka.Każdy szukał sposobów, jak zarobić na chleb dla rodziny.

Rzadko kiedy miały w miasteczku miejsce jakiś szczególne zdarzenia, które by podgrzewały jego atmosferę.Jednym z takich wydarzeń były wybory rabina.

Wystawiono dwóch kandydatów:dotychczasowego rabina i syna kozienickiego rebego.I tak utworzyły się dwa stronnictwa:jedno popierało starego, a drugie było za nowym kandydatem.W miasteczku zapanowało szczególne ożywienie.

Innym wydarzeniem, które wzburzyło atmosferę, było osiedlenie się w miasteczku Szolema Zumergolda po jego powrocie z Warszawy.Pojawił się na ulicy z gołą głową, bez czapki. Także mówiono, że nie przestrzega obowiązku spożywania koszernego jedzenia, za co rabini go wykluczyli.A on mimo to przyszedł do synagogi i spowodował tym wielkie oburzenie.

Wtedy bardzo ciężko żyło się ludziom i dlatego utworzono komitet pomocy pod przewodnictwem Nossena Wolfa, Mojszego Rejzelsa, Chaima-Mojszego Kinusa, Szlojme Bejlesa, Jojse Abrahama Beresla, Symchą Dorielem, Chaimem itd.Otworzyli oni kuchnię, która wydawała obiady dla biednych.Na ten cel zbierali datki od bogatszych gospodarzy, ale potem przyszedł im z pomocę także JOINT.[1]

Na pochwałę Żydów w Rykach należy powiedzieć, że odznaczali się współczuciem i chęcią pomagania biednym.Należy wspomnieć pobożne kobiety, które nazywało się „opiekunkami”.Były to kobiety o wspaniałych sercach.

Ogromnym szokiem dla miasteczka był wielki pożar, w którym spłonęła większość domów.Oczywiście, znaleźli się i tacy, którzy widzieli w tym winę grzeszników.

Wielkim wydarzeniem było także otwarcie biblioteki, z której można było za darmo

pożyczać książki do czytania.Założycielami biblioteki byli Eliel Ekhajzer, Dawid Ekhajzer, Josef Nojhojc, Jankel Gitlman, Berel –Mojsze Felczer, jego siostra i inni.

Ci, którzy przychodzili po książki, robili to w tajemnicy, aby nie narazić się na szykany ze strony nie uznawających biblioteki.

Często wysyłano małych chłopców, aby krzyczeli za nimi: szkocim!szkocim![2]

Dość często wybijano w bibliotece szyby.Młodzież, która opiekowała się biblioteką spotykała się z dużymi problemami. Znajdowali oni siłę i upór do kontynuowania swojej działalności tylko dzięki wielkiemu zapałowi do tworzenia kultury żydowskiej w miasteczku.

Menachem Rubin, który pochodził z rodziny Ekhajzerów został wybitnym aktorem teatru żydowskiego.[3]

Nasze miasteczko wydało kilkoro ludzi, którzy zdobyli światową sławę.Jednym z nich był amerykański generał Rikower, który przyjął nazwisko po naszym miasteczku. Znany żydowski aktor i podróżnik dr Chaim Szaszke opowiadał, że był on wnukiem Izraela Welwela Sznajdra.

Majsze Borensztajn, wujek Mordechaja Fuksmana został sekretarzem gminy żydowskiej w Warszawie.Funkcje tą przejął po śmierci znanego pisarza Icchaka Lejbusza Pereca.

Gdy w Rosji w 1905 roku wybuchł ruch rewolucyjny również i rycka młodzież żydowska się do niego przyłączyła.Aktywnymi działaczami byli Boruch Czap, brat Szlojmy Szmila i córka Mindeli Chaines.

Kiedy Niemcy zajęli Ryki w czasie pierwszej wojny światowej, w miasteczku panowała straszna bieda.Na szczęście było wielu takich, którzy opiekowali się biednymi będącymi w potrzebie i dbali, aby im nie zabrakło chleba. Były to przeważnie biedne kobiety, które same musiały utrzymywać swoje rodziny.Czasem one same nie miały co jeść, a i tak dzieliły się ostatnim kawałkiem chleba.

Stoi mi przed oczyma jak żywa pani Sora-Hinda, żona szamesa Izraela Wolfa.Była jedną z tych, które starały się, aby nikt w miasteczku nie głodował.A także i Jochewet, z rodziny Laskierower, ”łazienna Sora” i wiele innych.

W Rykach Żydom było ciężko zarobić na utrzymanie. A mimo tego nie zapominali o duchowej stronie życia. Nie zapominali o obowiązku czytania Tory.Bejt-midrasz był zawsze pełen studiujących znawców Tory, młodzieży która wierzyła, że świat stoi na trzech filarach i studium Tory jest jednym filarem, który podpiera istnienie świata. Każdy Żyd, kiedy znalazł chociaż chwilkę czasu, siadał nad Gemarą, Miszną, Hajej-Odem czy Szulchan-Oruch.

Z bejt-midraszu często od rana do późnej nocy po całym mieście rozbrzmiewały tęskne niguny Gemary, jak gdyby chciały się dostać do wyższych światów, do rzeczy stojących w centrum świata.

Ważną rolę dla ryckich Żydów odgrywała bezprocentowa kasa.Kto mógł, pożyczał pieniądze innym na krótszy czy na dłuższy termin.Zdarzało się nieraz, że nie było pieniędzy, by pożyczyć przyjacielowi.Wtedy szło się pożyczyć od znajomych, aby tylko potrzebujący nie odszedł z pustymi rękoma.

Przeżyłem w Rykach dwa wielkie pożary. Jeden w roku 1920-tym a drugi w 1925-tym.Nie zatrzymały one tempa życia w Rykach.

Młodzież zaczęła się organizować.Założyła sjonistyczną organizację, na czele której stanęli Icchok Ajger i Izrael Borensztajn.Do tej organizacji przyjmowano tych, którzy pragnęli spełnić pragnienie „powrotu Syjonu”.Najbardziej aktywna była młodzież pochodząca z bogatych rodzin.A bogatymi w Rykach byli ci, którym udawało się jakoś wiązać koniec z końcem.Z każdym dniem wzrastała aktywność organizacji.Od czasu do czasu przywożono rzeczników z Warszawy, którzy wygłaszali referaty, nawoływali do aliji do Izraela.[4]

Kilka rodzin zaczęło się już przygotowywać do wyjazdu do Ziemi Izraela, gdy znów wybuchł następny pożar, który pochłonął domy ocalałe po pierwszym pożarze.Nastały trudne czasy.Postawiono baraki za miastem, aby ludzie mieli, gdzie schronić głowę. Wtedy całe życie skoncentrowało się w barakach, gdzie panowała wielka bieda.Warunki młodych robotników były bardzo złe.Byli niedoceniani i wykorzystywani nawet przez swoich własnych ojców.Nie widzieli żadnej perspektywy na lepsze czasy.

Wtedy narodził się pomysł zorganizowania się w związek.Najbardziej aktywnym był Majer Gitelman, który mieszka dzisiaj w Paryżu.Pochodził z biednej rodziny.Jego mamę nazywaliśmy Czarną Ryfką.Była bardzo życzliwą i serdeczną kobietą.Sprzedawała owoce na targu.Z tego handlu musiała wyżywić całą rodzinę, gdyż jej ojciec był chory i nie mógł wiele pomóc.Próbował jednak zarabiać szyjąc spodnie wieśniakom.Od niego właśnie Majer nauczył się krawiectwa, ale pracował u obcych i był bardzo wykorzystywany. Miał jednak zdolności organizacyjne i był pełen pomysłów.Udało mu się zebrać wokół siebie grupę robotników, którzy również rozumieli potrzebę organizowania się w związki.

I tak w pewien sobotni wieczór, w jednym z baraków odbyło się pierwsze zebranie, na którym powstały fundamenty związków zawodowych.To było punktem zwrotnym w życiu naszego miasteczka.Czuło się powiew nowego prądu.

Między innymi pierwszymi aktywistami nowo założonego związku zawodowego byli:Majer Gitelman, Lejbusz Szpilberg, Jojse Szpilberg, Libcze Mikowski, Chana-Rosa Onfangel, Beryl Mleczkowicz, Jerachmiel Goldsztajn, Rafael Grinkorn, Szlojma Skazówka i autor tych wspomnień.

Byli także i inni, których nazwiska uleciały mi z pamięci i niechaj mi wybaczą, że ich nie wymieniam.

Podjęcie decyzje o założeniu związku jest zadaniem łatwym.Ale problemy przychodzą potem.Trzeba wynająć lokal i zdobyć pieniądze na wynajęcie lokalu.Przed takimi oto problemami stanął komitet założycielski. Zdecydowano, że najpierw zorganizuje się dobrowolną zbiórkę pieniędzy.Pieniądze dawali nawet przyszli członkowie oraz młodzież, która dostawała w każdą niedzielę parę groszy od rodziców.Byli i tacy, a to głównie dziewczęta, które sprzedawały swoje kolczyki i otrzymane pieniądze darowały.

Kiedy już zebraliśmy trochę pieniędzy, zaczęło się szukanie lokalu dla związku.Żaden żydowski właściciel nie chciał nam wynająć pomieszczenia na takie „trefne cele”.Poszliśmy wtedy do Turowskiego, który mieszkał za bejt-midraszem.[5] Był gotowy nam wynająć dwa małe pokoiki, ale żądał, aby ktoś za nas zaręczył.Sytuacja wyglądała beznadziejnie, gdyż nikt z nas nie miał nikogo takiego.Wtedy przyszła Libcze Mikowski i Turowski zaakceptował jej podpis.Dzięki drogiej Libcze związek otrzymał dach nad głową.Libcze mieszka dzisiaj w Brazylii.

Na tym jednak problemy się nie skończyły.Policja nie chciała wydać pozwolenia, aby do związku szewców należeli także krawcy i trzeba było załatwiać dwa oddzielne pozwolenia.Potem jeszcze musieliśmy się starać o oddzielne pozwolenie na towarzystwo kulturalne, aby do niego mogła należeć również młodzież, która jeszcze nigdzie nie pracowała.

Zaczęła się normalna praca i nawet doszło do zorganizowania strajku u garbarza.Zdarzały się ciekawe sytuacje.Strajkowało się u pracodawców, którzy byli własnymi ojcami, co wywoływało u nich gniew i potem własnych dzieci nie wpuszczali do domów.Czasami strajkujący musieli dzielić się ostatnim kawałkiem chleba i szukać noclegów dla synów wypędzonych przez własnych ojców.Do związku przychodzili rodzice z pretensjami, że jesteśmy mordercami, którzy powinni widzieć, że mimo pracy po 16 godzin dziennie i tak brakuje im na jedzenie. A co by było, gdyby praca trwała tylko 8 godzin!Strajk nie trwał długo, gdyż nie było na to warunków.

W tamtym czasie dotarły do nas potajemnie hasła rewolucyjne i powstały tajnie komórki partii komunistycznej.Komuniści również spotkali się z niechęcią ze strony społeczeństwa. Żydowskie obywatelstwo ich nienawidziło.Ale młodzież była zachwycona.Wierzyła fanatycznie, że w Związku Radzieckim buduje się nowy świat.

Nasze Mamy

Nasze miłe, kochane mamy, których twarze odzwierciedlały ciężkie życie i wszystkie kłopoty, to jednocześnie było w nich tyle ciepła i miłości.

W domu zawsze czegoś brakowało.Czasami mleka dla dzieci, czasami kawałka chleba dla dorosłych.O to wszystko starały się nasze mamy.Brały wszystko na siebie i to one myślały jak uzupełnić braki. Ojcowie byli żywicielami rodziny, ale nie zawsze się im udawało zarobić.A wtedy z ciężkim sercem i szli do bejt-midraszu i siadali do studiowania lub odmawiali Psalmy.

Mamy zostawały ze swoimi kłopotami w domu. Nasze mamy i ojców cechowała bitochn –wiara w Boga. Wierzyli, że pomoc przyjdzie od Boga z nieba i słońce znów im zaświeci.Ta wiara ich nigdy nie opuszczała.Nawet wtedy, kiedy dziecko płakało z głodu, a w domu nie było nic do jedzenia.

Nieraz matka żydowska zapłakała cicho w takiej chwili, ale dziecko tego nie rozumiało. Nie mogło usnąć z głodu i płakało.Matka tłumaczyła dziecku, że trzeba mieć nadzieję i wiarę w Boga, to może Bóg sobie o nich przypomni i w domu będzie chleba do syta.

Jeszcze gorzej było, kiedy dziecko zachorowało.Matka krzątała się wtedy koło dziecka dzień i noc.Nieraz nie jadła i nie spała, a tylko siedziała koło łóżeczka i drżała przy każdym jego westchnieniu, każdym narzekaniu.

Do biednych ryckich rodzin żydowskich rzadko kiedy wołano doktora.Było to kosztowne, a nie było skąd wziąć na to pieniędzy.Dlatego wierzyło się, że tak czy inaczej jesteśmy w rękach Pana.Dlatego pościło się, chodziło się na cmentarz modlić na grobach przodków, aby dziadkowie i babcie wyprosili w niebiosach życie dla chorego dziecka.

Cisza w synagodze przerywana była często szlochem matki, która otwierając Aaron Kodesz własnymi słowami odmawiała wzruszającą modlitwę do Stworzyciela.Modlący wzruszali się jej płaczem i wstawali, aby odmówić Psalmy za życie jej dziecka.

Radość rzadko gościła w domu tych biedaków.Największa była wtedy, kiedy udało się dziecko ożenić.Jaśniały oczy naszych matek, kiedy nie musiały się wstydzić przy świątecznym stole i na szabas.Na zawsze pozostanie w naszych sercach błogosławieństwo mamusi nad świecami w piątkowy wieczór.Kiedy zakrywała oczy swoimi delikatnymi rękoma i błogosławiła świece.Jej serce było przepełnione jedną wielką modlitwą do Boga o zdrowie, życie i o to by jej dzieci nie przymierały głodem.Mama nigdy nie prosiła o nic dla siebie a tylko dla ojca, dzieci i narodu Izraela.

Czas po błogosławieństwie świec był dla mamy odpoczynkiem od wszystkich kłopotów.Nie myślała wtedy o codziennych troskach.Czuła się szczęśliwą królową szabasu i czekała, aż tata przyjdzie z synagogi z gorącym pozdrowieniem „Dobrego szabasu” i zaintonuje swój ładny nigun „Szolem Alejchem, Malejchem na szares” (Pokój Wam Anioły Bożej drużyny).

Po Kiduszu wszyscy siadali do stołu, a twarz mamy jaśniała ze szczęścia, gdyż było jedzenia do syta.

Tak mijał dzień. Radość i spokój trwał aż do sobotniego wieczora, kiedy przychodziło kilka sąsiadek, aby odmówić „Got fun Abraham”.Z dygocącym sercem prosiły Ojca na niebiosach o dobry tydzień.Lepszy niż ten mijający.Nastrój zmieniał się, kiedy przyszły Straszne Dni. Wtedy w miasteczku płynęły do nieba prośby o przebaczenie.Wszystkie matki zbierały się w kobiecej części synagogi (Ezres Noszim) i gorliwie się modliły.Nasze mamy wiedziały, o co się modlić.Z głębi serc szedł do nieba ich szloch o pomoc dla dzieci.Wierzyły, że łzy przy modlitwie pomagają zbliżyć się do Bożego tronu. Choć niewinne, biły się w piersi za złe czyny i grzechy, których nigdy w życiu nie popełniły.

Chwytające za serce modlitwy, szlochy i wzdychania, które dochodziły z kobiecej części synagogi na Jom Kippur, mogły poruszyć i kamień.Słowa hebrajskie przeplatały się z jidysz:”Boże nie opuszczaj nas! Serdeczny Ojcze nie zapominaj o nas!..”.Czy mógł ktoś wątpić, że takie modlitwy nie dotrą do uszu Boga? Nowy Rok i Jom Kippur przeminie, a w domu pozostanie ta sama bieda, te same kłopoty.Mimo to mamusia nie przestawała prosić.Modliła się i zanosiła swoje skargi Wszechmogącemu Ojcu na niebiosach, do którego nigdy nie miała pretensji, nigdy go za nic nie winiła.Myślała sobie:”Może nie jestem taka zła”.

Weselsze były święta, na które udało się zdobyć świąteczne jedzenie.Twarze naszym biednych mamuś jaśniały.Na Sukot[6] pragnieniem naszych matek było, aby ich mężowie wraz z dziećmi nie musieli się wstydzić szabasu i dlatego starały się przygotować różne smakołyki.Nie raz musiało się zastawić w Kasie jakiś przedmiot, aby mieć pieniądze i podać na szabas to samo, co miały inne rodziny.

Urządzić Pesach w domu stanowiło jeszcze większy cud niż „wyjście Żydów z Egiptu”.Niektóre matki musiały najpierw zarabiać pieczeniem mac w piekarni, aby w ten sposób zarobić na własne.

W miasteczku otaczano biednych opieką przede wszystkim przed nadejściem Pesachu.Przyjął się zwyczaj proszenia bogatych o datki finansowe, które dzieliło się potem między biedne rodziny, aby mogły kupić mace, wino i kartofle. Wtedy mama ze swoich oszczędności mogła kupić ubranie dla dzieci.

W Pesach na seder również i w biednych rodzinach przy ha-lahma anija (chleb biednych) mówiło się:”Kol dichpin jejsej wejejchojl ” (Wszyscy głodni niech przyjdą i niech jedzą).

Drzwi domu były szeroko otwarte dla każdego gościa, dla ” Proroka Eljasza”.Radość i szczęście mamy nie miało granic.Biedny dom wydawał się jej być pałacem.

Gdy minęło święto, znów zaczynały się trudne i ciężkie dni, wracały dawne kłopoty.Lata biegły, ja dorosłem i musiałem iść do wojska.Mamusia z ciężkim sercem pobiegła do rebego, świętego cadyka, w którego moc ani na chwilę nie wątpiła.Ledwie się dostała do niego z papierkiem, do którego była przypięta zapłata.Oddawała ostatnie grosze, abym tylko nie służył w wojsku i nie musiał jeść „trefnego jedzenia”.

Czyste serca miały te nasze mamy. Nawet te najbiedniejsze, całe swoje życie opiekowały się biednymi organizując dla nich skryte dary, aby biedni nie musieli się wstydzić.

Już nie ma naszych matek.Zostały rozdepatne z największą brutalnością.Zamęczone, zamordowane przez niemieckich morderców, którzy najpierw zabijali im dzieci:mordowali niewiniątka na oczach własnych matek.

Nie ma po nich ani pamiątki, ani nagrobnego kamienia.Nie wiemy, gdzie są pogrzebane ich kości..Dlatego niech te słowa będą nagrobnym kamieniem na pamiątką ich przedwcześnie zgasłego życia.

Zagubione pokolenie

Mój ojciec Mojsze-Chaim, syn Jechiela, wyjechał w roku 1905 do Ameryki.W miasteczku wtedy mówiło się, że wyszedł zamknąć okiennice... i już nie wrócił.Ja urodziłem się sześć miesięcy po wyjedździe ojca.Miałem jeszcze dwie siostry:Fajgę-Bejle i Cyporę.Moja matka musiała sama troszczyć się o nasze utrzymanie i wychowanie, abyśmy wyrośli na porządnych ludzi.Nie było to łatwe.Dopóki jeszcze żył dziadek, to mamie pomagał.Ale kiedy umarł, mojej biednej matce zaczęła się bieda.Po dziadku pozostał sklepik, którym musiała się podzielić z siostrami i braćmi, bo nikt z nich nie chciał się zrzec swojej odziedziczonej części.

Mój ojciec pochodził z jednej z bardziej znanych rodzin w Polsce.Jego korzenie sięgały aż do rodu ryckiego magida.Był cudownym dzieckiem, uczonym w Torze.Miał dyplom rabina, ale nigdy tej funkcji nie wykonywał.Długo trwało, zanim urządził się w Ameryce.W 1910 roku przysłał dokumenty dla całej rodziny, zapraszając nas do Ameryki.Wtedy dopiero zaczęły się kłopoty.Mama pojechała do rebego się poradzić.Rebe nakazał, aby nie jechać do Ameryki, bo nie daj Boże, nie będzie mogła przestrzegać tam szabatu i będzie musiała jeść „trefne” jedzenie, a dzieci zostaną gojami.Rebe uważał, że jeżeli rodzina nie pojedzie do Ameryki, to ojciec będzie musiał wrócić do miasteczka.

Oczywiście, ojciec się bardzo z tego powodu złościł tak na rebego jak i na mamę.Chociaż to nie była jej wina, bo ona święcie wierzyła w moc i prawość rebego.W ten sposób ofiarowała siebie na „ofiarnym kamieniu wiary”.

ryk292.jpg Rafael Ledermann,  his mother Zosia and sister Cipora [14 KB]
Od prawej: Rafael Ledermann,
jego matka Zosia i siostra Cipora

Mama kochała nas bezgraniczną miłością. Kiedy jej oczy jaśniały i błyszczały, to dodawało jej to uroku.

Miałem wtedy cztery lata i mało rozumiałem z tego wszystkiego, co się około mnie działo.Wiedziałem tylko, że wszystkie dzieci mają ojca a ja nie.Widziałem jak moja matka chodzi zapłakana z powodu swojego ciężkiego losu i nieszczęścia, jakim był brak naszego ojca.Ale nigdy nie miała pretensji do Pana.

Moja starsza siostra w wieku 11 lat poszła do pracy, aby poprawić sytuację finansową rodziny.Wybuchła I wojna światowa i jak zwykle Żydzi byli jej pierwszymi ofiarami.Miasto znalazło się blisko dęblińskiej twierdzy, która miała strategiczne znaczenie. Żydzi zostali wysiedleni z Ryk.Przeszliśmy przez siedem kręgów piekielnych.Matka ciągle rozpaczała:”Czy Bóg o nas zapomniał?.Chodziła po wsiach i wypraszała u chłopów ziemniaki czy trochę zboża.Chłopi dobrze znali Mośkową i zawsze jej coś tam dali.Mama miała także mały sklepik i w dzień targowy wieśniacy u niej kupowali.

Kiedy podrosłem, mama już nie miała czym zapłacić mełameda, tak, że przestałem chodzić do chederu.W tym czasie w Rykach powstała jesziwa, którą prowadził Judel, syn rabina.Tam mnie przyjęli jako jednego z pierwszych uczniów, chociaż nie miałem jeszcze czternastu lat.Do jesziwy przychodzili uczyć najwięksi w mieście uczeni w Torze:rabin, Szojchet, Izrael Welwel, Lipa-Tewje, zięć piekarzy, Lejbusz Kozak, Szlojma Abraham syn Berla itd.Codziennie uczył ktoś inny.

W jesziwie był zwyczaj, że w każdy szabas musiało się iść do jakiegoś pana w mieście, na przepytanie.Pewnego szabasu posłano mnie razem ze Szlojmą, synem Izraela Welwela Szojcheta, aby mnie przepytał jego ojciec.Chociaż znaliśmy dobrze materiał, to się jednak trochę baliśmy, gdyż był on wielkim znawcą Tory.Nie mieliśmy jednak wyboru.Po sobotniej drzemce poszliśmy obaj do Szojcheta.Zasypał nas mnóstwem pytań tak, że kiedy wyszliśmy, przyrzekliśmy sobie, że już do niego na przepytywanie nigdy nie pójdziemy.

Tak się ułożyło, że ja myślałem inaczej, niż sobie życzyła moja matka.

I naprawdę już nigdy do Szocheta nie poszliśmy.Ale kiedy w niedzielę rano przyszedłem do jesziwy, już tam był Szlojme, i powiedział, że nas więcej nie puści do jesziwy, bo nie byliśmy w szabas na przepytaniu.Poszedłem do maszgijecha[7], a ten mi powiedział, że już nie mogę chodzić do jesziwy.

Wraz ze Szlojmą postanowiliśmy się uczyć sami.Przecież tomów Gemary jest więcej.A jeżeli natrafimy na coś trudnego, to i tak będziemy musieli iść do któregoś z dorosłych.

Raz we worek, kiedy studiowałem Bawa Batra [8] nie mogłem zrozumieć wykładu i poszedłem do Lipe, prosząc go, aby mi to wytłumaczył.Ale on mi odmówił zbywając mnie tym, że od tego jest jesziwa i tam się mogę zapytać.

Przełknąłem w milczeniu tą obrazę, którą bardzo przeżyłem.Wróciłem i próbowałem sam dotrzeć do prawidłowego wytłumaczenia.

Nazajutrz kiedy poszedłem do bejt-midraszu i usiadłem w swoim kącie, aby samemu studiować, zauważyłem z daleka, że Szlojme, którego razem ze mną wyrzucili, siedział teraz w jesziwie razem ze wszystkimi uczniami.Przyszedłem do maszgijecha i zapytałem a co ze mną.Jego odpowiedź była kategoryczna:”Dla ciebie nie ma w jesziwie miejsca.”

To już przebrało miarkę.Nerwowo zamknąłem Gemarę i trzaskając mocno drzwiami wyszedłem z bejt-midraszu, przyrzekając sobie, że już nigdy moja noga tam nie stanie.

Naraz poczułem samotność.Przypomniała mi się bieda w naszym domu i pomyślałem, że to wszystko dlatego, że nie mam ojca, który by się mną zajął.Kipiałem ze złości i nie chciałem wracać do domu.W domu bym nie mógł patrzeć na smutek mamy i dlatego tułałem się cały dzień po dworze bez jedzenia i picia.Nie miałem z tym kłopotu, gdyż byłem przyzwyczajony głodować.Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek był wtedy najedzony do syta.Do domu poszedłem, kiedy zapadła już noc.Mama od razu poznała, że coś się stało.Stanęła obok mnie i zapytała, co trapi moje serce. Początkowo nie miałem chęci jej wszystkiego opowiadać, bo wiedziałem, że ją to bardzo zrani.Kiedy zaczęła bardziej się dopytywać, opowiedziałem jej o tym, jak mnie i Szlojme syna Izraela Welwela Szojcheta wyrzucili z jesziwy i że mnie tam Lipa i maszgija obrazili, a teraz tylko Szlojme przyjęli z powrotem a mnie nie.Płacz mojej matki mógł chwycić za serce i obcego.We mnie również wszystko łkało.

Matka pobiegła po swojego brata Szlojme.Przyszedł i wypytywał, jak się to stało.

Powiedział, że zrobi wszystko, aby przyjęli mnie z powrotem.Ale ja byłem zdecydowany, że tam już nie pójdę.Powiedziałem, że i tak nas już zniszczyli, kiedy nie pozwolili wyjechać do Ameryki, a mnie nie pozwolili studiować w jesziwie.Oświadczyłem, że od dzisiaj nie będę już się nikogo słuchał i nie chcę już studiować.Poprosiłem mamę, aby nie szła już do rebego po radę.

Naraz poczułem się dorosłym człowiekiem.Powiedziałem mamie, że dzięki radzie rebego zostaliśmy biedni, bez ojca i musimy sami coś wymyśleć, bo nikt inny za nas tego nie zrobi, bo nikt się o nas nie troszczy.

Pomyślałem, że najpierw powinienem nauczyć się jakiegoś fachu.Ale rodzina mojego ojca patrzyła krzywo, że ktoś z rodziny chciał zostać rzemieślnikiem.Mama chciała, abym został kupcem, ale ona w swoim sklepiku nie potrzebowała pomocy, bo sama nie miała tam co robić. Dlatego nie mogła się przeciwstawić mojemu planowi, żeby wyuczyć się rzemiosła.

Nie powiedziałem jej o zamiarze zostania zegarmistrzem.Bez jej wiedzy poszedłem do Icchoka zegarmistrza.Zgodził się nauczyć mnie rzemiosła pod warunkiem, że mu zapłacę 200 złotych.Przyrzekłem, że mu zapłacę.Napisałem też do ojca, aby mi przysłał pieniądze.Kilka miesiecy uczyłem się rzemiosła, ale tata pieniędzy nie przysyłał.I tak po pewnym czasie wypowiedziano mi naukę.

Wtedy poszedłem za Chaimem, synem Pejsacha, uczyć się krawiectwa.Znów minęło trochę czasu i zrozumiałem, że się tego rzemiosła nigdy nie nauczę.Nie dlatego, żebym nie miał do niego sprytu, ale dlatego, że sam Chaim tego rzemiosła prawie że nie umiał.

Poszedłem uczyć się szewstwa.A i tutaj wkrótce zrozumiałem, że się nic nie nauczę.W miasteczku powstały związek zawodowy, którego zostałem aktywnym członkiem.Zacząłem czytać książki.Sam, bez niczyjej pomocy studiowałem nauki świeckie.

Ból z powodu rozstania nie zna końca.Wtedy dopiero się czuje, jak jest się mocno zwiazany z rodziną, z domem i z miasteczkiem.Tego bólu doświadczyłem w moich wczesnych latach dziecięcych a potem w młodości.

 

ryk296.jpg Cipora Anglister and Alte Lew [21 KB]
Z prawej: Cypora Anglister i Alte Lew

Moja starsza siostra Fajga wyszła przedwcześnie za mąż za Icchoka Ajgera, a my przygotowywaliśmy się do ich wyjazdu do Palestyny.Nie mieli pieniędzy i moja matka sprzedała pusty plac po spalonym naszym domu i pożyczyła im na wydatki.

Po ich wyjeździe w 1925 roku matka zachorowała.Siostra Cypora pracowała u cioci Maszy jako krawcowa.Ja pracowałem u Chaima Mojszego Kinusa.Nasze dwie pensje ledwie co starczyły na kawałek chleba i lekarstwa, które lekarz przepisał mamie.

Z czasem sytuacja w miasteczku się pogorszyła.Zaczęło się nam w Polsce robić ciasno.Policja kontrolowała wszystkie moje kroki, bo się rozniosło o mojej komunistycznej działalności.Pewnego dnia, kiedy spacerowałem z dziewczyną, zostałem aresztowany.Trzymali mnie całą noc na posterunku policji, gdzie na początek przywitali mnie silnymi ciosami.

Nazajutrz wstawił się za mną kierownik ryckiej szkoły Osiński i mnie wypuszczono.Zaprowadzili mnie do doktora Kowalskiego, który mnie zbadał i wydał zaświadczenie o pobiciu.Na podstawie tego zaświadczenia podaliśmy policję do sądu.

Zaproszenie do Ziemi Izraela

W międzyczasie otrzymałem od szwagra zaproszenie do Ziemi Izraela.Zastanawiałem się, co mam zrobić:mimo tego, że daleko byłem od sjonizmu, ciężko mi było pozostawić chorą matkę.Wkrótce sytuacja się na tyle pogorszyła, że zostałem zmuszony ją pozostawić i wyjechać z Polski.

31 stycznia 1927 roku zostawiłem swoja chorą matkę i poszedłem na pociąg.Odprowadzała mnie prawie cała rycka młodzież.Miałem bilet z Dęblina do Śniatynia w Galicji, blisko granicy rumuńskiej.Oprócz tego miałem w kieszeni nie więcej niż 5 dolarów.

Na dworcu w Lublinie wsiadło do pociągu jeszcze kilku młodych Żydów.Zaraz się okazało, że oni również jadą w tę samą trasę co ja.Razem było nas około 20-tu.

Na drugi dzień rano wszyscy dojechaliśmy do Lwowa.Tam musieliśmy poczekać cały dzień na pociąg do Śniatynia.Oni wszyscy mieli bilety do

Konstancy, rumuńskiego portu nad Morzem Czarnym.

Poszedłem się zapytać, ile kosztuje bilet do Konstancy.Powiedzieli, że 6 dolarów.A mój cały majątek to było 5 dolarów.Co robić?

Liczyłem na cud.Miałem uczucie, że się jakoś uda.Pozostali mi doradzali, abym tam w Lembergu próbował zarobić brakujące pieniądze, bo inaczej to mnie zawrócą z granicy.Moja intuicja mnie nie zawiodła.W Śniatyniu wsiadł człowiek z Sochnutu.[9] Opowiedziałem mu o swojej trudnej sytuacji.Powiedział, że ponieważ jadę na zaproszenie, nie może mi w niczym pomóc.Poprosiłem, aby wymienił mi złotówki na jednego dolara, abym mógł dalej kontynuować swoją podróż.Za pół dolara kupiłem bilet do Griko woda[10] już w Rumunii, a to znaczyło, że już udało mi się przekroczyć granicę.

Kiedy przyjechałem do Rumunii najpierw wymieniłem swoje cztery dolary, które mi pozostały.Pół dolara miałem w złotówkach.Za te cztery i pół dolara dostałem tyle lei, że nie mieściły mi się w kieszeni. Kupiłem w okienku bilet do Konstancy. Po zapłaceniu biletu została mi jeszcze w kieszeni połowa tych pieniędzy.Byłem bogaty, a pozostali już nie mieli ani grosza.

Podróż przez Rumunię nie była wcale łatwa. Pociągi musiało się łapać w biegu.Były przepełnione.Ledwie co dotarliśmy do Konstancy.

W twierdzy Konstanca spotkał nas zastępca Sochnutu i poinformował, że statek odpływa o czwartej po południu.Było jeszcze wcześnie rano i poradził, abyśmy poszli do hotelu odpocząć.Ale nie zapytał nas, czy mamy jakieś pieniądze.Ponieważ byłem wtedy „bogaczem”, zapłaciłem wszystkim emigrantom za tych parę godzin w hotelu.

Jeszcze trochę pieniędzy mi zostało, więc kupiliśmy na drogę statkiem chleb, śledzie i owoce.Do tej pory podróżowałem bez jedzenia.O trzeciej byliśmy już na statku.Zajęliśmy miejsca w czwartej klasie na pokładzie, na pustych ławkach, bez koców i poduszek.

Dokładnie o czwartej statek, który nazywał się Dacia, wypłynął w podróż z Morza Czarnego.Przepłynęliśmy przez Dardanele na Morze Śródziemne.Podróż nie była zła.Na pokładzie spotkaliśmy i innych, także płynących do Palestyny.

Do Hajfy dopłynęliśmy dopiero na drugi wtorek rano.Był sztorm.Mniejszymi statkami bardzo rzucało.Angielska straż przybrzeżna przypłynęła na małej łódce i odebrała wszystkim paszporty.Kapitan naszego statku poprosił, aby nas wzięli ze sobą, dlatego, że w Hajfie wysiadało mało ludzi.Odpowiedzieli, że nie mają prawa, dopóki nie skontrolują naszych dokumentów.”Może potem będzie za późno”- powiedział kapitan.

I naprawdę było za późno.O godzinie dwunastej sztorm bardziej przybrał na sile.Statek nie mógł przybić do portu w Hajfie i skierował się do Jaffy.Kiedy sztorm się trochę uspokoił, emigranci, którzy płynęli do Jaffy, wysiedli.Wsiadło natomiast kilkanaście rodzin wracających do Europy.Dopiero w nocy nasz mały stateczek dokołysał się do Hajfy.Rzucił kotwicę w tym samym miejscu, daleko od brzegu, ale żadna łódź nie mogła się do nas przybliżyć, bo sztorm był jeszcze dość silny.

Staliśmy w zatoce u brzegu Hajfy całą środę.Statek kołysał się i trzeszczał.Kapitan przyszedł nas poinformować, że aż rano wysiądziemy na ląd.Ale w czwartek rano sztorm jeszcze bardziej się rozszalał.Staliśmy jak Mojżesz, przybici do pokładu patrząc w stronę lądu.Zakazano nam wysiadać.Sztorm zerwał kotwicę i statek płynął tam, gdzie go pędził wiatr.Zaczęło przybywać wody.Leżeliśmy osłabieni w łóżkach pierwszej klasy, która była już wolna.Marynarze biegali z rewolwerami po pokładzie i pilnowali, aby nie kręcono się po pokładzie.I tak wytrzymaliśmy do piątku.W piątek rano po trudnej nocy, wielu Żydów zaczęło odmawiać Psalmy a byli i tacy, którzy odmawiali spowiednią modlitwę.

Na szczęście sztorm się uspokoił.Ale wszyscy się zmartwili, gdyż nam oznamiono, że płyniemy z powrotem do Rumunii.I tak też się stało.Znów kilka dni kołysaliśmy się na małym statku.Przyszedł do nas lekarz okrętowy.Dali nam również trochę lepsze jedzenie.We wtorek wróciliśmy do Konstancy.Przyjechali zastępcy Sochnutu.Uspakajali nas, że się wrócimy.Mówili również, abyśmy nie kupowali jedzenia, bo aż do Hajfy musi nas żywić towarzystwo okrętowe.

Kiedy Żydzi z Konstancy dowiedzieli się o naszym smutnym podróżowaniu, przynieśli nam na statek jedzenie.Wszystko było dobrze tak długo, jak długo statek stał w porcie.Towarzystwo okrętowe zapewniło nam i pozostałym pasażerom spanie i jedzenie.Jeszcze raz wyruszyliśmy ku brzegom Palestyny.Po drodze spotkaliśmy niemiecki statek, od którego dowiedzielismy się, że w zatoce u Hajfy jest trudno zakotwiczyć, bo sztorm nadal trwa.Kapitan zdecydował się poczekać na otwartym morzu, daleko od brzegu do czasu, aż się sztorm uspokoi. Trwało to jeszcze dwadzieścia cztery godziny.Następnego dnia, w czwartek, zobaczyliśmy jak z daleka zbliżały się łodzie straży granicznej, aby odwieźć nas na brzeg.

Kiedy zeszliśmy na ląd, część Żydów dziękowała za uratowanie życia.Mnie przyszła przywitać cała moja rodzina.Moja siostra z zapłakanymi oczyma opowiedziała, jak się niepokoiła, kiedy statek zerwał się z kotwicy i popłynął z powrotem do Konstancy.Nikt nie wiedział, co się z nami stało.W piątek rano prasa w Erec Israel pisała, że nasz statek zatonął.Nie wiedzieli, że wróciliśmy do Rumunii.Radia, tak jak dzisiaj, nie było.W szabas nie wychodziły żadne gazety tak, że rodziny czekające na swoich bliskich już ich opłakiwały.(Chciałbym dodać, że w czasie podróży do Rumunii bardzo dużo takich małych statków zatonęło).Dopiero na szabas wieczorem wyszło specjalne wydanie, które informowało, że mój statek wrócił do Rumunii.

W tym czasie dotarło do mnie kilka listów z domu.Pisali, że po moim wyjeździe z miasteczka, przyszło wezwanie na policję oraz o tym, że aresztowano dużo ryckich kolegów jak:Mejera Gitelmana, Nossena Tajchmana, Dawida Szterna, Herszla-Dawida Mleczkowicza i innych.

W Palestynie wszystko było dla mnie obce a nawet nieprzyjazne.Zrozumiałem, że tutaj, żydowskie uczucia narodowe u takich młodych jak ja, okazały się nieprawdziwe.O tym wiedziałem jeszcze w Polsce.Spotkałem kilku młodzieńców z Ryk.Nawet jeden z nich, Jojse Sztejnfeld chodził ze mną do chederu.Spotkałem także Melecha Derfnera i innych..Od razu szukałem kontaktu z Komunistyczną Partią Palestyny (KPP).Nie było to łatwe, ponieważ partia była nielegalna.Jeszcze w Polsce mnie uprzedzano, że nawiązanie kontaktu będzie trwało kilka miesięcy, ponieważ musi być zgoda Komintermu w Moskwie.

Gotowało się we mnie.Jak może komunista bezczynnie czekać i nic nie robić dla świętej sprawy?Ale dowiedziałem się, że istnieje organizacja MOJFES.(Wtedy nazywało się tak partię Mifleged Paolim Sotsialistim =Partia Socjalistycznych Robotników).Ta partia nazywała się ICHUD.*

Partia miała siedzibę na ulicy Hadar-HaKarmel. Siedziba była na pół legalna, bo oficjalnie była to organizacja kulturalna, kontrolowana przez komunistów.

Przez pierwsze dni tułałem się po Hajfie jak cudzoziemiec.Z czasem zaczęto się mnie wypytywać, kim jestem i skąd pochodzę.Ale te rozmowy kończyły się na niczym.Ponieważ moje odpowiedzi były wstrzemięźliwe, ludzie się mnie coraz mniej pytali.Nie miałem kolegów.Ale nie zmarnowałem ani jednego dnia.Jako pobożny Żyd chodziłem do klubu.Tam pożyczałem książki z biblioteki i dużo czytałem.Słuchałem też wielu kształcących, ważnych referatów wygłaszanych przez towarzyszy, o których dopiero później dowiedziałem się, kim oni właściwie byli.

Pewnego dnia przyszedł do mnie towarzysz i powiedział, że chce ze mną porozmawiać i prosił, abym przyszedł o określonym czasie na umówione miejsce.Tam dowiedziałem się, że od dzisiejszego dnia jestem członkiem KPP.Byłem uszczęśliwiony tą wiadomością.Przydzielono mnie do komórki w Hajfie.

I wtedy rozpoczęła się moja działalność w KPP w Palestynie.Zacząłem się spotykać z różnymi ludźmi.Pierwszy raz spotkałem swojego kolegę Bala, którego nigdy nie zapomnę.Jeszcze do dzisiaj jest w komunistycznej Polsce, gdzie mu się bardzo dobrze żyje.Wtedy również poznałem towarzysza Lejba Dąba, główną postać „Czerwonej Orkiestry[11] i jego żonę Lubę, towarzysza Brazylaja, który jest dzisiaj profesorem na uniwersytecie Bar-Ilan w Izraelu, towarzysza Efraima Lesińskiego i wielu innych towarzyszy, których nazwisk już dobrze nie pamiętam.Wszyscy odgrywali ważne role w KPP.(Wierzę, że wielu z nich odgrywa ważne role w Komunistycznej Partii Izraela).Wielu innych zostało rozstrzelanych w Związku Radzieckim przez ich własnych „towarzyszy”.

Później wstapiłem do Komitetu Młodzieży, gdzie przydzielono mi trudną i odpowiedzialną pracę.Wszystko to bardzo mi się podobało, chociaż Żydzi nas nienawidzili.

W 1928 roku przyjechała do mnie bardzo ważna osoba z Komintermu.To był Daniel Auerbach przedstawiciel PKP w Moskwie, rozstrzelany w 1939 roku w Związku Radzieckim.Pamiętam jeszcze jego przemówienie, które dotyczyło tego, co zaczęło się u nas tworzyć – niewielka opozycja w stosunku do problemu arabskiego.Ja i towarzysz Bal należeliśmy do opozycji.KPP wychodziło z założenia, że w państwie kolonialnym komuniści mają popierać powstania tubylców, a dopiero potem zająć się rewolucją społeczną.My zajmowaliśmy się także kwestią żydowską, specyficzną dla Palestyny.Uważali nas za utopistów.Dopiero dzisiaj widać, że my wiedzieliśmy lepiej niż kierownictwo KPP.Należy przypomnieć jak w Chinach nacjonaliści po dojściu do władzy zachowywali się w stosunku do komunistów.Czan-Kai-Szek w jednym kantonie wymordował ponad 20 tysięcy komunistów.

Czy w Palestynie byłoby inaczej, gdyby nacjonaliści z muftim na czele doszli do władzy? Taki był nasz pogląd na sprawę.Nie powinniśmy zapominać, że mufti i jego banda byli wyraźnie popierani przez swoich wysłanników - PKP.

Chce tutaj przypomnieć jedno wydarzenie.Kiedy w Jerozolimie miały się odbyć wybory do rady miejskiej, wysłano młode żydowskie dziewczyny, aby rozdawały Arabom ulotki, zachęcające do głosowania na muftie[12].Biedne dziewczęta zostały pobite.My, młodzież nie mogliśmy zrozumieć takiego zachowania.Wybuchły potyczki i grożono, że będą wyrzucać z partii politycznej.W taki sposób tłumili opozycję, gdyż nie mogli nas posłać do więzienia.

Pewnego dnia przyjechała z Ameryki ciocia Melicha Derfner z dwiema dziewczynkami.Jedna z nich była jej wnuczką a druga siostrzenicą.Ciocia Melicha pochodziła również z naszego miasteczka Ryki i znała moją rodzinę.Poprosiła, abym pokazał dzieciom Ziemię Izraela.Było to dla mnie błogosławieństwem, chociaż sam jeszcze dobrze nie znałem Palestyny.Codziennie braliśmy taksówkę i jeździliśmy w różne miejsca.Pewnego dnia dowiedziałem się, że jutro około południa będą rozdawane ulotki w Mitbach-Ha Paolim na Hadar-HaKarmel, niedaleko Związków Zawodowych.Otrzymałem od partii polecenie, aby dopilnować, by nie doszło do wsypy, a przywiezione ulotki trafiły do tych, którzy mieli je rozdawać.

Rano pojechałem z dziewczętami na Karmel do lasku Marcela.Obliczyłem, że dokładnie o dwunastej będę na tamtym miejscu koło Zwiazków Zawodowych.Powiedziałem do dziewcząt:”Zostańcie parę minut u siostry, ja zaraz wrócę”. Ten, który miał przynieść ulotki już czekał, ale ten który je miał odebrać jeszcze nie przyszedł.Kiedy długo nie przychodził, sam rozdałem ulotki.Trwało to około piętnastu minut.Wróciłem do siostry, wziąłem dziewczęta i pojechaliśmy do Aful.Po drodze je uprzedziłem, że jeśli by się ktoś pytał, to mają powiedzieć, że cały dzień byłem z nimi.

Na drugi dzień aresztował mnie sierżant żydowski z angielskiej policji.Nazywał się Klajnman.Miał za zadanie śledzić komunistów.Zatrzymał mnie w domu mojej siostry.Na pytanie co wczoraj robiłem cały dzień, odpowiedziałem, że zwiedzałem z dwiema Amerykankami.

Krzyknął:”To nie prawda!Wczoraj rozdawałeś ulotki!”.Zapytałem:

Czy możesz przysiąc?”.

„Po co bym przysięgał, skoro mam świadka!”-powiedział.Przyprowadził do środka świadków.Zapytałem ich:

”Widzieliście mnie wczoraj?” „Tak” odpowiedzieli „Widzieliśmy jak rozdawałeś ulotki”.

Powiedziałem : „Udowodnię wam, że oszukujecie.Chcecie zarobić kilka funtów od policji i wymyślacie sobie niestworzone rzeczy”.

„Przyprowadź na górę te dwie amerykańskie obywatelki” powiedziałem do sierżanta.Dziewczęta były na policji już od chwili, kiedy mnie aresztowano.Kiedy je przyprowadzono powiedziały: „Co to znaczy?Ani na minutę nas nie opuścił!”

Biedak sierżant Klajnman, Żyd, musiał uwierzyć Amerykankom i mnie puścił.

Jeszcze na koniec mi powiedział: „Teraz ci się udało, ale następnym razem na pewno ci się nie uda!”.

Jak zobaczymy później dotrzymał słowa.

Na początku 1929 roku czuło się, że coś się szykuje z obu stron:tak żydowskiej jak i arabskiej.W sierpniu 1929 roku doszło do starcia pod przywództwem Wielkiego Mufti Jerozolimy, towarzysza komunistów a później hitlerowców.Pamiętam, kiedy mufti przyjechał do Hajfy podżegać Arabów.Zaraz zaczęła się uliczna strzelanina.Patrzyłem z tarasu i widziałem, jak Arabowie mordowali Żydów.Nikt tym Żydom nie przyszedł z pomocą.Dopiero za pół godziny przyszli żołnierze angielscy, ale nie widziałem, żeby aresztowali kogoś z Arabów.Tego samego dnia dotarła wiadomość o morderstwach w Hebronie, gdzie zamordowano dwudziestu czterech bezbronnych studentów jesziwy.Stało się na szabas, a w szabas jest zakazane się bronić.I tak przez swój fanatyzm zapłacili życiem.

Wtedy obudził się we mnie prawdziwy Żyd.Zrozumiałem, że w czasie rewolucji narodowej nie walczy się przeciwko obcej władzy ale przeciwko współobywatelom.Z drżącym sercem poszedłem porozmawiać z towarzyszem z partii.Kiedy siedziałem u niego w domu, przyszedł arabski towarzysz i zapytał, jak ma się zachować w dzisiejszej sytuacji.Mój partyjny towarzysz mu odpowiedział:”To nie jest narodowa rewolucja ale pogrom.W czasie pogromu celem partii jest bronić ofiary pogromu”.

Poradził mu, aby poszedł do domu.Ja zrozumiałem to inaczej.Ale ten towarzysz za opinię wyrażoną Arabowi dostał od partii naganę.Wielu towarzyszy zamordowano, bo byli Żydami.Wszystko to wiodło mnie do tego, abym się zastanowił nad kwestią żydowską.Zdecydowałem, że na najbliższym zebraniu komórki poruszę ten problem.Ale partia dowiedziała się o nastrojach młodzieży i nie zwołała już zebrania komórki, ale tylko ogólne zebranie młodzieży i towarzyszy partyjnych.

A to było szczęście, że tak się stało, ponieważ jeszcze zanim się zaczęło zebranie, policja z Klajmanem na czele nas otoczyła. Inaczej, to tej w nocy cała Komunistyczna Partia Palestyny skończyłaby w więzieniu.Komitet partii nie dojechał a tylko cały Chabski obwód tzn. komitet partii z Hajfy.Razem około 30 osób.

Jak już powiedziałem, zanim zaczęła się dyskusje, zostaliśmy otoczeni.Któregoś towarzysza oskarżono, że jest prowokatorem.Jak się później okazało przywódcy partii się bardzo mylili, bo uważany za prowokatora, był ważną osobą w partii.Później działał także we Francji jako agent rosyjskiej siatki szpiegowskiej w Europie zachodniej.

Chciałbym się trochę zatrzymać przy tym, jak dostaliśmy się w ręce brytyjskiej policji w czasie stanu wojennego.Zabrali nas wszystkich bez oporu i odwieźli do więzienia w Centrali Policji w Hajfie, gdzie pozamykali w oddzielnych celach.W czasie przesłuchań niczego się od nas nie dowiedzieli.Jedzenie nam dostarczano z zewnątrz.Ogólnie biorąc mieliśmy się dobrze. Po dwóch dniach policja postanowiła nas przewieźć do więzienia w Akko.

Kiedy ogłoszono, że nas odwiozą do Akko w łańcuchach, podnieśliśmy rwetes.Przywołali wojsko, które z bronią automatyczną stanęło przy każdej celi.Byli gotowi strzelać, jeżeli nie damy się zakuć w łańcuchy.Nie mieliśmy więc wyboru.To był stan wojenny.

Ze związanymi do tyłu rękami i przykutych do długiego łańcucha popędzili nas do Akko jak przestępców. Eskortowali nas żołnierze z załadowanymi karabinami. Ale po drodze porozumiewaliśmy się normalnie, po ludzku.Powiedzieliśmy, że jesteśmy komunistami, ale oni tego nie rozumieli.Dawali nam papierosy.Ponieważ mieliśmy związane ręce, wkładali nam papierosy prosto do ust.

Z pociągu odwieźli nas prosto do więzienia.Więzienie w Akko miało opinię najokrutniejszego więzienia w kraju.Jeżeli się nie mylę, to była twierdza pochodząca jeszcze z czasów Napoleona.Turcy przerobili ją na więzienie.Później, przed wyzwoleniem Izraela, Anglicy wieszali tam powstańców, żydowskich bohaterów.Żołnierze nam wręczyli regulamin więzienny.Szefem więzienia był Egipcjanin, brutalny typ(zamordowany później przez Arabów).Chciał nas zmusić, abyśmy siedzieli na klęczkach jak Arabowie, ale się temu przeciwstawiliśmy.Zaczął nas bić.Nie mogliśmy się bronić, bo mieliśmy do tyłu związane ręce.Mogliśmy tylko krzyczeć.

Było nas dwudziestu trzech.Kobiety odwieźli do więzienia kobiecego w Jerozolimie.Przyszedł dyrektor więzienia, wysoki Irlandczyk.Chciał pokazać, że jest europejczykiem i zaczął krzyczeć do szefa: ”Związanych ludzi się nie bije.Nie są Arabami!Są europejczykami!”.Rozkazał, aby nam zdjęto łańcuchy.Wkrótce przyszedł rozkaz, aby nas nie trzymano w tym samym więzieniu co i Arabów, ale w celach dla obywateli angielskich i amerykańskich.Była to inna budowa z wielkim ogrodem dookoła.Siedzieliśmy tam po 5-ciu i 6-ciu w celi.

Było już późno w nocy.Zmęczeni upadliśmy na jednym kocu i usnęliśmy głębokim snem.Noc minęła spokojnie.Dopiero rano zobaczyliśmy, jak wygląda więzienie.Przez kraty z obu stron celi mogliśmy porozumiewać się z innymi więźniami.Było całkiem czysto - nie tak jak w innych więzieniach, gdzie nas później przetrzymywali.Potem nas zaprowadzili do natrysków.Był tam brud i ciasnota.Porozumieliśmy się z innymi celami i uzgodniliśmy, że nie będziemy jeść więzienniego jedzenia, dopóki nie będzie czyste.Następnego dnia rano dali nam czarną kawę z arabskim chlebem.Po tym chlebie chodziły małe, czarne robaki.Nie tknęliśmy jedzenia, a tylko wypiliśmy kawę, która rano była taką ciepłą wodą.O dwunastej przyniesiono obiad.Nie wiem, czy by smakował prosiętom.Nic nie powiedzieliśmy, ale kiedy strażnik wrócił po naczynia, wylaliśmy mu to na twarz.Wybuchł wielki skandal.Pofatygował się sam komendant więzienia i krzyczał:”Jesteście w więzieniu! W więzieniu obowiązuje dyscyplina więzienna”.Odpowiedzieliśmy mu na to, że nie jesteśmy kryminalistami, a więźniami politycznymi i chcemy, aby z jako takimi z nami rozmawiano.

Nie chciał o niczym słyszeć.W nocy kiedy znów wyrzuciliśmy jedzenie i strażnicy poszli na skargę do komendanta, sytuacja się zmieniła.Nie wiem dlaczego.Czy poradził się w centrali więziennej w Hajfie.Na pewno dostał polecenie, aby się z nami lepiej obchodzić.

Na drugi dzień wezwał tych, którym w czasie aresztowaniami odebrali funty.Byłem wśród nich i ja.Powiedział, że już nie mogą nam posyłać jedzenia z zewnątrz, ponieważ on uzgodnił z arabską restauracją, aby nam jedzenie donosiła.To jedzenie nie było takie złe.

Do tej pory rozmawialiśmy o naszych problemach przez kraty.Dyskusje były bardzo trudne, bo wielu towarzyszy uważało pogromy ze strony Arabów jako ruch oporu.Nie chcieli zrozumieć, że mordowanie Żydów było częścią arabskiego „przebudzenia”, a mufti był narodowym arabskim przywódcą.W czasie tych dyskusji dochodziło do największych kłótni i ubliżania.

Wkrótce przyszło rozporządzenie z centrali, że zabrania się dyskutowania, gdyż w więzieniu obowiązuje izolacja.Niedługo przedstawiliśmy dyrektorowi więzienia nasze żądania.Były następujące:

  1. Pootwierać drzwi, abyśmy mogli być razem.
  2. Każdemu po 3 koce.
  3. Wspólne spacery:3 godziny przed południem i 3 popołudniu.
  4. Wizytacja lekarza co trzy dni.
  5. Pozwolić na kupowanie papierosów.
  6. Jedzenie ma być z zewnątrz dodawane przez administrację
  7. Otrzymywanie książek z zewnątrz.
  8. Chcemy aby gubernator Hajfy przyjechał do nas z wizytą.
Kiedy dyrektor wysłuchał tego wszystkiego, roześmiał się i odpowiedział:”Co wy tutaj będziecie mi dyktować, co mam robić.!”

Było to we wtorek czy w środę.Już dokładnie nie pamiętam.Wróciliśmy do naszych cel z postanowieniem, że jeżeli nam nie ustąpią, to będziemy szukali innych sposobów na przymuszenie dyrektora więzienia.

Pewnego dnia zauważyłem, że idzie do nas gubernator Hajfy w towarzystwie mniej i więcej ważnych urzędników.Przywitał nas słowami: „Nie przyjechałem na wasze żądanie!Wizytuję więzienia co 15 dni i dlatego dzisiaj tutaj jestem.” Wiedzieliśmy, że to nieprawda.(Przyjechał z powodu żądań, jakie postawiliśmy)Nic nie odpowiedział i odjechał.

W nocy przyszedł kapral strażnik i nam przekazał, że dyrektor więzienia żąda, aby wybrać delegację pięciu osób.Ja znalazłem się między nimi.Poszliśmy do niego.Tłumaczył nam:”Wstawiłem się za was u Gubernatora.Na wszystko się zgodził. I jeszcze pozwolił wam kupić ale za wasze własne pieniądze czajnik, primus, naftę i cukier.Kawę i herbatę wam da administracja więzienia

Ponieważ mieliśmy pieniądze, od razu daliśmy kilka funtów dozorcy więziennemu i nas we wszystko zaopatrzył.Dostaliśmy także po dwa koce.W nocy drzwi celi zostawiano otwarte na korytarz i wszyscy mogliśmy być razem.Według zaleceń rady partyjnej nie prowadziło się żadnych dyskusji.Więcej mówiło się o jedzeniu, papierosach i innych codziennych sprawach.

Rano przyszedł doktor, Armeńczyk.Zachowywał się w stosunku do nas bardzo dobrze.Każdemu przypisał po pół litra mleka dziennie, 20 gramów masła, konfitury i biały chleb.

Z pomocą ordynansa doktora, administracja więzienna wszystko to załatwiła.Ale kiedy poszliśmy na spacer na wielki dziedziniec, zauważyliśmy jeszcze wielką zmianę.Arabskich strażników przeniesiono a dano na ich miejsce angielskich żołnierzy, którzy zachowywali się po ludzku.Drzwi więzienia były otwarte cały dzień.Mogło się wchodzić i wychodzić, kiedy tylko się chciało.Dostaliśmy takie książki, jakie chcieliśmy.Przez pewien czas żyliśmy w więzieniu jak w jakim pensjonacie.

Ale naszej partii się nie dało utrzymać w tajemnicy faktu, że byliśmy w więzieniu, bo co drugi czy trzeci dzień odwiedzali nas różni żydowscy i angielscy dziennikarze.Wynaleźli paragraf w prawie, że przesłuchanie musiało się odbyć do 24 godzin od aresztowania.(Nie uwiadomili sobie, że jest stan wojenny).Trzeba było ogłosić głodówkę, aby nas posłali do sędziego lub wypuścili.

I wtedy wybuchła dyskusja- za i przeciw głodówce.Między nami byli towarzysze fanatycy, dla których pogrom znaczył rewolucję i oni tłumaczyli, że „ponieważ komitet partyjny jest najwyższą instancją, musimy czekać na ich decyzję”.

Po 3 tygodniach spokojnego życia w więzieniu, kiedy przyszedł komendant powiedzieliśmy, że jeżeli w ciągu 24 godzin nie przyjdzie sędzia śledczy, to rozpoczniemy głodówkę.Popatrzył na nas jak na niemądrych.Przy tak dobrym traktowaniu ogłaszać głodówkę?

Ponieważ nie zgodził się na nasze żądanie, rozpoczęliśmy głodówkę.Jak ta głodówka wyglądała to nieważne.Ale wiemy co znaczy 9 dni bez jedzenia i picia.Partia Komunistyczna widziała, jak to wykorzystać.Zaraz pierwszego dnia cały świat dowiedział się z wiadomości TASS, że w angielskim imperialistycznym więzieniu w Akko prowadzi głodówkę 30 młodych ludzi, którzy domagają się praw politycznych.Również w Jerozolimie prowadziło głodówkę 7 kobiet z tego samego powodu.Cała prasa światowa była pełna tej „głodówki”.Angielski Czerwony Krzyż przysłał dużo pieniędzy.Również z Wiednia przyszły pieniądze.Partia na zewnątrz triumfowała.W Anglii reprezentanci robotników interweniowali w Parlamencie.A nam w więzieniu ubywały siły.

W siódmy dzień głodówki powiedziano nam, że nazajutrz przyjdzie do Akko sędzia śledczy.Byliśmy za słabi, aby nas mogli odwieźć do Hajfy, bo tam przebiegało całe śledztwo.

Nazajutrz o dziewiątej rano odprowadzili nas do sądu.Kilku musieli nieść na noszach.Posadzono wszystkich na ławki pilnowane przez żołnierzy.Nasz adwokat, doktor Waszyc, znany rewizjonista, powiedział nam, abyśmy zachowywali się jak cywilizowani ludzie.

Kiedy wszedł sędzia nie musieliśmy wstawać.W sali był spokój.Sędzia zaczął tymi słowami:”Panowie, proszę was, abyście mi nie przeszkadzali w śledztwie. Wasz los jest w moich rękach.Mogę was puścić, ale też mogę posłać do sądu.Dr Waszyc nam powiedział:”Panowie wszyscy jesteście wolni.Tak zrozumiałem słowa sędziego.”M

Śledztwo zaczęło się od wysłuchania zastępcy policji.Sędzia się dziwił, jak mogła policja aresztować ludzi zgromadzonych na zebraniu w prywatnym mieszkaniu.Oficer policji odpowiedział, że było pewne, iż są to komuniści, a partia komunistyczna jest zakazana.

Nie ważne jak prowadzono śledztwo, ale ważne, że sędzia po pierwszym przesłuchaniu polecił, aby nam podano jedzenie.Powiedział, że dochodzenie będzie ukończone nazajutrz.Wróciliśmy do więzienia i czekaliśmy do rana.

I rzeczywiście rano wszystkich wypuszczono.(Kiedy porównam tamto imerialistyczne więzienie z dzisiejszymi rosyjskimi więzieniami, to nasuwa się mnóstwo pytań na które trudno odpowiedzieć).Doktor nas zbadał, dostaliśmy dokumenty i rozjechaliśmy się do swoich domów.

Po kilkunastudniowym pobycie na wolności zacząłem się zastanawiać, co mam dalej robić.Dowiedziałem się, że należy znów werbować nowych członków.Przebywając w więzieniu miałem dość czasu, aby wszystko przemyśleć i doszedłem do wniosku, że Żydzi i Arabowie nigdy nie mogą żyć razem.Arabowie będą nas Żydów zawsze nienawidzieć.Nawet jeżeli będą to żydowscy komuniści. Chociaż partia komunistyczna popiera rodziny huseini na czele z muftim, to tylko dlatego, że nie widzi specyficznych żydowskich problemów.Będąc komunistą jeszcze w Polsce, nie miałem takich poważnych kłopotów jak tutaj.Z przykrością muszę powiedzieć, że to wszystko nie wprowadziło mnie jeszcze na drogę sjonizmu.Byłem ciągle żarliwym Żydem, dlatego, że w Polsce można było być i komunistą i Żydem.Ale nie tutaj w Palestynie, gdzie sprawy stawiano na ostrzu noża.

I tak przez cały następny rok byłem bez żadnego zajęcia.Śledziła mnie policja, ponieważ chcieli mnie wygościć z kraju.Byłem w trudnej sytuacji dlatego, że chcieli mnie deportować prosto do Polski, a tam groziła mi kara 10 lat pozbawienia wolności.Poszedłem się poradzić doktora Waszyca.Powiedział, że spróbuje coś załatwić na policji, abym mógł bez kłopotu wyjechać.

I tak się też stało.Pojechałem do Jerozolimy do polskiego konsula. Z trudnościami otrzymałem paszport z ważnością na 5 tygodni i pieniądze.Miałem ich bardzo mało, ale wypuściłem się w świat.

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu.Kiedy zaczęto przeorganizowywać partię, przyszedł do mnie towarzysz Birmani i zaproponował, abym znów wstąpił do partii.”Towarzyszu Birmane.Do komunistycznej partii w Palestynie nie mogę wstąpić, ponieważ jestem Żydem.Nie chcę być z takimi kryminalistami jak mufti i jego banda błogosławiona przez Moskwę”.

W taki oto sposób skończyła się moja działalność w ruchu komunistycznym w Palestynie.Dzisiaj kiedy siedzę w Paryżu i piszę wspomnienia o tamtych czasach, z ciężkim sercem wspominam moich towarzyszy.Nie tylko tych, którzy zginęli z rąk band hitlerowskich, ale także z rąk swoich „braci” w Rosji:

Efroim Leszyński, ówczesny sekretarz partii, zgnił w rosyjskich więzieniach.Averbuch, zastępca partii w Komitemie był rozstrzelany w 1939 roku w Rosji.Barzilaj gnił 23 lata w więzieniach rosyjskich na Syberii.Dzisiaj żyje w Izraelu.Birman zgnił w więzieniu w Rosji, Poljak zastrzelony jako trockista, Lejb Dąb, który tyle zrobił dla Rosji, a potem siedział 10 lat w więzieniu na Łubiance. A dzisiaj Polska nie chce go wypuścić.I jeszcze wielu, wielu innych drogich towarzyszy, którzy za swoje idee niesłusznie przepłaciło życiem.


Przypisy:

  1. Organizacja charytatywna założona w USA.W latach 20-tych pomagająca w polepszeniu sytuacji ludności żydowskiej Return
  2. paskudnicy, hultaje, młody Żyd nie przestrzegajacy tradycji Return
  3. W rzeczywistości Menachem Rubin urodził się w Adamowie; Return
  4. Imigracja Żydów do Palestyny Return
  5. dzisiaj ulica Kapitulna 18 Return
  6. Święto Kuczek, Święto Szałasów Return
  7. tutaj:osoba sprawujaca moralno-duchowy nadzor nad studentami jesziw Return
  8. „Tylna Brama” – trzeci traktat czwartego porządku Miszny. Return
  9. międzynarodowy organ wykonawczy i reprezentacyjny Światowej Organizacji Syjonistycznej wspierająca osadnictwo żydowskie w Palestynie Return
  10. Nie udało się zidentyfikować tej miejscowości Return
  11. siatka szpiegowska w Europie zachodniej podporządkowana wywiadowi ZSRR. Return
  12. muzułmański prawnik i teolog wydający oficjalne interpretacje w sprawach życia państwowego i prywatnego Return


[Strona 313]

Nasze miasteczko w swoim blasku i jego upadek

Mosze Openhajm

Z hebrajskiego na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

Ach, tak sobie siąść teraz pod wierzbą, na brzegu rzeki, gdzie kiedyś siadywaliśmy.Wtedy śmieliśmy się i płakaliśmym, kąpaliśmy się w rzece i igraliśmy w jej falach w czasie letnich upalnych dni.Opowiedzmy o życiu tego miasteczka, o jego dziewczętach i chłopcach z tamtych dni.Często się żartowało i weseliło, ale były i trudne chwile, dni biedy i cierpienia.Mamy obowiązek opowiedzieć o wszystkim przez co przeszliśmy, aby następne pokolenia poznały miejsce swojego pochodzenia i poznały świat swoich ojców i dziadów.

 

Reb Icchak Openhajm

 

Ryki to typowe żydowskie miasteczko przesiąknięte syjonizmem, leżące między Lublinem a Warszawą. Mieszkańcy śnili o emigracji do Izraela, a niepokorna młodzież zaangażowana była w młodzieżowy ruch syjonistyczny.Idąc wieczorem ulicami można było usłyszeć z okna jednego bractwa hebrajskie pieśni, z drugiego okna naukę hebrajskiego a z trzeciego wykład i okrzyki „hura!” lub polityczny spór a czasem i próbę zakłócania wykładów przez różne ugrupowania.

Spory nie kończyły się w siedzibach ruchów, ale kontynuowano je jeszcze w domach. Na przykład u nas: ojciec-niech pamięć jego będzie błogosławiona- był aktywnym w ruchu Mizrachi[1], siostry w Cijon Klaliim[2], inne w Gordonii[3] a ja dlatego, że byłem jeszcze w szkole powszechnej, zakazywano mi działać w jakimś ruchu, bo mogłem być wyrzucony ze szkoły. Należałem tylko do Noar Bejtar[4].Moja siostra Rosa była kilka lat w hachszara[5] w kibucu i w 1939 roku miała właśnie wyemigrować z mężem do ziemi Izraela.Wybuchła wojna i zgasły wszelkie nadzieje.Siostra z mężem zginęli na terenie okupowanym przez Rosjan.
Mój ojciec na wiele sposobów próbował otrzymać dokument wymagany do emigracji całej rodziny do Izraela. Powiedziano mu, że: „Zegarmistrzów tam nie potrzebują”. Poradzono mu,

aby wyrobił sobie świadectwo szklarza, ale to i tak nie pomogło.Później próbował złożyć podanie jako rabin i to także nie pomogło, bo akurat wybuchła wojna i rozwiała wszelkie nadzieje.

Przy głównej ulicy z Warszawy do Lublina, był duży ogród ogrodzony płotem.
Wzdłuż płotu były ławeczki i trawnik.W soboty w czasie upalnych dni, mieszkańcy Ryk odpoczywali w cieniu drzew, bawili się z dziećmi.A my graliśmy w piłkę.
Mieliśmy także boisko do piłki nożnej, gdzie odbywały się mecze między drużynami Ryk i Dęblina lub między miejscowymi drużynami żydowskimi a polskimi. Kiedy Żydzi wygrywali, to wtedy wybuchały bójki, które nie pozwalały na dokończenie meczu.W drużynie żydowskiej byli odważni chłopcy i zawsze zadawali porządne ciosy przeciwnikom.
Mecze futbolowe przyciągały rzesze młodzieży żydowskiej i tylko niewielu dorosłych, z pośród których muszę wymienić Izraela Juedensznajdera - niech pamięć jego będzie błogosławiona, -oddanego kibica futbolu, który nie opuścił żadnego meczu.

Większość Żydów miasteczka nie pozwalała swoim dzieciom grać w futbol.Mówili, że to zabawa gojów.Mnie też nie pozwalali grać, ale i tak grałem prawie codziennie.

Piłkę kupiliśmy do spółki z kolegami. Po grze chowałem ją w naszej komórce na półce, którą zrobiłem nad drzwiami.A to już była specjalna akcja, tak żeby rodzice nie wiedzieli.Za naszym domem był murowany płot, bo tam był jakiś skład.Kiedy kończyliśmy grę, za murem zostawał kolega z piłką, a ja szedłem do domu.Po tym jak upewniłem się, że rodzice nie patrzą, wychodziłem na podwórko, a on mi przerzucał piłkę, którą chowałem do kryjówki.

W zimie mieliśmy inną zabawę – łyżwy.Robiliśmy je z kawałka drzewa i obijaliśmy blachą na krawędziach.Kiedy urośliśmy, to już kupiliśmy metalowe łyżwy.Oczywiście bez wiedzy rodziców.
W sobotę po modlitwie, kiedy rodzice spali, wymykaliśmy się z domu, żeby pojeździć po lodzie.Lubiliśmy ten sport tak bardzo, że jeżdziliśmy na łyżwach i w marcu, kiedy lód przy brzegu już się roztapiał.Przyciągaliśmy wtedy drabinkę z mykwy, przerzuciliśmy ją z brzegu na lód i mogliśmy spokojnie przechodzić.Pamiętam jedno zdarzenie, a było to w 1938 roku.Położyliśmy sobie drabinkę i przeszliśmy na lód.Było nas pięciu:dwóch chłopaków Kojbeskich, Gruszkiewicz, ja i Icyk Mezis.Jeżdziliśmy kilka godzin i kiedy chcieliśmy przejść spowrotem na brzeg, a drabinki tam nie było.Zaczęliśmy szukać miejsca, w którym moglibyśmy przeskoczyć.Wtedy pode mną lód się załamał i wpadłem do wody.Koledzy pomogli mi się wydostać.Byłem cały mokry.Poszliśmy do małej piekarni, która była na na końcu boiska i udało się mi trochę wysuszyć ubranie.
Na drugi dzień musiałem przyrzec, że już więcej nie pójdę na łyżwy.

 

Stoją od prawej: Roza Openhajm i Sara Kuperman.
Między siedzącymi: Gitla Turek, Riwka Kuperman, Rochcze Openhajm

 

W Rykach była szkoła powszechna, do której chodziliśmy razem z polskimi dziećmi.My jeszcze musieliśmy się uczyć w chederze, gdzie nas rebe zatrudniał przez cały dzień.W zimowe dni uczyliśmy się także wieczorem.Sami robiliśmy sobie lampy. Lnianym sznurkiem obwiązywaliśmy dookoła dno butelki.Zapalaliśmy sznurek i butelka pękała.Potem wkładaliśmy do niej wieczko od pasty do butów i z taką lampą chodziliśmy wszyscy razem.Z daleka wyglądało to jak pochód ze świeczkami.

W wielu domach nie było prądu elektrycznego i używało się lamp naftowych.Również i u naszego rebego nie było prądu tylko lampa naftowa.My uczniowie, kiedy nie chcieliśmy się uczyć, to kichaliśmy, aby zgasić tą lampę.W niedzielę do szkoły nie chodziliśmy, ale cały dzień uczyliśmy się w chederze.
W miasteczku było kilka miejsc, gdzie się spotykano.Na przykład: w synagodze, przy studni, czy w mykwie.W prawym rogu rynku stała synagoga wybudowana z czerwonych cegieł.Była to wielka budowa, w której na drugim piętrze była kobieca część synagogi.W zimne dni biedacy grzali się tam przy piecu.Na ławach wzdłuż ścian i naokoło bimy [6] siedzieli młodzi chłopcy i studenci jeszywy ucząc się w takt melodii ze swoich gmarot, kiwając się do przodu i do tyłu lub na lewo i na prawo.Byli tam także i tacy, co się tylko obijali. Nie uczyli się, tylko przeszkadzali innym.Byli to niezdyscyplinowani, zuchwali chłopcy, którzy przez cały dzień się lenili, kłócili, popychali innych łokciami.
Przy studni na środku rynku stawały dziewczęta Izraela i wiodły pogaduszki.Starsze z nich opowiadały o minionych czasach, a młode przepowiadały dni nadchodzące.Gestykulując opowiadały historie, a zauroczone dziewczęta słuchały ich historyjek.Kiedy była to opowieść smutna, ich wzdychania odbijały się echem po całym rynku jak smutne hukania sowy tak długo, aż przyszła na nie kolej na pompowanie wody ze studni.Pompa miała koło z rękojeścią.
Za piekarnią Gitel była studnia księdza, w której woda była smaczniejsza i wyciągało się ją wiaderkiem na łańcuchu.W zimie miejsce obok studni przemieniało się w lodowisko i dostęp do niej był niebezpieczny.

W mieście był także nosiwoda, który nosił wodę na nosiłkach tzn.na takim kiju na końcach którego wisiały wiadra.Nosił wodę do domów mieszkanców, których stać było mu za to zapłacić.I chociaż to kosztowało parę groszy to i tak nie wszyscy mogli sobie pozwolić na taki wydatek i musieli wodę pompować sami.

Mykwa znajdowała się koło rzeki i właściwie była jedyną łaźnią w miasteczku.Wieczorem przed szabasem i w przedświąteczne wieczory ojcowie razem z dziećmi szli niosąc tobołki z czystą bielizną na szabas, aby ją wymienić za bieliznę dni powszednich.

Celem chodzenia chasydów i rzemieślników do łaźni było zanurzenie się i tym oczyszczenie się na cześć szabasu.Spoceni nie siedzą na ławkach i nie szepczą tylko wchodzą i zanurzają się w koszernej mykwie według zasad wiary i prawa, śpiesząc się, by zdążyć na Kabalat szabat[7]. Jeden po drugim wychodzą z mykwy.Z bród i pejsów kapie im majim chaim[8].Czują się jak ludzie, którzy z siebie zmyli nieczystość i mogą godnie, gorąco i żałośnie zanucić melodię przed modlitwą :”Ojcze mój miłosierny, ukierunkuj swą Bożą łaskę na niewolnika swojego.” itd.

Byli i tacy, którzy chodzili zanurzyć się rano i w zwykłe dni, jeszcze przed modlitwą szacharit i z czystymi myślami czuli się bardziej uduchowieni.
Mykwa była dla kobiet siódmego dnia po zakończonej menstruacji i chodzenie kobiet do mykwy było zawsze dyskretne. Wymykały się do mykwy ze swoich domów po zapadnięciu zmroku lub we wczesnych wieczornych godzinach. Kobiety chodziły tam także przed ślubem.

Tak, mykwa prowadziła Żydów z Ryk od narodzenia aż do śmierci.

Na głównej ulicy też była łaźnia z wannami, ale tam było drogo i daleko od żydowskiej części miasta.


Przypisy:

  1. Mizrachi> – religijny ruch syjonistyczny Return
  2. Cijon Klaliim – Organizacji Syjonistów Ogólnych Return
  3. Gordonia – pionierska organizacj młodzieżowa Return
  4. Noar Bejtar – syjonistyczny skrajnie prawicowy żydowski ruch młodzieżowy nawiązujący do wzorów skautingu Return
  5. hachszara ośrodek przygotowawczy dla przyszłych osadników, którzy mieli emigrować do Palestyny Return
  6. bima hebr.podwyższenie –podium w synagodze z którego czyta się Torę i prowadzi modły Return
  7. Kabalat szabat –hebr, jid. powitanie szabasu Return
  8. Majim chaim – hebr.„żywa woda” Return


[Strona 317]

Uratował chociaż jedną duszę Izraela

Nachman Abramowicz

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

Był to prosty i uczciwy chłop.Nie chwalił się wielkimi czynami.Nie nosił tradycyjnego palta ani kapelusza ani nawet i w szabas.Ani pejsy ani broda nie ozdabiały jego twarzy.Po prostu nie był to człowiek, któremu strony Gemary nie były mu zrozumiałe.Nie zarabiał ani na rabinowaniu ani na ubojach.Od dzieciństwa był tylko handlarzem koni a mimo wszystko był Żydem o gorącym sercu i duszy.

W sobotę zbierał się w jego domu minjan Żydów.Cały swój wolny czas spędzał na prace społeczne i działania dobroczynne.Specjalnie angażował się przy „matan beseter”(sekretne dary).Każda żydowska sprawa była dla niego świętą.Dumnie i z odwagą bronił honoru każdego Żyda.

Pewnej soboty rano, kiedy Meir ubrany w wełaniany talit, stał w czasie czytania Tory, ktoś wszedł i przekazał mu bardzo smutną wiadomość.Oto właśnie teraz w szabas prowadzą w sąsiedniej wiosce Ułęż Benjamina na przechrzczenie.Meir nie zastanawiał się długo co ma zrobić.Szybko zdjął talit pobiegł prosto do stajni, wyprowadził dwa ogiery, zaprzągł ich do swojego lekkiego wozu, którego używał do próbowania koni przy kupnie czy sprzedaży.Skoczył na wóz, podniósł bat i zginął nam z oczu.Jak strzała z łuku leciał zaprzężony wóz do celu, do wioski Ułęż.

Była to bogata wioska, siedziba parafii.Żydzi tam nie mieszkali.Ale mimo wszystko mieszkańcy wioski, polscy gospodarze nie odznaczali się bogobojnością.A teraz udało się księdzu w swojej parafii „wiekie przykazanie” – przechrzcić Żyda za wielkiej ceremonii.Już z daleka widział nasz znajomy swój Bordżiner [1], jak wyciągają Benjamina z zamożnego gospodarstwa, jak prowadzą go gospodarze, kwiat duchowieństwa ubrany w księżowskie szaty w drodze do kościoła.Na czele szedł ksiądz w cudownym stroju przy dźwiękach dzwonów rozbrzmiewających po okolicy…

Meir pognał swoje konie do kościoła.Wjechał między świętujące masy ludzi.Chwycił Benjamina za szyję i wrzucił go na wóz.Siadłszy na niego, strzelił z bata i zanim przerażeni chłopi się opamiętali i zaczęli biec za wozem, Meir był już daleko od wioski.

Nie minęła ani godzina, a nasz znajomy siedząc na wozie, na plecach Benjamina, pokonał szybko drogę do Ryk.Meir trzymał w rękach lejce i bat a w sercu czuł odpowiedzialność za czyn którego dokonał.Po drodze starał się wiele razy przemówić do serca Benjamina.Jego gorące żydowskie serce nie dawało mu spokoju.Nie szło o mowę znawcy Tory, opływającą ustępami, ale o serdeczną, żydowską i ludzka prostotę.

Benjamin zamknął swoje serce i zatykał uszy i wydawało się, że Meierowa mowa, wychodząca prosto z serca, w ogóle do niego nie trafia.Wiedział, że siłą nie wygra z Meierem, że nie uda mu się zeskoczyć z wozu i uciec i dlatego powiedział wulgarnie:

Nie próbuj Meierze!To nic nie pomoże!Wszystko co mówisz mnie nie interesuje.Nie chce być Żydem! Zostaw mnie w spokoju i odejdę”.

„Ale przyjacielu Benjaminie”– znów próbował Meir przemówić mu do sumienia– „Ponieważ jesteś Żydem i pochodzisz z żydowskiego domu.Nie możesz zapominać, że jest dzisiaj szabas i na święty szabas cię wziąłem abyś pozostał Żydem! Benjaminie usłuchaj głosu swojego krzyczącego serca!”.

Z wielką szybkością dojechał wóz do centrum miasteczka.Obserwowali ich stojący na ulicy Żydzi.Wszyscy w jedwabnych kapotach przepasani paskami.Na ich czele stał rebe reb Elimelech z Żelechowa.Zakłopotany i zawstydzony Meier zatrzymał wóz kiedy spostrzegł rebego.Jak usprawiedliwić rebemu zbeszczeszczenie szabasu?Aby skryć swój wstyd i zgorszenie, wykrzyknął głośno gorącym sercem:

Benjaminie, Benjaminie, teraz widzę na własne oczy twojego zmarłego ojca, który woła –opamiętaj się Benjamina.”.

Rabin Elimelech zwrócił się do Meiera:

Pozwól mi dotknąć się twojego wozu.Twój wóz jest micwą!Uczyniłeś wielkią micwę!”.

Z załzawionymi oczyma oparł się reb Elimelech rękami o wóz.Swoją czerwona chustką wytarł boki wozu i wykrzyknął:

Oj Ojcze w niebiosach! Spojrzyj z wysokości jak Twoi Żydzi święcą Twoje imię dzień po dniu a nawet i zbeszczeszczeniem szabatu konają dla Ciebie i dla oświecenia Twojego imienia!Posłuchaj Izraelu!”.

Nagle Benjamin poprosił Meiera aby mu pozwolił wstać, przyrzekając, że nie ucieknie.Rebe wskazał Meierowi aby to uczynił.

Benjami narównał plecy rozejrzał się co to się wokół dzieje.Znów zobaczył te same twarze tak dobrze mu znane.Znów był między Żydami.Kamień spadł mu z serca.Niespodziewanie wykrzyknął:

„Hej Meierze!Widzę teraz twarz mojego ojca jak do mnie mówi, a tak naprawdę to w przyszły wtorek – jest rocznica jego śmierci! Posłuchajcie Żydzi! Jestem Żydem i Żydem zostanę!

„Posłuchaj Izraelu, Panie Boże Nasz nasz jedyny”

Przypisy:

  1. Nie udało się przetłumaczyć znaczenia tego słowa Return

Księga Pamiątkowa Ryk


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Ryki, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Lance Ackerfeld
This web page created by Max Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 13 Oct 2015 by JH