|
|
[Strona 205]
|
Nachman Abramowicz
Z hebrajskiego i jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla
Kiedy zaczynał się miesiąc nisan, często uciekałem na podwórko w stronę ulicy, bo stamtąd widać było plac, który dla mnie był bogatym w wydarzenia i przeżycia. Dni nisanu były dla Ryk bardzo zdradliwe. Tutaj wszystko były jasne, lazurowe i pełne wiosennej świeżości, ożywiającej duszę! Nagle zaczyna wiać zimny wiatr. Gęste ciemne chmury, wesołe strumyki roztopionego śniegu płyną ulicami po skorupach lodu, a jeśli to ci mało pokój z tobą! Przyjeżdża też wujek Sznejer! Mam na myśli oczywiście śnieg, bo śnieg w jidysz to „sznej”, ale wszystkim wrogom Syjonu życzę powodzenia wujowi Sznejerowi w miesiącu nisan, bo nie potrwa długo i w końcu ulegnie swemu gorzkiemu losowi i zamieni się w błoto.
W każdym razie ma jeszcze siłę przynosić różne choroby i dolegliwości, najróżniejsze przeziębienia, zwłaszcza tym frywolnym, którzy pospiesznie wyrzucili ciężki zimowy płaszcz i wymienili go na lżejsze ubrania.
Ja też byłam uważany za taką frywolną osobę. Kiedy mama kategorycznie każe mi włożyć ciężki płaszcz, którego tak chętnie się pozbyłem i owinąć się wełnianym szalem, szukam różnych sposobów obejścia tego „rozkazu”. No cóż, nie mogę znaleźć kaptura, po prostu nie mogę go znaleźć i naprawdę nie mogę go upilnować, aby nie trafił na niewłaściwe, skryte miejsce. Do jakiejś kryjówki? W końcu kaptur to nic wielkiego i może łatwo zniknąć w jakimś ciasnym kącie, poza zasięgiem wzroku. Płaszcz to coś zupełnie innego; nie lubi sztuczek. Choć to dziecięcy płaszcz i choć dostojnie wisi na wieszaku między płaszczami dorosłych, to nigdy nie zgodzi się na złożenie, spakowanie i wrzucenie pod łóżko czy wepchnięcie w wąską szparę między szafą a ścianą. Płaszcz ma przyzwoite rozmiary, a jeśli go skrzywdzisz będzie krzyczał spod łóżka, ze szczeliny między ścianą a szafą.
Miałem naprawdę wielki problem z tym płaszczem. Musicie wiedzieć, że najpierw sięgał mi prawie do stóp. Na moje liczne narzekania, że jest na mnie za duży, odpowiadali mi, że nie jest za duży, tylko że ja jestem za mały i gdybym był grzecznym chłopcem i jadł to, co mi dają, to szybko bym urósł i płaszcz by na mnie pasował.
Zimą moje wizyty na targu były bardzo rzadkie, a i jesienią lały obfite deszcze, no, a przede wszystkim na przedwiośniu, kiedy śnieg zaczynał topnieć i cały rynek zamieniał się w błoto pośniegowe. Wtedy nie mogłem odwiedzać rynku. Nie, żebym był, nie daj B-że, bardzo rozpieszczony i bał się, że się trochę ubrudzę błotem, ale dlatego, że istniało realne niebezpieczeństwo, że z takiej wizyty wrócę do domu bez kaloszy i ewentualnie bez butów. Teraz jest już cieplej i palce u nóg nie zmarzną nawet bez kaloszy.
I rzeczywiście, w odpowiednim czasie przyszedł wujek z sąsiedniej wsi. Był w dobrym humorze, więc zaproponował, że zabierze mnie na większe zakupy i obroni mnie przed chuliganami i łobuzerstwem.
Maszerujemy żwawym krokiem i planujemy kolejność odwiedzin sklepów. Wujek radzi się ze mną jak z dorosłym i przyjmuje moje rady. Wiem, że wieśniacy są bardzo podekscytowani wszelkiego rodzaju gwoździami, od dużych używanych do łączenia drewnianych belek, aż po gwoździe szewskie, maleńkie gwoździe bez główek. Rzeczywiście, wujek potrzebuje też siekierę, widły, a także żelazny garnek i cynową miskę. Są to drogie rzeczy. Najpierw spróbuje szczęścia na targu w Rykach, a potem może w bliższych i dalszych miasteczkach. Może uda mu się tam zrobić dobre zakupy.
W jednym sklepie kupujemy sznurki, bo bez sznurków tłumaczy mi wujek wieśniak nie może istnieć tak jak i bez gwoździa. Sprzedawca lubi pogawędzić, ale wujek nie ma czasu. Chce dokończyć zakupy i wrócić na wieś.
Jego pośpiech udziela się i mnie i prawie nie zwracamy uwagi na magiczne oczy rynku i jego urok. Bo tu, po pożegnaniu długiej zimy, rynek oczarowuje mnie wielką siłą. Jakże wesoły jest na nim zgiełk i jak wielki jest jego charakter! Wiosnę czuć nie tylko w czystym błękicie niebios, nie tylko w wietrze i cudownym zapachu pól, czarnoziemu i gnoju. Po uwolnieniu się z pancerza lodu i śniegu to wszystko oddycha głęboko i orzeźwiająco. Przejawia się to nie tylko w wielkiej liczbie koni i młodych źrebiąt wypełniających rozległy plac, nie tylko w nieustannym gruchaniu gołębi i ćwierkaniu wróbli, które stadami siadają na placu i dziobią końskie łajno, ale także w szerokich uśmiechach przechodniów w głośnym śmiechu dzieci gojów, chłopców i dziewcząt, i w hojnie rozdawanych przez znajomych pozdrowieniach „Dzień dobry”.
Z wiosenną radością łączy się radość przygotowań do Pesachu. Przechodzą Żydzi obładowani koszami macy przykrytymi białymi serwetami. Przechodzi gospodyni z koszem pełnym brzęczących szklanek i talerzy, jakby ogłaszały: „Na cześć Pesachu!”.
Na bliskich i dalekich podwórkach koszerują naczynia, gotując je w kadziach wypełnionych wrzącą wodą. Tu i tam unosi się i rozprasza na wietrze lekki dym, który w pogodny dzień wygląda biało-szary. Kto ma czas, by to wszystko oglądać?
Nagle podchodzi do nas nieuczesany wieśniak o słomianych włosach. Biegnie prosto do wuja, rozpościera ramiona i obejmuje go z całej siły, krzycząc z wielką radością:
„Pokój z tobą, nie widzieliśmy się od kilku lat, chodź, wypijemy kieliszek wódki na cześć spotkania na mój koszt, nie martw się…”.
Mój wujek z niemałym wysiłkiem wyrywa się z uścisku wieśniaka, podaje mu rękę i mówi:
„Dziękuję bardzo, ale nie mam teraz czasu, nie rozumiesz, wieczór Pesachu̶ 1;.
Od razu można było poznać, że wieśniak jest pijany. Usiadł i mruknął głosem pełnym podejrzliwości i zaskoczenia: „Nie masz czasu na kieliszek wódki?”.
Tej nocy spałem głęboko i miałem cudowne sny. We śnie jadę z wujkiem na wieś i spaceruję z nim po wielkich lasach, po dziewiczych lasach wioski, w której mieszkał. Zbieramy czerwoną i czarną rzeżuchę, błogosławię „tworzącego owoce ziemi” i jemy ze smakiem, a ich smak jest prawie jak wino, które mój ojciec przygotowuje na Pesach.
Szabaty i Święta
Czerwone zorze rozpostarły się nad miastem i zwiastowały koniec gorącego letniego dnia. Światło zachodzącego słońca stworzyło piękno obrazu i atmosferę szabatowego wieczoru. Chociaż słońce świątecznego szabatowego wieczoru nie zebrało jeszcze swoich ostatnich złotych promieni do chmur bladoniebieskiego bezkresnego nieba, dodało to rozlewającą się poświatę na wierzchołki starożytnych wyprostowanych w swojej wielkości drzew, stojących na brzegu rzeki. O tej godzinie dom był czysty i ściszony, a wszystkie obowiązki dnia powszedniego skończyły się na cześć Królowej Szabatu, której zapowiedź obecności była już widoczna w każdym kącie.
Na zastawionym stole, nakrytym nieskazitelnie czystym i jak śnieg białym obrusie leżą święte i czyste dwie chałki plecione na pamiątkę chleba z Miszny. Chały są zwężone na obu końcach i posmarowane żółtkiem.
Szabat. Zapal świece!
Dziś jest Szabat, zapal świece w świecznikach, zapalcie świece. Szabat! Oto dom mojego ojca. Wszyscy już umyci i ubrani w szabatowe szaty, a zapach i woń „Hamoci lechem min haarec”[2]. Na środku stołu stoi ładna i wypolerowana butelka, lśniąca niczym kryształ, w której błogo lśni i promieniuje klarowne wino, zapierające oddech w piersiach.
Minie jeszcze wiele dni, całe lata i wiele rocznic, a ja nigdy nie zapomnę szabatowego świątecznego stołu, tej wyjątkowości i intencji mojego ojca i wszystkich jego pięknych gestów. Wokół butelki stały jak strażnicy różne kieliszki kiduszowe w starohebrajskim stylu. Srebrny kiduszowi kubek był pomalowany i ozdobiony kwiatami i owocami kuchni szabatowej, z tym aromatem popieprzonych faszerowanych ryb.
Moja mama, która spoczywa w raju, w swoim szabatowym ubraniu, stanęła naprzeciwko ustawionych na stole srebrnych świeczników, i włożyła do nich dwie świece. Założyła na głowę białą chustę, przykrywając włosy, tak, żeby broń B-że nie było widać ani jednego w czasie zapalania świec. Zawiązała końce chusteczki pod brodą i z pobożnym kiwaniem, które o tej godzinie ogarnęło i synów domu, zapaliła szabatowe świece. Wydawało się nam, że w jej oczach również rozbłysły światła.
Jak to jest w zwyczaju, wykonała trzy ruchy dłońmi i zakryła oczy. Z jej ust słyszeć było czysty i wyraźny głos błogosławieństwa: „Lehadlik ner szel szabat”[3]. Jej usta poruszały się lekko: „Jak światło tych świec, niechaj oczy mojego syna świecą w świetle świętej Tory”.
Jej policzki jaśniały mocniejszym blaskiem spod rozpostartych palców, a z oczu spłynęła perła łzy. Po zapaleniu świec jej oczy rozbłysły światłem Królowej Szabatu. Pobłogosławiła nas miękkim kobiecym głosem „Gut szabbos”[4]. Te dwa słowa, z ukrytą nutką smutku, do dziś rozbrzmiewają w mojej pamięci i nigdy nie będą z niej wymazane.
Imponująca postać mojego ojca prawdziwe światło świateł. Jego głos był rozkoszą rozbawiającą duszę i kiedy ciesząc swoje oczy blaskiem szabatowego stołu, zaczynał śpiewać: „Przygotujcie ucztę wiary…”. I jak wiosenny podmuch wiatru, pieśń przemknęła między biesiadnikami. Nawet szabatowy gość się przebudził i przyłączył do śpiewu, a w naszych sercach coś drgnęło. Melodia przepełniona radością i nadzieją stopniowo się nasilała.
Mama podała zupę i śpiew ustał. Tymczasem ojciec zaczął rozmawiać z milczącym dotąd gościem, któremu wystarczały fragmenty zdań i fragmenty niezbędnych słów, Zaczął opowiadać o swoim miasteczku, o tym, jak to staniały tam nieruchomości. Ojciec go pocieszał: „Wobec sił wyższych wszyscy jesteśmy biedakami i nie ma dnia ani godziny, żebyś od nich nie potrzebował miłosiernego daru”.
Gość znów przemówił: „Czy chcesz powiedzieć, że każdy człowiek jest względem wyższych mocy w pozycji otrzymującego?”.
„Nie tylko co się tyczy sił wyższych, ale także człowiek względem drugiego człowieka jest zawsze w pozycji otrzymującego. Błędnie sądzimy, że ten, kto nie pozwala sobie na przyjemności związane ze zdrowiem i nie dostaje od nich pieniędzy, jedzenia i odzieży, tak naprawdę jest pod swoim własną kontrolą, a to właściwie tak nie jest. Nie ma człowieka, który nie zabiegałby o otwarcie serca, aby otrzymać coś, co sprawi mu przyjemność: uśmiech, ciepłe spojrzenie, ciepły uścisk dłoni, słowa podziękowania i zachęty, wszelkich pochwał, oznak przyjaźni. Mówię, że biada temu, kto twierdzi, że wszyscy jesteśmy ubodzy duchem, rozkoszujemy się radą i pomysłowością, oczekujemy jeden od drugiego cudów, i każdy z nas wznosi swoją duszę do nieba i prosi o więcej obfitości”.
„A jakie jest znaczenie pragnienia przyjaźni i miłości?” zapytał.
„Jest w tym sens. W każdej prośbie o miłość jest jakieś pragnienie cnoty, a cnota jest zawarta w łasce. Przecież cnota nie jest ani pięknem, ani inną zaletą. Cnota sama w sobie jest rzeczą niejasną i na pozór nieuzasadnioną. Żebyś wiedział, że człowiek liczy się tym samym stopniem cnoty w stosunku do siebie i swojego przyjaciela, gdy staje twarzą w twarz z siłami wszechświata, zdrowia, losu czy szczęścia”.
Słowa mojego ojca tamtej szabatowej nocy były wtedy dla mnie pod każdym względem niejasne. Po dniach i latach przypomniałem je sobie i zrozumiałem, że ubóstwo samo w sobie nie jest hańbą i że żaden człowiek nie może być pewien, czy pewnego dnia nie będzie potrzebował od ludzi daru, jak powiedział pewien uczony, ponieważ w ogóle ze względów życiowych należy wziąć pod uwagę również dar miłosierdzia.
Takich rozmów przy szabatowych stołach było wiele i we wszystkich ojciec prosił, aby jego słuchacze pamiętali, że otrzymanie jałmużny nie upokarza duszy, bo wszyscy otrzymujemy łaskę.
Chociaż nauczał swoje dzieci, że jednak się różnimy, ponieważ oczekiwanie ludzkiej łaski prowadzi do zepsucia, a oczekiwanie niebiańskiej łaski i cudu nie upokarza, ale zabrania się wykorzystywania drugich, z czego słynie nasz kraj. Na rękojeści szabatowego noża wygrawerowano „Szabat kodesz”[5].
Święto Pesachu
Kilka dni po święcie Purim, mieszkańcy Ryk rozpoczynali przygotowania do święta Pesachu. Krawcy i szewcy mieli pełne ręce pracy. Piekarnie koszerowano i szorowano według zasad kaszrutu[6]. Armia doświadczonych robotników zaczęła piec mace. Pozostałe przygotowania osiągały szczyt wieczorem, przed samym Pesachem.
Już w czasie lata, w sezonie ogórkowym, przygotowywano powidła i napoje. W Chanukę zarzynano tuczone zimą gęsi i topiono gęsie sadło „sadło na cześć Pesachu”. Zaraz po Tu Bi-szwat[7] zaczynano koszerować młyny i przygotowywać naczynia do pieczenia mac.
Dziś mace piecze się fabrycznie. W tamtych czasach Żydzi w Rykach tak jak i w innych małych miasteczkach kładli nacisk na to, aby nie jadło się innych mac niż te upieczone specjalnie na święto Pesach w koszernych piekarniach.
Najpierw trzeba było przygotować przefiltrowaną wodę z poprzedniego dnia, bo „nasza” woda na macę musi stać w domu przez noc. Dlatego przynoszono wodę ze studni dzień wcześniej.
Pamiętam, jak mój ojciec był bardzo zaangażowany w tych dniach we wszystko, co było związane ze sztuką pieczenia i odmierzania mąki. Raz był odpowiedzialny za napełnianie naczyń odpowiednią ilością mąki. Kiedy odpowiedzialny za zagniatanie ciasta, dał mu znak, on wysypywał mąkę do misy.
Zaraz obok stał ten, który dolewał miarką wodę i zaczynało się zagniatanie ciasta. Można było przylać kropelkę wody do ciasta, ale nie daj B-że, aby ktoś dosypał szczyptę mąki. Od razu by wszystko skisło.
Kiedy zagniatanie ukończono, zagniatający ogłosił: „Weźcie to ciasto”. Od razu przychodziła po nie jedna z wałkujących, które czekały na ten moment cały dzień. Wałkowanie ciasta mogło się zacząć.
Na czym wałkowały ciasto? Położono dwie szerokie grube deski, które wygładzono i wyszlifowano, aż były cudownie czyste. Położone deski, tworzyły taki prymitywny stół. Około piętnastu kobiet stało po obu stronach tego „stołu” i wałkowało ciasto. Były kobiety, które wykonywały swoją ręczną pracę artystycznie i spod ich rąk wychodziły tak okrągłe mace, jakby były wycięte przy pomocy cyrkla.
Rozwałkowaną macę podawano na stół do „dziurkowania”. Dziurkujący pracował na macach zębatym kółeczkiem od zegara i gęsto je podziurkował tak, aby maca nie wyrosła w piecu, jak pita.
Dziurkujący podawał mace wkładającemu do pieca. W jednym rogu pieca były zgarnięte rozżarzone węgle, aby ogień nie zgasł. Do wkładania mac do pieca służyła wielka łopata, a do wyjmowania upieczonych mac, trochę lżejsza i węższa.
Jeden człowiek stał przy piecu i rozdzielał mace wyjęte z pieca. Układał je w stosy i wkładał do specjalnie przygotowanego na ten cel słomianego kosza.
Tradycja wypieku mac była w Rykach odbywała się tylko u kilku wybranych gospodarzy, którzy koszerowali swoje piece. Zwykle starał się o to uczony Żyd, wielki chasyd, skrupulatny i znający się na dotrzymywaniu pobożnych reguł.
W mieście było kilka miejsc, gdzie pieczono mace i oczywiście w każdym z nich starano się, aby wszystko było koszerne. Ponieważ każdy Żyd w naszym miasteczku znał wartość micwy pieczenia mac oraz wagę grzechu chamecu[8] na Pesach. Dlatego wszyscy pilnowali, aby praca w piekarni była prowadzona w sposób całkowicie koszerny.
Zaczynano wypiek mac na dwa tygodnie przed samym świętem. W tym czasie rabin i rzeźnik przychodzili dwa albo trzy razy, aby skontrolować koszerność. Kiedy wchodzili, padał strach na wypełniających micwę, a w szczególności na kobiety, które wałkowały mace. Szybko czyściły ciasto z desek i wałków. Starały się robić wszystko, aby to było naprawdę koszerne.
O ile pamiętam, to kiedy byłem młody i przebywałem w miasteczku, widziałem, że mieszkańcy Ryk byli oddani wypełnianiu Bożych przykazań na tyle, jak tylko mogli. W Rykach nie musiało się szukać dziesięciu ludzi do minjanu ani rano, ani wieczorem. Wszyscy Żydzi i rano, i wieczorem spieszyli do bejs midraszu, aby się modlić i studiować.
Pamiętam ten szalony lęk, na kilka dni przed zbliżającym się świętem o to, aby nie przyszedł chrześcijański szajgec[9] i nie wrzucił im do studni chleba, a tym naruszył radość z nabierania wody na cześć święta.
Było też zwyczajem, że przed Pesachem, kiedy już stopniałych śniegi, kobiety tłumnie chodziły nad brzeg rzeczki z naczyniami z chamecem po to, aby je porządnie umyć w rzecznej wodzie.
Ile zadowolenia i uciechy z robienia micwy dawała im ta praca, którą wykonywały na cześć Pesachu, że zapominały o swoim ciężkim życiu. Poświęcały wiele wysiłku, energii i pilności, aby nie przepuściły, nie daj B-że czegoś z chamecem.
Około dwóch tygodni przed Pesachem, Żyd kupował ładne, koszerne rodzynki i starannie robił własne wino na cześć Pesachu.
Duchowe światło oświecało wszystkich Żydów mieszkających w Rykach.
„… i były znaki, święta, dni i lata…”[10].
Dni nisanu poprzedzające święto wiosny są znaczone micwą, która sięga głęboko do tajemnych fundamentów Chochmat Israel[11] dająca Żydom miasteczka światło i jasność, a także tym, którzy całym sercem nie pragną przyjąć takiej micwy, którą można spełnić tylko raz w roku.
|
|
| Bejs midrasz w Rykach sfotografowana w 1966 roku przez Jakoba Handsztoka podczas jego wizyty w Rykach |
Świętość Święta
Jeszcze przed zachodem słońca, w wieczór Pesachu Żydzi z Ryk, wraz ze swymi dziećmi, ubrani w świąteczne szaty, szli ulicami i wąskimi uliczkami miasteczka do bejs midraszu, synagogi i chasydzkich sztybli.
W bejs midraszu obfite światła z żyrandoli na długich łańcuchach. Stoły i ławy były dzień wcześniej wyczyszczone, wyrównane. Wyglądały jak nowe. Przed aron-ha kodesz wisiała biała jedwabna zasłona, a pośrodku niej lśniły wielkie litery wyszyte złotymi i srebrnymi nićmi keter Tora[12]. Na brzegach zasłony same frędzle z jedwabiu i purpury.
Zasłony nad niszami ezrat nasim[13] zażyły swą białością, tworząc w ten sposób biały, świąteczny wyraz.
Zeszła się grupa młodzików w nowych ubraniach i wypolerowanych, skrzypiących butach.
Za każdym uderzeniem szamesa w pulpit, słychać było: „psst”. Chazan reb Szloma
pokasłując, zbliżył się do skrytki, założył talit i zaciągnął pasek. Jego twarz miała wyraz świętości i powagi. Skręcone pejsy wyglądały jeszcze dłuższe. Jego głos rozbrzmiewał przyjemnie w uszach modlących się i przenikał do serc.
W domach przygotowywane były już smaczne sedery. U szczytu stołów na kanapach i łóżkach z wysokimi poduszkami, siedziały głowy rodzin, dookoła nakrytych stołów i mis pełnych różnych pokarmów, jako symboli niewolnictwa, a zarazem wolności.
„Królowie sederów” rozpoczynali święta radosnymi i tradycyjnymi melodiami i kiduszem.
W czasie gościny sederowej nocy każda głowa rodziny była otoczona członkami rodziny. Jest to najbardziej niezwykła gościna ze wszystkich w roku i wyróżnia się obfitością specjalnych potraw.
Przyszła kolej na proroka Eliasza. Przy otwartych drzwiach i z trzecim kieliszkiem w ręku, wymawia się, stojąc, wieczne wersy za nasz cierpiący naród „Wylej gniew swój na narody, które Ciebie nie uznają”[14]. itd.
Po wypiciu czwartego kieliszka i przy trzech słowach wyrażających pragnienie pokoleń wybudowania naszej stolicy Pesachowy seder był poprawnie ukończony. Święto Pesach w Rykach nie było jedynie świętem oswobodzenia. „To czas naszej wolności”, powiedział rabin Fajfer w swoim kazaniu na Wielki Szabat, a jego wytłumaczenie: „Święto wolności samo o sobie, to święto wolności nas samych. Słowa te wyryte są na Tablicach Mojżeszowych. Są one gwarancją myśli wolności, aby niczym innym nie były zastąpione”.
Kiedy w czasie wojny wędrowałem, po szerokiej Rosji, naraz przypomniałem sobie słowa rabina o istocie naszej wolności ze wszystkim, czego to wymagało. Wtedy zrozumiałem, jak my, żydowski naród, mógł istnieć tak długo w trudnych warunkach wygnania, tylko dlatego, że i biedak z ludu Izraela, czuł się bezpieczny, będąc pod ochroną całej wspólnoty, jakby był w swoim domu.
Żydzi z Ryk zawsze ze zrozumieniem łagodzili brzemię nieszczęścia ubogich i uciskanych. Widzę przed oczyma akcję Maot chitin[15]. Człowiek, biedny i chory, nigdy się nie czuł zwykłym żebrakiem i ciężarem dla społeczeństwa. Dlatego, że opiekowali się nim jako swoim bliźnim i członkiem rodziny, zgodnie z ostrzeżeniem mędrców: „A Twój dom będzie ubogi”[16].
Dobroczynne uczynki Żydów naszego miasteczka, miały na biedaka uspokajający wpływ i zapewniały go, że znajdzie w domu swojego bogatszego brata nie tylko chleb, ale także ciepło i przyjaźń. Nazywamy to wolnością. Nie możesz być wolnym, kiedy obawiasz się głodu. Bo jak nie ma chleba, to nie ma i Tory.
Tułałem się, cierpiąc niekończącymi się wyrzutami i poniżeniami, ale kiedy udało mi się świętować Pesach z innymi Żydami, od razu czułem, że jesteśmy synami tej samej matki i tego samego ojca i że to jest święto naszej wielkiej, żydowskiej rodziny. Razem najedliśmy się do syta. „To jest chleb nędzy, który jedli nasi ojcowie w ziemi egipskiej”.
Bracia w nieszczęściu z tęsknotą wspominaliśmy sobie, co przeżyliśmy, wspominaliśmy młodość i opowiadaliśmy o nadziei na przyszłość.
„Każdy, kto jest głodny, niech przyjdzie i je. Niech wszyscy, którzy są w potrzebie, przyjdą, i wezmą udział w uczcie Pesachowej”. Nie było gospodarzy, nie zapraszało się i nie było zapraszanych, bo stół był nakryty dla wszystkich członków rodziny. Dla naszej rodziny na wygnaniu.
„To jest chleb nędzy”[17].
Dziś w nocy
Stół sederowy nakryty. Lśnią kieliszki.
Wiosna odbija się w butelce czerwonego wina,
Zniknęły źdźbła kukurydziane. Zapach macy.
Zapach dziecka zadającego ojcu pytania.
„Czym ta noc różni od innych nocy?” -
Pytałem cię tato rok temu, dwa lata temu.
Pytałem Cię ojcze w Rosji w mroczne burze,
Pytałem Cię tato wtedy na statku, między niebem a wodą.
Aby przez wszystkie noce w sercach płonęła iskra,
Ciemność nękała, nękała, ale dzień świecił.
I oto tej nocy, tato, wznosimy się w płomieniach,
Oto schodzimy do głębin, chroń B-g.
„Byliśmy niewolnikami faraona w Egipcie”
Znałem Twoje wymówki, wiedziałem, że Egipcjanie podali rękę.
Tak, wtedy naszym krzykiem wyłamaliśmy podwójne drzwi,
Nasze serce, ponieważ poświęciliśmy się, natychmiast otrzymało odpowiedź.
I tej nocy, ojcze, co się zmieniło,
Ani brzemieniem, ani modlitwą, woda się nie rozstąpiła.
Wtedy stanąłem, pobłogosławiłem okręt,
I pochylił się przed moimi oczami z westchnieniem: Dojedziemy?
Zostaliśmy wygnani z Ryk, a Mojżesz nie szedł przed nami.
Nie znaliśmy drogi, ale nasze serce pruło fale.
Woda wokół nas, wszyscy siedzieliśmy,
Dziwiliśmy się, że morze znika aż u brzegu.
Wiedzieliśmy, że tam na pustyni kamienie będą krzyczeć.
Słyszeliśmy krew z daleka, a krew nasza się poruszy.
Liczyliśmy, że stanie się cud, że woda się rozstąpi,
Każdy Izrael przy wyjściu z Egiptu, każdy Mojżesz, każdy Jehoszua.
I nie ma ruchu ani ucieczki pieśni morza,
Nasz krzyk zamarł w powietrzu, wstrząśnięty dźwiękiem syreny.
Samoloty Egipcjan brzęczały mocno w górze,
A matka zapadła się w otchłań… „Ooo, co się zmieniło?”.
Pożądany stół sederowy. Świeca, która się paliła, zgasła.
Ojciec nalewa szklankę dla Elijahu, aby się napił.
Dziecko milczy, ale w głębi serca krzyczy:
„Co się zmieniło tej nocy…”.
Akdamut[18]
Przed świętem Szawuot[19], kiedy uczyliśmy się Akdamut, nauczyciel czytał nam z naciskiem tłumaczony na soczysty język jidysz, dialog między narodami świata a knesetem Izraela[20]. Byliśmy tak zafascynowani jego czytaniem, że kiedy przestał, siedzieliśmy nieruchomo na swoich miejscach, jak gdybyśmy zapadli w głęboki sen:
„I tego samego dnia cała gromada nieżydowskich sąsiadów zebrała się wokół zgromadzenia narodu Izraela, by dyskryminować go wrogimi uwagami i trudnymi pytaniami: „Kim jest i jaki on jest i gdzie jest i dlaczego nie pojawia się wasz B-g, w którego imieniu, byłeś zabijany i pokonany przez przemoc, nawrócony wśród wrogów i prześladowców, w lwich jaskiniach i wysokich legowiskach lampartów?[21]. I że ci nie zaleca przyłączyć się do nas, przyjąć naszą wiarę i się asymilować? My ze swojej strony jesteśmy gotowi czynić z tobą dobro i łaskawość oraz spełniać twoje życzenie wszędzie i o każdej porze”.
A zgromadzenie narodu Izraela mądrze i rozważnie odpowiada:
„Od tysięcy lat znam waszą dobroć i łaskawość; Czuję ją w ciele i kościach, przez wieki przypiekaliście moje ciało w płomieniach, oraliście moje plecy różnymi narzędziami zniszczeniem i śmiercią, rzucaliście mnie w fale diabelskich wód, w fale złośliwości i zła, a nie pokonaliście mnie, a oto teraz przychodzicie do mnie gromadą i chcecie mnie zabić miłosierną śmiercią? Głupcy, jakich nie ma na świecie! Jakie są wartości waszej wielkości i radości w tej godzinie w porównaniu z całym dobrem i szczęściem, które są dla mnie ukryte i mają nadejść w przyszłości?”.
I tak mówił dalej i wyrecytował przed fikcyjnymi gojami wszystkie te skarby pocieszenia, czci, wielkości i piękna, oczekiwane przez naród Izraela u kresu wszystkich dni. Było oczywiste, że widział w swojej wyobraźni tysiące i miliony gojów kręcących się wokół izraelskiego zgromadzenia, zadręczających go pytaniami i czekających na jego zwycięską odpowiedź. Ciągnął dalej i coraz bardziej się podniecał, a kiedy doszedł do ostatniej części Akdamut, z jego oczu strzeliły iskry:
„Z czasem pojawi się dzikie i straszne zwierzę[22], które codziennie pasie się na tysiącu gór i dolin i posieje postrach na cały świat, a swoimi straszliwymi rogami pobodzie krańce ziemi, na wschód i na zachód, na północ i na południe. Naprzeciw niego pojawi się wielki, groźny wieloryb[23], który swoim gniewem wzburzy morze, i dojdzie między do groźnej i strasznej walki, jakiej nie widziano od powstania świata! Aż całe morze zagrzmi, ziemia się zatrzęsie, a odgłosy ich walki sięgną niebios. To wtedy Stwórca Wszechświata w swojej godności i sile podniesie się z tronu, wydobędzie wielki miecz z pochwy i zabije jednocześnie dwóch tyranów świata. Z ich mięsa przygotuje wielką ucztę dla świętych ludów świata. Nad brzegiem wspaniałego potoku czystego jako kryształ obmywającego hebanowce, pod drzewami o wysokich koronach, w których gnieżdżą się rajskie ptaki, a których śpiew towarzyszy śpiewowi aniołów, na stołach zostanie przygotowana wielka uczta. Złoto, hiacynt i szmaragd, na złotych i srebrnych łożach wypchanych pachnącymi ziołami raju będą siedzieć święci świata, każdy na swoim łóżku i każdy pod swoim baldachimem, będą jeść mięso wieloryba i dzikiego byka i będą pić z szafirowych i diamentowych kielichów wino zachowane od stworzenia świata, którego przyjemna woń rozchodzi się po całym świecie i po siedmiu niebiosach. I w tym czasie będą się radować z cudu ducha Bożego, wspaniałością cytrusów B-ga narodu Izraela, który rzekomo ma im. służyć, a pod jego stopami jak szafirowa tablica…”.
Temu biednemu Żydowi, który nigdy nie skosztował smaku prawdziwego wina, z wyjątkiem wina rodzynkowego od szabatu do szabatu, kiduszu i hawdali[24], dwóch lub trzech szklanek wody z miodem od Simchat Tora do Simchat Tora udało się dzięki wyobraźni i natchnieniu opisać nam pompatycznymi słowami i mimice pełnej rozkoszy i zachwytu wspaniały smak i przyjemny aromat przechowywanego wina. Do tego stopnia zrobiło to na nas wrażenie, że w tej chwili poczuliśmy w ustach, gardłach i we wszystkich naszych organach cudowną słodycz, a w nozdrzach wspaniałe i przyjemne łaskotanie, pocieszające i odurzające zapach raju…
Przeżycia Święta Szawuot
W miarę jak mijały dni i tygodnie, które przybliżają czas naszej wolności do dnia prawa, wówczas ryccy Żydzi zgodnie z pradawnym zwyczajem, narodu żydowskiego, zbierali się w środku nocy w małych i dużych kręgach, na wspólne duchowe przeżycie. W czasie, gdy na zewnątrz niebo posiane jest gwiazdami układającymi się w kwiaty i biedronki, las i pola cudów miłości nocy letniej, wewnątrz w bejs midraszu, w ciszy powstaje, mały świat świętej Tory. Od początku aż przed oczy całego Izraela, od pierwszej do ostatniej Miszny, na tle uduchowionych oczu studiujących świat światła i ciepła, pełen słonecznego słońca pobudzającego i ekscytującego życia.
A jednak w świetle zmierzchu letniej nocy nie stworzono żadnego prawdziwego święta na część tej wielkiej chwili, w której „B-g zstąpił z góry Synaj i od tego czasu naród izraelski otrzymał swój płomień religii i światów, z których powstała wiara”[25].
O świcie w domach Bożych, oświetlonych i ozdobionych kwiatami, słychać było słowa Tory, proste, nie zdobione, aczkolwiek jasnymi, prostymi i dobrze dobranymi głosami typowej melodii. Czytanie z Synaju przenikało do uszu i serc prostego Żyda z Ryk, który co roku musi powracać do przeżywania wydarzeń na Górze Synaj. W ten sposób sam doświadczy tego, że jego dusza ujrzy ten wielki dzień na Synaju i pozyska go, wieczną duchowością.
Już w chederze uczono nas, że święto Szawuot jest pamiątką darowania Tory. Pamiętam, że kiedy raz zapytałem nauczyciela Berla: „Dlaczego w Chumeszu nie ma nic o tym święcie?”. On mi odpowiedział: „Hm”. To milczenie mówi wiele. W głębokiej intencji Tora pisana została oddzielona od Tory ustnej jedna idzie za drugą, ponieważ powstała po niej i dopełnia ją. Wyraża się tym, że wszystko, co uczynicie na moją cześć i pamięć, jeśli nie poznacie i nie będziecie znać ustnej Tory, która została przekazana z ust bohaterstwa, tak jak ja, z góry Synaj, a nie jest to na moją cześć, nie na pamiątkę, ale aby ją zapomnieć. Moje święto nie będą obchodzone tylko wtedy, gdy poznają ustną Torę. Tym milczeniem Tora sama oświadcza, że ustna Tora nie istnieje bez pisemnej a pisemna bez ustnej.
I dlatego Tora pisemna nie objawiła wskazówek o święcie darowania Tory, ale tylko tym skromnym, co znają mądrość ustnej Tory.
Błogosławimy Szabat miesiąca elul
Dreszcze i drżenia przechodziły po kościach w tę godzinę, kiedy w szabat…kantor stanął z księgą Tory w ręku, na bimie synagogi i oznajmił: „Rosz Chodesz elul!”[26].
Już w przesłaniu miesiąca elul ukryta była groza „strasznych dni”, a nawet błogosławieństwo deszczu święta Sukkot, które wspólnie skorzystały z nadchodzącej zmiany.
Ukochane lato przemija i odchodzi, a nadchodzi smutna zima.
Są to bowiem te same „bądź wola twoja” błogosławieństwa każdego miesiąca roku, te same prośby o „długie szczęśliwe życie, pełne szacunku i o dobre zarobki ”. Jednak w tym „bądź jego wola” miesiąca elul odczuwali jakąś przesadną powagę, rodzaj smutnego nastroju.
Wyszeptana modlitwa Musaf[27] w tę sobotę, po błogosławieństwie miesiąca elul, była przesycona strachem ze „strasznych dni”; ludzie byli gorący, wstrząśnięci, pogrążeni w przygnębieniu. Wszystkich otaczało uczucie spójrzmy już! Już nadeszły „straszne dni”, już nastał dzień sądu, w którym rozstrzygnie się los człowieka na przyszły rok!
Z kobiecej części synagogi, która tym razem była bardziej zatłoczona niż zwykle, rozległ się żałosny głos sprzeciwu. Kobiety, silnie odczuwały i rozpoznawały strach i lęk przed dniem sądu ostatecznego. Widziały już przed swoimi oczyma ciężkie życie podczas zbliżającej się zimy, mrozy, wilgoć, dziecięce choroby. Ten czas był już koszerny, odpowiedni na przełamanie przeciwności świata, by prosić Stwórcę o dobry i błogosławiony rok. W powiedzeniu „Szabat szalom” nie było już takiej wesołości jak w każdy szabat. Tym razem patrzyli jeden na drugiego ze szczególną powagą, z poczuciem winy, podobnie jak dzieci w chederze, które nagle odkryły, że zgrzeszyły i że zbliża się nauczyciel i już się będzie karać…
W ten szabat wracali do domu powoli, zamyśleni. Wielu szło do synagogi z letnią rozpustą, ale ich droga powrotna była już pełna smaku elulu.
To nie był ten sam szabat w uliczce jak każdy inne szabaty. Słońce wciąż jeszcze świeciło i na dworze błyszczało olśniewające światło końca lata. Zapach dojrzałych owoców unosił się z sadów, zapach snopów zboża ze spichlerzy. Jaka wielka pełnia i obfitość! Pomimo tego wszystkiego unosiło się skryte westchnienie, które nie pozwalało sercu się w pełni cieszyć.
Tu i tam z ust płynęła napełniona żalem melodia psalmów, serdeczna nauka czytania, przyjemność duszy zanurzania się w głębię słów nauczania jak być pobożnym i dobrym. Tak to było i tak będzie ustanowione w tym i przyszłym świecie. Na progach domów siedzą skupione obok siebie kobiety, potajemnie mamrocząc między sobą o nieskazitelnym zachowaniu, o jakimś końcu, który nie mówi dokładnie o prawach i tak podobnie.
Nawet ta lekkomyślna młodzież, która latem niezbyt pilnie przestrzegała przykazań Bożych dziś jest czujna i powściągliwa, częściowo ze względu na surowych rodziców, ale także ze względu na atmosferę miesiąca elul.
Pierwsze dźwięki szofaru wprowadziło wszystkich w atmosferę powagi. Życie codzienne, handel-sprzedaż, targowanie to wszystko teraz znajduje się w atmosferze odpowiedzialności miesiąca elul. Mieszkańcy miasta stali się spokojniejsi, bardziej ostrożni i wiarygodniejsi. Każda rozmowa jest rozsądna i rozważna. Każdy krok jest przemyślany. Sklepikarz nie podnosi cen i boi się podać cenę. W żadnym przypadku nie chce, aby mu wierzono. Na swoją wiarygodność żąda, aby po nim sprawdzano wagę i cenę, a nawet wystrzega się oszustwa. Pilnuje wagi i miary i raczej woli dać więcej, dać lepszą miarkę w obawie, żeby aby broń B-że, nie było za mało.
Handlarze całkowicie zmienili mowę; przysięga lub przekleństwo w żadnym wypadku! W miesiącu elul nie podejmujemy takiego ryzyka. Należy uważać i strzec się, aby nie wypowiedzieć w tym sądnym czasie żadnego niepotrzebnego słowa. Nie otwieraj ust…
A jednak otworzyła się tama błogosławieństw i gratulacji. Składają sobie nawzajem mnóstwo gratulacji, które mogłyby wystarczyć na cały rok. I każdy ma na myśli właściwy moment, określoną godzinę, kiedy to życie każdego z nich zostanie złożone na szalach w niebie, aby sąd niebios odpowiedział „amen” po tym wszystkim…
Atmosfera każdego dnia miesiąca elul jest pełna szacunku i współczucia. Słońce wschodzi z pewnym opóźnieniem, powoli, jakby z ostrożnym namysłem, po przebywaniu w głębi otchłani, tam w dolinach, w miejscach, gdzie kończą się niebiosa… Słońce już nie wschodzi z młodzieńczą wesołością, rozpustą, do jakiej byli przyzwyczajeni w lecie. Poranny chłód, zimny wiatr wieje wokół i zmusza wszystkich do atmosfery rozliczania się za szaleństwo lata i odchodzącą rozpustę.
Ze wszystkich stron słychać szelest pozostałych na drzewach liści, z których już zostały zebrane owoce. Pola rozłożone w całej swojej nieokreśloności, zhańbione, jak ostrzyżone owce. Teraz można po nich deptać bez obaw, gdyż są puste bez zbóż i roślin. Zarówno szelest liści, jak i cisza pól zapowiadają zagładę, „koniec wszystkiego, co żyje”, po czym nie pozostaje nic innego, jak tylko „zachowanie duszy”. Dlatego trzeba się odpowiednio przygotować, by nie dojść do tego z nadmiernym materializmem, lecz przeciwnie z dawką duchowości, Bożych przykazań i dobrych uczynków.
Żydzi budzą się ze snu o świcie i natychmiast zostają wsiąknięci w atmosferę samo rozliczania. Ich oczy są podobne do słońca elul w zenicie; żarzą, nawet jeśli są pogrążone w poważnych myślach. Biegną w tałesach i z tefilin do bejs midraszu. Pochyleni w zachwycie nad księgami Psalmów, pożerają całe rozdziały. Z otwartych okien bejs midraszu wieje zimny wiatr i rozprasza płomień sześciu świec modlitewnego pulpitu. Wiatr niesie na swoich skrzydłach myśli i rozważania o życiu, które żyjemy; Ile doskonałości można kupić? Czy ludzkość tak bardzo tonie w materializmie ciała? Nic już nie zostało, jakaś przynależność do czegoś wyższego, do czegoś w duszy?
Rano, po zakończeniu porannej modlitwy minjanu, z bejs midraszu dochodzą już dźwięki szofaru. Nie chce mi się wstawać ze snu. Cieszę się przyjemnym ciepłem poduszki i koca, akurat zaczynam czuć się magicznie w chłodne dni elulu w końcu zostaję wyrzucony z łóżka, a rozmyślanie o moich żądaniach, znika jak błyskawica, w umyśle: „Och, jak to, że śpię, przecież dzisiaj są dni elulu, musimy się przecież spieszyć do synagogi!”.
Tak upływa dzień po dniu w miesiącu elul. Każdego dnia zanurzenie do wewnętrznego bytu, czy istnieję na tym świecie? Każdego dnia wznosimy się wyżej i zdzieramy szorstką i materialną skórę. Dążenie każdego dnia do większych sukcesów duchowych. Każdy chce uzupełnić to, czego mu brakowało w ciągu roku. Rano i wieczorem modlitwa się przedłuża. Każdy pragnie ciepłej atmosfery bejs midrasza odmówić jeszcze jeden rozdział z Psalmów, nauczyć się jeszcze jednego rozdziału misznajot[28].
Pierwsze trzy tygodnie miesiąca elul są przepełnione strachem i obawami aż nadejdzie drugi znak Strasznych Dni. Dni przebaczenia!
Tradycyjna atmosfera staje się jeszcze silniejsza. Poczucie własnego zaniedbania zmienia się w bardziej uzasadnione. Tym bardziej wszyscy dochodzą do wniosku, że w zasadzie całe to zamieszanie, które robimy, jest spowodowane tym, że wymaga to już wyższej kontroli; jeśli ją usuniesz, nie daj B-g, od tego jego wzrok, to wtedy właśnie naprawdę nie będzie handlu, nie będzie hałasu i zamieszania…
Każdy Żyd poznaje, jak bardzo jest bezsilny: „Nie z miłości i nie z czynami przyszliśmy do Ciebie”, lecz „jako ubodzy i żebracy zapukaliśmy do Twoich drzwi, dusza jest dla Ciebie, a ciało jest Twoje”[29]. Każdy jest poddawany próbie, w jakim stopniu jest bezwartościowy; chwila bez kontroli, uchowaj B-g, a natychmiast obrócimy się w pył i popiół w trybach czasu. Żyd stara się zapewnić sobie w ciągu kilka pozostałych dni aż do dnia sądu, trochę praw i sukcesów, aby tam nie trafić „bez uczciwego obrońcy” …
Rachunek sumienia
W ten sposób szofar elulu przenika do miasteczka i serce każdego Żyda budzi się w odpowiedzi, zagląda w swoją duszę, rozgląda się wokół siebie, rozważa swoją drogę, otrząsa się z wszelkich fałszywych i zwodniczych wyobrażeń, usiłuje zejść ze ścieżki zła i przyspieszyć swoje kroki po prostej drodze. Wykorzystuje te kilka tygodni, które mu pozostały do końca roku, na dokończenie rocznej pracy duchowej, aby przypieczętować ją pokutą.
W miasteczku słychać dźwięczny i ostrzegawczy dźwięk szofaru, bo za chwilę zawoła przed Pana. Za chwilę głośniejszy dźwięk szofaru, zaprosi nas na ławę sądową. Na dźwięk szofaru w bejs midraszu, zapanuje uroczystość w każdym żydowskim domu w Rykach. Wszyscy czują, że każda jego chwila jest błogosławiona, aby się naprawić i każdy stara się wykorzystać tę okazję, aby odbyć pokutę. Każde dziecko poniżej 13 roku życia wie, że rachunek sumienia jest sposobem na zbawienie duszy i że prawdziwa pokuta działa nie tylko na skruszonego, ale także i na jego dzieci.
Niepokój i radość, święto i groźba zbliżającego się nadchodzącego Dnia Sądu to wspomnienia, które przychodzą mi na myśl w chwili, gdy przypominam sobie dni elulowe w Rykach.
Straszne Dni
Oto niezapomniany obraz świetności z czasów mojego dzieciństwa: cisza zapanowała na dźwięk szamesa reb Szlojmela pukającego w stół na podwyższeniu. Bejs midrasz rozległy, zapełniony po brzegi, rabin przepychający się przez drzwi, bo tam zgromadzili się prości ludzie. Stali i siedzieli stłoczeni. W tym zamęcie użyto ławek i krzesełek wszelkiego rodzaju. Siedem osób trzymało się jednego krzesła.
Przeglądają świąteczne modlitewniki, w poszukiwaniu modlitwy dnia. Laicy, którzy zaledwie po pobieżnym ich przeczytaniu konsultują się z sąsiadami. „Człowiek może zapomnieć” mówią, na usprawiedliwienie. Rozmawiające ze sobą dzieci i ich wesołe głosy giną w zgiełku młodzieńców, którzy naraz umilkli i podeszli do swoich ojców. Wszyscy modlący powstali, owinęli się w tałesy i zawiązali paski. Stali pochyleni i smutni.
Rabin reb Elimelech wszedł na bimę, ubrany w szeroki kitel, czysty jak śnieg, ozdobiony srebrnymi ornamentami. Jego włosy wciąż błyszczały od kropel wody z mykwy. Jego postać lśniła szlachetnym blaskiem, a bejs midrasz stał się pałacem aniołów…
Rabin stał przy bimie, kołysząc się w świętej bojaźni. U jego boku stały cztery szacowne postacie, ludzie błogosławieni wiekiem, owinięci w tałesy. Obejmują drżącymi ramionami siłą i z dumą zwoje Tory.
W głębokiej świątecznej ciszy słychać było drżący czcią i powagą głos rebego, gdy czytał Psalm 47: „Psalm nauczający synów Koreacha”. Tymi czterema słowami zdawał się zrzucać wszystkich z wysokiego dachu w głęboką otchłań, a w odpowiedzi, wszyscy powtarzali w tłumionym smutku, jak gdyby głosiciel wyszedł i powiedział: „Koniec ze wszystkim, co żyje!”. I to od tych wszystkich, którzy się modlą, zależy, czy opóźnią ten wyrok swoim krzykiem, jak gdyby jeden duch przeniósł się na wszystkich.
Głosy powoli ucichły, ustały jęki, pokaszliwania, podwinęli tałesy, poprawili pasy i znów nastała cisza. W ciszy dobiegło drżące trąbienie, które groziło świętym lękiem.
Ogniste płomienie wydobyły się z ust przewodnika modlitwy musaf, a jego potężny głos wstrząsnął modlącymi się, słowami: „Niech będzie szczęśliwy lud, który zna trąbienie szofaru”. Słowa płynące z czystego serca krążyły po przestrzeni bejs midraszu i wznosiły się coraz wyżej i wyżej…
Trąbienie ustało. Szacowne postacie zeszły z bimy, zwróciły zwoje Tory do aron ha-kodesz i wróciły na swoje miejsca.
Córki Izraela, które stały pod oknami, wsłuchując się w przyjemne dźwięki szofaru, pobiegły do swoich domów. Kto opiekuje się dziećmi, które płakały za swoimi matkami, pozostawione same w domu, kto pilnuje gotowania.
Prowadzący musaf zajął swoje miejsce przy aron ha-kodesz i kiwając się nabożnie, odmawiał tajemną modlitwę. Błagał Pana, aby uznał jego rzekome grzechy. I wysłuchał jego modlitwy między ludem i Ojcem w niebie.
Jego łamiący, zdławiony płacz wszystkich zaszokował. Spojrzeli i zobaczyli: rebe stoi i przeprasza, płacze jak jednodniowe niemowlę. Do tego jeszcze serce tłumu jest rozdarte i rozgniewane. Łzy w jego oczach jeszcze nie oschły, a zaczął: „Jitgadal wejitkadasz szmeh raba”[30], co posłużyło jako przerwa i w ten sposób uspokoił płacz.
Najbardziej wzniosły moment całej modlitwy Musaf nastąpił, kiedy otwierali aron- ha-kodesz, podczas poematu „Unetane Tokef”[31]. Wszystkich ogarnął strach i niepokój. W hymnie reb Amnona odmawiający Musaf ukazał wielki talent i wartość każdego słowa i potrafił dobrać każde wyrażenie. Wszystkie serca, nawet te najtwardsze, obudziły się i przysłuchiwały się westchnieniom odmawiającego Musaf i jego słów: „I rzekli: oto dzień sądu, aby nakazać niebiańskiemu wojsku prawo”. Jego dusza popłynęła się jak strumień i napełniła jego wszystkie brzegi …
Kol nidrej[32]
Nadszedł dzień Kipur. Synagoga była całkowicie wypełniona, zalana światłem. Długie świece dusz i wiele wiszących świeczników lśniło iskrzącym i świątecznym światłem.
Tu i tam słychać było szokujący płacz. Oto dzień sądu, w którym lękać się będzie każdy człowiek, dziecko i starzec. Dzień modlitwy i odpowiedzi. Płacz przedarł się przez mury synagogi…
Pamiętam jako dziecko, owiniętego w biały tałes ojca, całkowicie oddanego modlitwie. Jego oczy źródło łez. Stał pochylony nad machzorem[33], westchnął, a ja poczułem, jego duszę rozerwaną na strzępy. Nagle rozległ się głos kantora:
„Kol Nidrej” …
I wtedy postać ojca się wyprostowała, szeptem powtarzał słowa kantora, a oczy mu błyszczą, promienieją entuzjazmem. W przestrzeni rozbrzmiewa melodia, a w niej płomień z Synaju i serca diaspory oraz ojcowski płomień, który ostrzega i przenika do zamkniętych serc.
Weselcie się i radujcie z Simchat Tory[34]
Wesołym świętem dla dzieci w Rykach było święto Simchat. Tańczyliśmy wtedy razem z dorosłymi i zawsze znalazł się ktoś z nich, który po południu po Szmini Aceret[35] ustawiał nas w szeregu mali chłopcy i dziewczynki w pierwszych rzędach, duzi w ostatnich i kazał nam iść naprzód, a on sam szedł przed nami.
I tak chodziliśmy i śpiewaliśmy, a od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się i tańczyliśmy. Obeszliśmy cały rynek aż do domu bogacza naszego miasta, gdzie ustawiono nas półkolem naprzeciw okien domu i wołano do nas mocnym głosem: „Kim jesteście, moi synowie?”
A dzieci na to: „Jesteśmy dziećmi studiującymi Torę, dziećmi Izraela, ludem Tory”.
„Święta owieczka!” wołano z całych sił Żyd, a dzieci naśladując głosy owiec i wołają: „Meeee”.
Wtedy otwierały się okna i pani domu rzucała dużo orzechów, cukierków i różnego rodzaju owoców. Dzieci chwytały je i zjadały, a Żyd stał, uśmiechając się radośnie, pilnując porządku, aby duzi i mocni nie krzywdzili małych i słabych.
Kiedy skończyliśmy jedzenie, ustawiliśmy się w rzędzie, a Żyd zawołał do nas: „W przyszłym roku będzie dobrze!”, a dzieci: „W przyszłym roku w Jerozolimie!”[36]. I czasami wołał do nas: „B-że, proszę, ratuj”. A my odpowiadaliśmy: „Prosimy. Niech nam się uda!” I tak chodziliśmy od domu do domu aż do wieczora, a jutro w Simchat Tora przez cały dzień powtarzaliśmy zabawę przed każdym domem, a grzeczne i koszerne Żydówki obficie i radośnie nas nagradzały cukierkami, orzechami i różnymi różnego rodzaju słodyczami, przyglądając się zabawie dzieci i ich ukochanemu przywódcy śmiejąc się, aż się chwytały za brzuchy.
Zdarzyło się jednak, że pani domu próbowała uchylić się od obowiązku lub rzucała się na grupę z zaciśniętymi pięściami wtedy rozbrzmiewało się niekończące wołanie „Meeee”, zakłócając spokój mieszkańców tego domu, aż się załamała i spełniła swój obowiązek.
Chanuka[37]
Zima wkradła się po cichu i stopniowo opanowała całe miasto, zachowując się ponuro. Przez wiele dni wiał wiatr i przynosił do miasta fale wirującego i oślepiającego śniegu. Domy były zasypane aż po okna, drogi przysypane śniegiem. Panował silny mróz.
Począwszy od 22 kislew, w każdym żydowskim domu obchodzono święto Chanuki. W przeddzień święta większość głów rodzin pozostała w domu na cześć Święta Świateł. Po zapaleniu świec odbywały się z radością i spokojem uczty i uroczystości, podczas których uczestnicy cieszyli serca i przyjemnie spędzali wieczory, bo „jak dobrze i przyjemnie jest posiedzieć razem z braćmi”.
Na cześć tego święta były ustanowione specjalne dobre i smaczne potrawy, głównie placki ziemniaczane smażone na oliwie przypomnienie „cudu oliwy”. Placki były smaczne, a ich aromat rozchodził się po każdym żydowskim domu i w okolicznych miastach a Ryki nie były wyjątkiem. W czasie Chanuki nie brakowało również potraw z twarogu i sera na pamiątkę córki Jonatana Hasmoneusza, Judyty[38], która karmiła ograniczonego ministra i wroga, słonymi potrawami z twarogu i sera, aby zgłodniał i napił się wina i upił się, i w ten sposób przyniosła zbawienie i odkupienie walczącemu i wzdychającemu narodowi.
W żydowskich Rykach obchodzono trzy główne dni Chanuki. Pierwszą noc, szabat Chanuka i „to jest Chanuka”, gdzie główny nacisk jest na święto Machabeuszy. W środowisku chasydzkim dodawano powagi i ciepła, oddaniem ogromnego entuzjazmu, różnymi pięknymi zwyczajami, które pielęgnowali, i wzbogacali ją także różnymi pieśniami.
To wszystko tworzyło wspaniałość i majestat tego święta.
Dla żydowskich nastolatków z Ryk nie było lepszych dni niż osiem dni Chanuki. Ciężar studiowania Tory częściowo odpadał, pyszne jedzenie, chanukowe pieniądze i gra w drejdela[39], która miała dwie formy: pierwsza kwadrat, wyrzeźbiony z drewna lub ołowiu, druga kostka z literami N.G.H.Sz wyryte na nich ręką artysty. Takich artystów można było spotkać niemal w każdym żydowskim domu, choć byli to chłopcy, którzy jeszcze długo po Chanuce mieli zabandażowane palce znak złych rzemieślników, którzy w pośpiechu wyrabiali drejdle.
Tak obchodziliśmy Chanukę. Na parapetach stały małe, kolorowe świeczki, migoczące w ciemności. Na zewnątrz fruwały i spadały na ziemię śnieżne gwiazdki śniegu, a oczy widziały tylko biel i czystość.
Chanukowe noce były też melancholijne. Jak pamiętam jak pewnej nocy w Chanukę, na dworze szalała śnieżyca, a szyby w oknach domu mojego przyjaciela Arele miały mrozem wymalowane pąki, pnie drzew, ozdobne kwiaty i wszelkiego rodzaju fantastyczne widoki. Żaden bogaty z najbogatszych nie będzie miał szczęście zobaczyć tego na podwójnie oszklonych oknach swojego ciepłego mieszkania.
Darem B-ga są te cudowne obrazy największego z artystów natury, dla dzieci nędzy i cierpienia, były zadość uczynieniem za zimno i głód, które muszą znosić w zimowych miesiącach.
Mimo biedy lubiłem Arele i ich dom. Kiedy wszedłem do niego tego wieczoru, jego ojciec, już pobłogosławił chanukowe świece, chodził teraz po ciasnym pokoju, śpiewając do siebie „Skałą i twierdzą mojego ocalenia, jesteś godzien chwalić”[40]. Tutaj w naszym kraju i w dzisiejszych czasach dzieci są przyzwyczajone do śpiewania i słuchania piosenki chórem jako radosnej melodii, ale melodia reb Henecha, ojca Arele, była smutna. Nie był jedynym w naszym mieście, bo w ogóle melodie na wygnaniu przesiąknięte były tęsknotą, nostalgią i wyrazem uczuć duchowych. Nawet z porywającego tańca, który zwie się „Frejlechs”[41], tańczonego przed narzeczonymi, wybuchały, a czasem wznosiły się na progu radości, także smutne dźwięki. Pośród burzy radości nagle wstrząsały duszą do największych głębin.
Tysiące lat galutu[42] i udręki nie mogły przejść bez pozostawienia śladów w duszy żydowskiej, nawet w chwili, gdy śpiewa i tańczy.
Matka Arele siedziała przy piecu, opierając dłonią podbródek. Tak siadywała, kiedy nie miała nic do pracy. Jej twarz, z której jeszcze nie zniknęły resztki piękna, była smutna, ale jej oczy marzyły, jak oczy Arele, kiedy słyszał bajkę lub wzruszającą historię. Kiedy zauważyła, że szykujemy się do wyjścia, nagle obudziła się z zamyślenia i zapytała: „Wychodzicie w taką burzę?”
„To dzisiaj nie ma Chanuki?” - do rozmowy włączył się też jego ojciec „Zostańcie w domu, zagramy w domino”.
Wyszliśmy na dwór. Wiatr uderzał w nas tysiącami płatków śniegu kłującymi jak igły, wdzierał się też pod płaszcze i szczypał ciała zimnymi ukłuciami. Przez chwilę myśleliśmy, że może rzeczywiście lepiej wrócić do domu? Nie, umówiliśmy się na spotkanie ze Szlojmem i Symchą. Byli to wytrwali i uparci chłopcy. Na pewno przyjdą.
W bejt ha-midraszu spotkaliśmy już wielu chłopców. Siedzieli przeważnie na swoich miejscach i się uczyli. Tylko nasi przyjaciele jeszcze nie przyszli. Kilku starszych chłopców siedziało przy stole przy piecu, rozmawiając o dzisiejszych sprawach. My również podeszliśmy i usiedliśmy obok nich na brzegu ławki. Zanim przyjdą, posłuchajmy fragmentu rozmowy.
To dziwne, ale są wspomnienia, które zapadają w serce na zawsze. Takie są wspomnienia z mojej młodości, a także i ta rozmowa w tamtą chanukową noc. Całe miasto jest pokryte białym śniegiem i szaleje burza, a tutaj rozmawiają ze sobą przy świetle chanukowych świec, które zapalano w świątyni jerozolimskiej, a rozciągało się to na czterysta parasangów[43]. Dzbanek oleju…
Wspomnienia, różne wspomnienia jak tęcza chanukowych świec splatały się wokół i z czasem wrastały we mnie. Wielka tęsknota po tych wieczorach, kiedy siedzieliśmy w bejs midraszu i rozmawialiśmy o rzece Sambation[44] z przekonaniem, że jest takie miejsce na świecie, gdzie ta cudowna rzeka płynie.
Przecież w końcu tam dotarli dawno temu przez Góry Ciemności i innymi drogami, a kiedy znów się nam pojawią? I o ile zwiększy się nasza potęga, kiedy pojawią się wszystkie plemiona Izraela. Czy jest tylko dziesięć plemion? A co z resztą naszych kochanych z przeszłości? Złota menora? Arka Przymierza? Wszystko zostało wyrzucone do plugawych wód rzymskiej rzeki. Na wierzbach rzeki Babilon Lewici zawieszali swoje skrzypce i obcinali opuszki swoich palców, aby nie śpiewać pieśni Syjonu. A do rzymskiej rzeki nasi bohaterowie wrzucili kosztowności z naszej Świątyni, aby nie zostały zbezczeszczone przez gojów. Czy nie należałoby ich wydostać z wody, jeszcze zanim same się pojawią i nasze oczy zobaczą ich piękno? W końcu w mocą Stwórcy jest zmieniać stworzenie, kiedy tylko zechce.
W świetle chanukowych świec wszyscy patrzyli na wspaniały obraz, który nas niepokoił: Tytus prowadzący bohaterów Judei do niewoli. Bohaterowie Judy idą nago i boso, tylko z opaskami na biodrach i niosą sprzęty świątynne, menorę. Ktoś opowiadał, że światowi odkrywcy kopali i szukali. Szukali i znaleźli starożytne tablice, które opowiadają wszystko, co przydarzyło się naszym przodkom w Egipcie. Większość jednak to tajemnice, poruszające serce i pobudzające wyobraźnię. To były czasy narodu Izraela!
Wiele lat minęło od tamtego czasu, a ja uratowałem się od udręki i wygnania. Te wspomnienia o moim rodzinnym mieście wzruszają do łez ich siła jest wielka i będzie trwała do mojego ostatniego dnia!
Szames Dan[45]
Możliwe, że wiele kobiet, wśród nich i moja matka Lea, córka Jehoszua, niech spoczywa w pokoju, nigdy nie dowiedziały się, że świeczki w piątkowy wieczór zapalał nie kto inny jak właśnie jak szames Dan. Był on pojęciem w naszym mieście i wyjątkową postacią wielkiej miary. Wiele zawdzięczał sile swojej dziwnej melodii i sposobu pukania drewnianym młotkiem na okiennice Żydów.
We wszystkie szabatowe wieczory szames Dan chodził między domami miasta latem i zimą, w upale słońca, a także w lepkim i mokrym błocie, w ulewę, w mrozie zimowych dni, który odmrażał każdą część jego ciała. Przypominał żydowskim matkom o zbliżającej się królowej Szabatu „Powstańcie, powstańcie Żydzi na służbę Stwórcy!”. Budził też na lamentacje w elulu i na dziesięć dni pokuty, kiedy każde małe stworzenie, „każda rybka w wodzie wzdycha i drży ze strachu przed dniem sądu”. Nic też w tym dziwnego, że był znany w całym mieście zarówno wśród Żydów, jak i wśród tych, których Abraham nie był przodkiem. Jego cienki i przenikliwy głos było słychać z daleka i wszyscy od razu wiedzieli, że szames Dan się zbliża, nadchodzi… Jego głos rozchodził się z jednego końca miasteczka na drugi…
Z zawodu był szewcem. To było tylko dla „piękna”. Prawdę mówiąc, po prostu się obijał, a swoje rzemiosło wykonywał „lewą ręką”. Był jednak sercem i duszą Żydem sercem, każdą częścią ciała… Był bogobojny, skrupulatny, aby nie popełnić najmniejszego nawet grzechu. Długie ubranie okrywało jego ciało, zawsze z żydowską dzianinową czapką „kaszkietem”, która nadawała jego twarzy szczególnej elegancji. Wyglądał więc na eleganckiego Żyda, czcigodnego i ważnego, chociaż sami powinniście zrozumieć, że nie uważali go za wielkiego uczonego i on do takich nie należał…
Jego żona, natomiast, była mleczarką w miasteczku. Rozwoziła mleko do żydowskich domów, można było też go kupić i u niej w domu.
Była bardzo, bardzo pobożna, przestrzegała przykazań religijnych, a najbardziej pobożny Żyd, który u niej kupował, mógł być całkowicie pewny, że to koszerne mleko było naprawdę glat-glat koszerne. Nie oddalała się ani kroku od drzwi do obory, dopóki nie-Żydówka nie skończyła doić krowy. Masło i sery, które wyrabiała, miały szczególny żydowski smak…
Jednak wszystkie „zawody” naszego znajomego Dana (szewca i szamesa) i jego żony (skup i sprzedaż mleka, wytwarzanie nabiału i sprzedaż), jak wspomnieliśmy wcześniej, nie były częstym „błogosławieństwem” w ich domu… szames Dan przez całe życie był biedakiem i nędznikiem…
Szames Dan naturalnie podchodził do wszystkiego z miłością. „Chyba taka jest wola Pana” mówił „I jak wiadomo, wszystko jest w rękach B-ga z wyjątkiem bogobojności
|
|
| Szames Dan |
A skoro tak to jest, to wszystko w porządku!”. W ciągu tygodnia, jak jest zwyczajem pobożnego Żyda, opłakuje i lamentuje nad zniszczeniem Jerozolimy, świętego miasta. Od czasu do czasu głoduje! „Jadł chleb ubóstwa i pił wodę z umiarem”[46] … Chociaż było to tylko z tego powodu, ale po prostu z braku środków na zakup czegokolwiek… Brakowało mu też w kieszeni pieniędzy na szabat. A jeśli powiecie sobie, broń B-że, że chodzi o szabat z „mięsem i rybą i różnymi smakami” to się mylicie. Wielki błąd. To zwykły szabat, skromny i zmniejszony „kazajt”[47] i tak na to nie było dość pieniędzy.
Pewnego piątkowego wieczoru, kiedy wiał wiatr ze śniegiem, Dan poszedł jak zwykle i pukał młotkiem na okiennice Żydów… Droga była długa i uciążliwa… Ledwie pociągał nogami owiniętymi w łachmany i ciężkimi kaloszami, znacznie większymi niż jego rozmiar. Potworny wiatr wiał mu w twarz kruszącymi się grudkami śniegu niczym gradem. Zimno jak lód przeszywało jego ciało od stóp do głów… Głodny i osłabiony, z trudem mógł utrzymać się na nogach. Ostatkiem sił dotarł do jakiegoś domu, domu Żyda… Wszystko na nim było przemoczone. Szmaty na nogach, ciężkie kalosze przesiąknięte wodą. Koszula lepiła się do spoconego ciała, a krople zimnego potu spływały mu po twarzy… Wiatr od czasu do czasu szarpał i unosił końce kapoty.
Dan podniósł młotek i z tak podniesionym młotkiem i podniesioną ręką stał, jak skamieniały w miejscu… Nikt nie wiedział, czy nie ma już siły dalej pukać młotkiem, czy może było to gorzkie rozczarowanie milczący Dan, pokorny i zadowolony ze swojego losu, otworzył usta i niespodziewanie zaczął się domagać: „Może wreszcie nadeszła na mnie kolej, Panie, abym przestał pukać do okiennic Twoich synów w Rykach? Co to za sprawiedliwość? Od wielu lat pukam i pukam w progi i okna Żydów. Kobiety błogosławią świece i zwracają baczną uwagę na Twój święty szabat. Wszyscy służą Ci w wierze, tak jak jest: - Z całej duszy i całego siebie! A co ja mam, za to wszystko, co zrobiłem, a co dla nich Twoich synów w Rykach?”. „Nadszedł więc i mój czas, twojego niewolnika, syna Twojej prawdy szamesa Dana. Przyjdzie czas, że zapukam do twoich drzwi i przypomnę Ci o Twoim długu wobec Żydów z Ryk? Pamiętasz o nich, ale jednak zawsze o nich zapominasz.
Jeżeli chodzi o ich kłopoty i złe rzeczy bądź tak łaskaw i pamiętaj o nich! Jakaś zaraza, jakaś zła choroba? Zrzuć to na głowy ryckim Żydom! Później jeden czy dwa pożary? Też do Ryk! Katastrofę i nieszczęście i każdą delegację aniołów zła i innych, rzuć je z całą czcią na głowy Twoich synów w Rykach!? A to ci mało, że wszyscy Żydzi w Rykach zostali bez dachu nad głową? Jak i kiedy? W Paschę, w dzień koszernego i radosnego święta w czasie naszej wolności! Tego dnia wszyscy zostali biednymi! Dzieci głodne, uczniowie włóczą się po ulicach, zamiast się uczyć Twoich przykazań i praw, a jeśli chodzi o płacenie czesnego dla mełameda, to nie ma nawet grosza. W miasteczku ulice są ciemne i mgliste. W tygodniu wszyscy uganiają się, aby przynieść łupy do domu i nie mają ani kawałka chleba, aby nakarmić swoje dzieci… I dlatego ja, szames Dan, ośmielam się Cię zawołać. Pana całego świata! Abyś sobie w dobrym przypomniał Żydów z tego miasteczka i żebyś już nigdy o nich nie zapominał!…”.
Tak więc z goryczą stał Dan z uniesionym młotkiem i z zamkniętymi oczyma, wylewając swoje serce przed Panem, wstrząsając niebem i ziemią… Doskonale znał życie Żydów w Rykach. Codziennie widział żydowskich wędrownych handlarzy wychodzących o świcie z workami na plecach… Aby zarobić na kawałek chleba i przynieść go do domu? Znał dobrze warunki życia i pracy rzemieślników, szewców, krawców i innych, którzy codziennie pracowali w świetle małej naftowej lampy od porannych brzasków aż do północy…
Wichura nie ustawała. Kawałki śniegu padały bez przerwy. Jeden kawałek rozpadł się na płatki i uderzył go mocno w twarz. Szames Dan otworzył oczy i nic nie widział… Słodki był ten sen, który mu się przyśnił. Nagle zrozumiał i krzyknął na cały głos:
„Ja, szames Dan, przebiłem swoim młotkiem bramę niebios. Być może moja prośba dotarła także do stóp tronu Pana. Tak, szames Dan wie, kiedy i jak zapukać. Widziałem i słyszałem naszych dobrych obrońców Michała i Gabriela w chórze niebieskich aniołów śpiewających na cześć Jego ukochanego i ulubionego imienia. Moje lamenty i narzekania doniosły się do bramy rajskiego ogrodu. Widziałem, jak nasi przodkowie tylko używają dobrobytu… Praojciec Abraham i nasza prababka Sara siedzieli rozwaleni przy stole pełnym smakołyków… Bez wątpienia wiedzą, co dzieje się wokół ich potomków w zubożałych i biednych Rykach. Dobrze widzieli ich udrękę i pokorę podczas zaniedbania przez B-ha i człowieka… Co to jest? Widział, też widział! A jednak żaden ruch, żadna zmiana, nie ruszyli się ze swojego miejsca przy zastawionym stole… Aromat przysmaków sprawiedliwych przenika całe moje ciało i kości. Jak perfumy nigdy nie docierają do mojego nosa. Mój język rozdziera się i obraca w ustach, a oni się nie ruszą…”.
Nagle otrząsnął się i przebudził się ze świata urojeń. Zobaczył, że znajduje się obok piekarni Sory Perly, dokąd zaprowadziły go nogi, a ten zapach, który poczuł, to był zapach słodkiej chały i różnych szabatowych wypieków.Tak, że to nie był więc zapach smakołyków sprawiedliwych… Przypomniał mu się jego biedny, żałosny stół, na którym leżał czarny bochenek z otrębów, który żona upiekła na cześć szabatu… Tak, on zawsze wszystko przyjmował z miłością… Zapach otrębów przypominał mu zapach słodkiej chały… A dziś na tle spokojnego i mroźnego nieba był to tylko czarny chleb o zapachu otrębów…
Bezwładność ogarnęła wszystkie części jego ciała i wyraźnie poczuł, że już nie jest w stanie dalej chodzić i stukać młotkiem… Szybko pobiegł do domu. Godzina była za późna, aby pójść do mykwy. W mgnieniu oka narzucił na siebie postrzępioną szabatową kapotę, napastował buty i ledwo łapiąc oddech, pobiegł do synagogi. Choć zawsze miał zwyczaj bycia pierwszym, tym razem było inaczej. Szybko zdjął przykrycie bimy, wyjął wino i srebrny kielich, z którego uczniowie próbowali smaku wina kiduszowego, a także i przygotował samo wino…
Kantor Dowid „Poker” uszczęśliwił swoim słodkim i śpiewnym głosem „Lechu neranena”[48] … Powitamy go podziękowaniem pieśniami szabatowymi… Z daleka, gdy nikt go nie widział nie stał na swoim miejscu jak zawsze trząsł się z oburzenia, gdy usłyszał słowa „Lechu neranena”. Obserwował ich „z miłością i pobożnością”. Przyjemny głos Dowida „Pokera” przyciągnął go i niósł daleko „Nekadma panav betoda”[49] powtarzały jego usta. Pasaże okryły go jak drogimi szatami. Nie przestał myśleć o swoich podróżach do spokojnych i cichych niebios, które zastygły w bezruchu od archaicznego mrozu. Żadnej odpowiedzi na jego prośby i żądania nie było… Dlaczego? Nie chciał niczego dla swojej duszy, tylko to, o co prosił. Przecież tylko błagalnie się modlił za dusze Żydów w tym mieście? Czy nie miał uzasadnionych żądań i czy nie ma prawa do odpowiedzi? „Zaklaskajmy mu pieśniami szabatowymi!” znów zaszeptały jego usta „Kto, kto? Ja, szames Dan, wciąż pukający bez żadnej odpowiedzi?!
Bejs midrasz wypełnia się modlącymi się pobożnie ludźmi. Czy nikt z obecnych nie wie, co się stało z szamesem Danem? Od czasu do czasu szukano go, gdzie jest i dlaczego nie kręci się wszędzie tak jak zawsze i dlaczego nie ma go na swoim miejscu? Dopiero gdy głos kantora melodyjnie zabrzmiał słowami „Boi beshalom ateret baalah”[50] i gdy ludzie odwrócili się, ujrzeli go stojącego w zamyśleniu przy ostatnim oknie bejs midraszu, z twarzą zapatrzoną w matowe szkło, posyłającego spojrzenie pełne podziwu i zdumienia ku gwiazdom. Być może mu pomogą gwiazdy niebiańskie przekazać jego modlitwę, która nie doczekała się odpowiedzi z tronu Pana … To pierwszy raz w życiu nieumyślnie zaniedbał modlitwę szabatową i wzniosłe fragmenty reb Szlome Alkabeka w jego „Lecha dodi”[51] nie przywróciły mu serca i nie były śpiewane przez niego jak kiedyś dawniej…”
Rebe reb Elimelach chrząknął już przy „Alejnu” i zawołał „Szabat szalom!” Obecni odpowiedzieli … Widział, jak Dawid Poker błogosławił wino i cała młodzież skosztowała czubkiem języka kroplę wina z kieliszka wina w ich domach po prostu nie było… szames Dan ledwo co wstał z miejsca i wszyscy poczuli, że w ich bejt midraszu czegoś jeszcze brakuje… tym razem szames Dan nie zapukał w stół na bimie, nic nie przeczytał, ani nic nie ogłosił… Nie zaprosił też na żadne radosne wydarzenie. Jak skamieniały, pozostał na miejscu, podczas gdy łzy wyschły i serce bolało… do końca… Dopiero gdy minął rebego Elimelecha, odwrócił się i powiedział z szacunkiem: „Szabat szalom!” …
Szames Dan jako ostatni opuścił bejt midrasz. Świece się dopalały i już prawie gasły. Jego oczy znów napełniły się łzami goryczy, gdy składał tałes kantora i jak zawsze w piątkowy wieczór odłożył go na miejsce. Z ciężkim sercem ucałował mezuzę i wyruszył w drogę do domu. Szalejący wiatr jeszcze nie ustał… Droga do domu była ciężka… W jego ciemnym i żałosnym domku siedziało i kuliło się wiele bosych i zmarzniętych dzieci. Kiedy drzwi się otworzyły, żona i synowie wstali, by go powitać.
„Miłego szabatu, światło i radość!” zawołał chór ust skurczonych z zimna.
Rozpoczął słowami „Shalom aleichem mal'achey hasharet…”[52], a jego serce było gdzie indziej. Gdzie są ci wszyscy, których widział we śnie, który był dla niego taki słodki?
Szames Dan pobłogosławił ubogi chleb. Rodzina puściła się do marnego chleba i skromnej uczty. Piasek, którym była posypana podłoga, jak zwykle skrzypiała pod stopami. Kęs goryczy uwiązł mu w gardle i poczuł w nim smak łez i krwi, które oni znieważali i którymi gardzili… Były to gorące łzy i krew dzieci i synów narodu Izraela w Rykach. Pierwszy raz nie smakowała mu jego biedna uczta szabatowa. Chłonął biedę i nędzę swojego Szabatu…
Jego myśli przywiodły go do rozliczenia. Był przekonany, że Żydzi przyszli na ten świat tylko dla męki i cierpienia taki był im sądzony los z czasu „sześciu dni stworzenia”. W taki sposób się potwierdziło i przypieczętowało „Maamad har Synaj”[53].
Nie ma żadnej rady, nie ma zrozumienia niebiosa są zamknięte mrozem, są ciche i spokojne!…
Szames Dan nie miał okazji zasmakować buntu przeciwko losowi, nie widział fali powstań w gettach, wojny o niepodległość i zwycięstwa wolności wraz z powstaniem państwa Izrael Jego Ziemi Świętej.
Nie było jego dolą widzieć to wszystko… Wraz z żoną, synami i wszystkimi Żydami z Ryk, których nieustannie zachęcał i wspierał w służbie Stwórcy, poszedł ze wszystkimi i skończył w dymie pieców Majdanka.
Nie ma już proroka z Izraela, prorokuje nad wyschłymi kośćmi…[54] Na nieszczęście dla nas „kości nie ma”. Drogi Danie! Kto zbierze jego prochy, zbierze popiół z jego kości, pobudzi ducha życia do wszystkiego, co pochłonął wielki ogień. Ponieważ nie jest to w mocy zwykłego śmiertelnika, ja, który piszę te słowa, ocalały spalony kawałek drewna, który ocalał z pożaru, który strawił Ryki, cały naród Izraela w dolinie śmierci i piekła Polski uważam za swój święty obowiązek opisania w księdze, postaci, myśli i dokonań porządnego, zwykłego Żyda szamesa Dana ze świętej gminy Ryki…
Dawid Szimeles
Kto z mieszkańców naszego miasta nie znał Dawida Szimelesa! Był szanowanym Żydem, po sześćdziesiątce i miał białą brodę. Z zawodu był szewcem, niezwykłym szewcem bo „panem szewcem”. Nie przyjmował zamówień od byle kogo i nie był byle jakim „łaciarzem”, nie, proszę pana! Nasz Dowidl przede wszystkim nie był „łaciarzem”. Przyjmował zamówienia wyłącznie od „szlachty” właścicieli okolicznych majątków lub wykonywał na specjalne zamówienie rybackie buty.
Miał w życiu dwie wielkie „miłości” i był zakochany w obu jednakowo. Był szaleńczo zakochany w alkoholu i zakochany był do aron ha-kodesz. Czuł się w „siódmym niebie”, jakby przeniknął i przeszedł przez siedem niebios, kiedy udało mu się zająć miejsce obok aron ha-kodesz i przewodzić modlitwę jako kantor, podczas powitania szabatu lub na porannej szabatowej modlitwie. Proszę w to nie wątpić. Muszę wam to opowiedzieć. Tak, wyobraźcie sobie, że nie był wielkim znawcą Tory. I zrozumcie, że nie czytał ani nie powtarzał zbyt wiele, a mimo to jego zapał do bycia kantorem był wielki. Modlitwa nie była dla niego łatwa i błędy w hebrajskim były nieuniknione. Często popełniał ten sam błąd w kadisz, ale wszelkie próby jego poprawiania zawsze zawiodły. I tak powtarzał ten sam błąd to był nasz Dowidl, zwykły Żyd, naiwny i zwyczajny, a na pewno zachwycony szabatem. Miał inną duszę.
Tak, w oczach mieszkańców naszego miasta był bardzo przyjazny, a wśród nas, dzieci miasteczka, był szczególnie lubiany. Szczególny stosunek do nas okazywał nam w szabat. Kiedy stanął przed aron ha-kodesz, był nasz, dzieci, tak jakbyśmy „odkryli wielki skarb”. Staliśmy obok niego i śpiewaliśmy z nim pieśni modlitewne.
Jedynym i szczególnym dla nas dniem w roku był dzień Święta Tory, kiedy to krążyliśmy wokół Dowidla, ubranego w piękną i czystą kapotę jak pan młody, wychodzący spod weselnego baldachimu. Podskakiwaliśmy wokół niego, a on rozdawał nam ze swoich kieszeni słodycze, cukierki i różnego innego rodzaju słodkości. Jego wygląd był imponujący w czystej kapocie i wypolerowanych, lakierowanych butach. Tego dnia nasz przyjaciel osiągał szczyt obżarstwa. Nie szczędził alkoholu, bo wiedział, że Mojsze Lamus przygotował dla niego na jutro kilka butelek gorzałki, więc wylewał go prosto do gardła, nie poznając otaczających go ludzi… Już wczesnym rankiem w dniu Święta Tory nasz znajomy Dowidl biegł zanurzyć się w mykwie, a stamtąd prosto do bejs midraszu.
Tego dnia Dawid Szimeles był najważniejszą osobą. A to dlatego, że był zarówno kantorem, jak i gabajem[55]. Rozdzielał fragmenty „Ata horeta”[56] i wszystkich zaszczycał okrążaniem bimy według Aarona ha-Kohena[57]. Wszystkich witał tytułami: „Szanowny bogaczu”, „Synu rabina”, „Szanowny obywatelu” itd. I przy tym nigdy nie omieszkał zatańczyć i podskakiwać przy każdym obrocie, podczas gdy jego dłonie mocno ściskały płonące świece, i za każdym razem z jego ust wydobyła się inna nowa i zachęcająca melodia.
Było jasne, że na Święto Tory miał jedyne wielki problem sprawa „pomagania biednym”. Nikt nie chciał być tym zaszczycony. Nic nie podziałało. Dlatego ja, przemawiający teraz przed wami jako dziecko, zostałem tym zaszczycony. Tak z wielką radością, wdziękiem, dostojeństwem i niekończącymi się tańcami dla Simchat Tory, śpiewem i modlitwą… Nie trzeba przypominać, że po modlitwie, nie pozostało nawet wspomnienie o butelkach od Mojszego Lamusa, bo Dawid już dawno je opróżnił. Jednak jego pragnienie nie zostało zaspokojone. Chodził od domu do domu, wlewając do gardła nieograniczone ilości alkoholu, zakąszał, połykając pierogi i wszystko, co mu podawano. I nie daj B-że, nie myślcie, że przesadzam! Gdy wychodził z domu, który tego dnia odwiedził, wszyscy mogli być pewni, że tam nic nie zostało. Potem nasz przyjaciel tańczył po ulicach i zaułkach miasta, spocony i czerwony na twarzy, poruszając nogami, bo wszystkie kości demonstrowały radość ze święta. Emanujący od niego zapach alkoholu unosił się i z daleka, a wszystkie wnętrzności się radowały…
Śpiewał więc donośnym głosem „Pesukei dezimra”[58] i że: „HaAderet v'HaEmunah LeChai Olamim…”[59] i różne inne pieśni i melodie. Krople potu spływały mu po twarzy, ale ani na chwilę nie przestawał tańczyć i śpiewać. Do jego tańca przyłączali się nie tylko Żydzi, ale tańczyli z nim także chłopi nie-Żydzi… I tak przez następny rok pytali się każdego napotkanego Żyda, kiedy zaczyna się święto Dawida Szimelesa?
Podczas podniecenia i entuzjazmu tańca, który osiągnął szczyt, jego głos grzmiał: „Kto, ja, Dawid Szimeles? Nie, nie! Jestem nie tylko Dawidem Szimelesem, jestem przywódcą! Dawid, król Izraela, żyjący i istniejący!”. I wszystkich, których spotkał na swojej drodze, wciągał do tańca… Tak przebiegały jego wszystkie dni Święta Tory. Wracał do domu ochrypnięty, ale pełen entuzjazmu ogień, który nie zgasł…
W taki to sposób szewc Dawidl, pospolity i pracowity Żyd, obchodził Święto Tory.
Ten sam Dawidl, który całymi dniami i nocami w roku siedział przy swoim warsztacie i młotkiem szewskim wbijał gwoździe w podeszwy butów. Nie opuszczała go radość z życia, która była w nim odciśnięta, zawsze mamrotał pieśni szabatowe i śpiewał kantorskie fragmenty i melodie, które rozlegały się od rana aż do wieczora…
Gdzie są wszyscy zwykli i ciężko pracujący, kochający życie Żydzi? Gdzież są ci szabatowi i świętujący Żydzi spełniający swoje święte obowiązki, do których zalicza się Dawid Szimeles? Oko Pereca, Icchaka Lejbusza Pereca[60] go nie widziało? Byli i już ich nie ma! Niech będą przeklęci i wieczne przekleństwo do dziesiątego pokolenia! Zabójcy żądni zemsty bez litości zmyli krew narodu izraelskiego i wymazali z powierzchni ziemi miasta i miasteczka, a w nich tak wielu, wielu takich jak Dawid Szimeles!!
Baruch Chermon (Hermanowicz), (niech pamięć sprawiedliwego będzie błogosławiona!)
Nie pamiętam dokładnie, kiedy Baruch opuścił nasze miasteczko i wyruszył w drogę, aby móc studiować w jesziwach. Jednak postać jego ojca urzędnika bazanowskiego lasu jest mi bardzo dobrze znana i zapadła mi w pamięć. Był Żydem w podeszłym wieku, dobrym przyjacielem mojego ojca. Mieszkał niedaleko „starych nieczystości” - czyli starego kościoła.
W każdy czwartek chodziłem na polecenie ojca do domu urzędnika z Bazanowa, aby mu zanieść ryby na szabat. W tym czasie Barucha nie było w miasteczku i jeśli się nie mylę, siedział w warszawskich jesziwach. Baruch był wysoki, rudy i silny. W tamtych czasach swoim ostrym umysłem i zręcznością zasłynął w jesziwach jako znawca Tory, a jego imię „cudowne dziecko z Ryk” powtarzano z ust do ust.
Pamiętam, jak przed świętami przyjeżdżał do domu i do dziś widzę, jak idzie wyprostowany, roztropny, ubrany w przepiękną jedwabną „kapotę”, przepasany piękną szarfą, na głowie tradycyjna żydowska czapka, pod pachą tefilin, a na nogach białe podkolanówki.Chodził powolnymi krokami, wzbudzając, bojaźń B-żą. Niejedna matka patrzyła na niego błyszczącymi oczami i zazdrościła matce, która urodziła takie „cudowne dziecko”.
Nie wiedziałem wtedy, że serce tego przystojnego i mocnego młodzieńca należało do jednej tylko miłości do narodu Izraela i do Ziemi Izraela. Widział w syjonizmie prawdziwe odrodzenie naszego narodu i „Państwo Żydowskie” dr. Herzla[61] stało się dla niego istotą wszystkiego i źródłem wiary. Jego repatriacja do Ziemi Izraela i poświęcenie całego swojego wysiłku i życia na jego budowę było ideałem, którą uważał za jedyną drogę w życiu.
Wiedział, co go czeka. Jego rodzice, dopóki żyli, nie mogli przyjść mu z pomocą, nie otrzymał zawodu „kopania kilofem”. Trudności w kraju bez posiadania zawodu wydawały mu się oczywiste. Jako student jesziwy, który miał otrzymać dyplom rabina, mógł poślubić kobietę z zamożnej rodziny nawet w Rykach i w ten sposób zdobyć posadę rabina w miasteczku.
Nieraz Izrael Gerszon „bogacz” z miasteczka przysyłał do niego swatów, aby przemówili mu do serca, że należy się ożenić. Było dla niego oczywiste, że kiedy zostanie członkiem syjonistycznego Histadrutu[62], będzie musiał znosić hańbę głodu i brak dachu nad głową. W mieście i okolicach jego imię będzie potępione jako bezbożnego, chroń nas Panie, a mimo to postanowił poświęcić się ruchowi syjonistycznemu, pracując na rzecz „zjednoczenia”.
Oczywiście zdjął białe podkolanówki i na zawsze schował kapotę w szafie. Z dnia na dzień ostrzygł i pejsy. Przeprowadził się do umeblowanego pokoju z pełnym wyżywieniem u Gitli Makowockiej.
W ten sposób Baruch zrewolucjonizował swoje życie i stał się wiernym i oddanym syjonistą. Zarabiał na życie, ucząc hebrajskiego mieszkańców miasta i członków ruchu. Jego życie było ciężkie. Wielu rodzicom nie podobało się, że ich synów uczył „bezbożnik”. Żył w nędzy i głodzie, z nędznej liczby godzin nauczania, za które nie zawsze był opłacany. Jednak się nie poddawał i iskra nie gasła. Zaszczepiał w sercach swoich uczniów miłość do Syjonu i ideę pionierstwa. Stopniowo zaczął pisać artykuły i publikować je w żydowskich gazetach. Jego sytuacja w mieście stawała się coraz gorsza. Przeprowadził się do Wielunia, gdzie pracował jako nauczyciel w szkole sieci „Tarbut”[63]. W tym czasie redagował też lokalną gazetę. Później ożenił się z Rut, z jedną ze swoich uczennic, która towarzyszyła mu przez całe życie z miłością i oddaniem.
Wraz z wybuchem II wojny światowej we wrześniu 1939 roku Baruch wraz z żoną wyruszył w podróż po Rosji i dotarł aż do Azji Środkowej, gdzie pracował jako nauczyciel języków obcych w różnych szkołach. Strzegł swojej więzi przez cały czas i w każdych warunkach i być może to o nim się mówi: „Mieszkałem z Labanem i przestrzegałem 613 przykazań”[64]. Skróćmy historię o to, co spotkało ich w Rosji. Po ciemnych nocach wzeszło słońce. Wojna się skończyła i Żydzi wędrowali drogami z Rosji z północy na południe i ze wschodu na zachód. Wrócili do ruin w Polsce i zastali spustoszenie, zniszczenia i groby… Także Baruch z małżonką i jej córką byli wśród włóczęgów, więc ruszyli dalej na zachód i dotarli do Landsbergu. Ten sam obóz, nawet po wojnie, pozostawał ogrodzony drutem kolczastym, był dla ocalałych, którzy się w nim gromadzili. Zaraz po przybyciu na miejsce zaangażował się do pracy z wielkim oddaniem. Wspierał i współczuł tym, którym się nie udało. Działał jako przewodnik „stada bez pasterza”. Wkrótce zaczął wydawać „Landsberskie Wiadomości” w jidysz w łacińskim alfabecie. I nie tylko to. Niedługo stał się sztandarowym nosicielem kultury hebrajskiej w obozach w Niemczech. Wszystkimi sposobami wspierał ruch repatriacyjny i budził w sercach ducha żydowskiej niezależności. Jego artykuły prasowe były modlitwą i współczuciem dla serca każdego uchodźcy i „wykorzenionego”. Co więcej: stały się hasłami bojowymi i znakami drogowymi na drogach nielegalnej żydowskiej imigracji do Ziemi Izraela. Przypominał Żydom w obozach internowania znaczenie żydowskiego święta i szerzył jego wartości oraz czynił wszystko, aby świadomość żydowska nie zanikała. Z wielkim trudem udało mu się uzyskać czcionki hebrajskie, których nie starczyło nawet na całą gazetę. Jakże był szczęśliwy, gdy mógł drukować swoje artykuły w pisowni hebrajskiej. Tytuł redagowanej i wydawanej przez niego gazety stał się sławny we wszystkich obozach w Niemczech. Wiele osób gromadziło się przed redakcją gazety, która szybko stała się nosicielem słowa wszystkich Żydów ze wszystkich grup w obozach dla internowanych. Jednak jego głównym celem, nie było, pozostanie w Niemczech. Nie był w stanie oddychać powietrzem morderców swojego narodu. I tak spełnił swoje życzenie i w 1947 roku udało mu się repatriować do Ziemi Izraela wraz z ukochaną żoną Rut i córką Szulamit, która urodziła się podczas podróży po Rosji. Nawet tutaj, w Izraelu, nie szukał specjalnych koneksji. Nie korzystał z protekcji. Spędził trochę czasu w domu repatriantów przy ulicy Haalia. Chajim Rokach, odpowiedzialny za komisję rekrutacyjną w siedzibie głównej partii Mapai[65], który znał jego zdolności i możliwości, oraz wiedział o jego działalności za granicą, pomógł mu zdobyć mieszkanie w Jad Elijah.
Rozpoczął pracę w „Davar”[66], gdzie od czasu do czasu publikował opowiadania i artykuły. Potem dostał pracę w kręgu Dawida Remeza[67], przewodniczącego Komitetu Narodowego. Dzięki swojej wiedzy i umiejętnościom wysławiania zdobył go sobie i zbliżył się do
D. Remeza (niech pamięć o nim będzie błogosławiona!), stając się jego najbliższym pomocnikiem. Jego skromna postawa, poziom duchowy bardzo mu w tym pomagały, choć się tym nie szczycił. Po proklamowaniu państwa i mianowaniu dzisiaj nieżyjącego już Davida Remeza na stanowisko pierwszego ministra transportu został jego pierwszym asystentem. Tam wykazał swoje błogosławione umiejętności i pomógł w budowie ministerstwa. Kiedy minister przeszedł do Ministerstwa Edukacji i Kultury, Baruch również tam przeszedł i był jego prawą ręką. Jednak choroba Barucha uniemożliwiła mu ukazać wszystkiego, co w nim było skryte.
Po proklamowaniu stanu i mianowaniu Davida Remeza na stanowisko pierwszego ministra transportu został jego pierwszym asystentem. Tam zademonstrował swoje błogosławione umiejętności i pomógł w budowie ministerstwa. Kiedy minister przeszedł do Ministerstwa Edukacji i Kultury, Baruch przeszedł tam i był jego prawą ręką. Jednak choroba Barucha nie pozwoliła mu pokazać wszystkiego, co w nim ukryte.
Należy tu wspomnieć jedno zdarzenie. Baruch, którego choroba przezwyciężała, został „przykuty” do łóżka leżał w szpitalu Hadasa. Kiedy choroba ustąpiła, miał udać się na pobyt uzdrowiskowy w pobliżu Jerozolimy, a w tym celu minister zapewnił ministerialny samochód.
Autor poniższych wierszy udał się z Baruchem do Jerozolimy, a po drodze spotkaliśmy ministra, który jechał z Jerozolimy. Baruch chciał wysiąść z samochodu, aby powitać ministra, ale David Remez powiedział, że to on powinien wysiąść i powitać nie go, ale i jego Torę i wielką wiedzę, którą w sobie nosi. Życzył mu szybkiego i pełnego wyzdrowienia.
Śmierć Davida Remeza mocno dotknęła Barucha. Zgodnie z poleceniem dr. Elijaha Lurii zakazano mu brać udział w ostatniej drodze ministra. Od tego czasu nie mógł się odnaleźć w murach Ministerstwa. Jego stan ciągle się pogarszał. Zrezygnował ze stanowiska i podjął pracę w warsztacie samochodowym rodaka z jego rodzinnego miasta Motla Fisztajna.
Udał się do Niemiec, aby załatwić sprawę utraconego mienia, ale po wyjściu z samolotu źle się poczuł i zasłabł. Baruch zmarł daleko od swojego kraju i ukochanej ojczyzny. Wszyscy mieszkańcy naszego miasteczka poczuli uczucie straty i żałoby. Pochowano go na obcej ziemi. Jednak dzięki pomocy ówczesnego ministra spraw zagranicznych Mosze Szareta[68], niech będzie błogosławiona jego pamięć, jego trumna została przewieziona do Izraela, gdzie znalazł swój wieczny spoczynek.
Strata dotknęła nie tylko jego żony Rut i jego córki Szulamit, która bardzo go kochała. My, jego uczniowie i następcy, rodowici mieszkańcy Ryk, go opłakiwaliśmy.
Nawet dzisiaj, po kilku latach od dnia jego śmierci, ja, autor tych słów, nie mogę zapomnieć tej wielkiej straty. Niech te moje słowa będą szczyptą współczucia dla jego żony Rut i ukaże jego córce Szulamit, która nie miała wystarczająco możliwości i czasu, aby poznać swojego wybitnego ojca. Jaka to była szlachetna i wielka osobowość!
Zajęcia Hirsza-Lejba z Ryk
1. Nosiwoda
Niezależnie od tego, czym by się nie zajmował Hirsz-Leib, nigdy nie miał ani grosza w kieszeni i nigdy nie miał za co urządzić szabatu. Wydaje mi się, że przy całym moim wysiłku wyliczenia jego sposobów utrzymania, na pewno coś zapomnę.
Myślisz, że Hirsz-Lejb tak po prostu roznosił wodę po domach? Wiedzcie, że on pompował i roznosił najlepszą wodę, która była używana wyłącznie na herbatę. Ta woda była również „świętą wodą”, ponieważ czerpał ją ze studni księdza.
Tak. Dzisiaj już nie ma takich rzemieślników. Gdzie dziś można znaleźć kogoś, kto czerpie i nosi wodę w tak wzniosły i szlachetny sposób, jak Hirsz-Lejb. Nosidło na jego ramionach rozciągnięte i proste jak struna skrzypiec muzyka. Gotów jestem nawet przysiąc, że z tych dwóch wiader, wypełnionych po brzegi wodą, kołyszących się cały czas na nosidle, w drodze od studni do naczyń różnych gospodyń, nie wylała się ani kropla. I tak szedł majestatycznie, podśpiewując od czasu do czasu chasydzką melodię.
2. Chodzący od wsi do wsi
Należy pamiętać, że Hirsz-Lejb nie miał pod ręką do dyspozycji samochodu! Nie miał nawet konia. Kiedy ktoś czegoś potrzebował, nasz silny, z rzadkim zarostem, wysoki znajomy, z pomocą swej matki małej i nieporęcznej Żydówki pakował porządny tobołek z różnymi galanteryjnymi towarami i w długim przepasanym kabacie, chodził po wsiach i szukał zarobku. I tak chodził z tobołkiem na plecach i kijem w ręku. Ten kij służył mu również do odmierzania sprzedawanych towarów. Zaryzykowałbym opis sposobu jego mówienia po polsku, ale kto by go nie znał? Nie tylko wieśniacy, ale nawet psy, nie skakały na niego ze szczekaniem. Wielokrotnie nie pamiętał cen towarów, które sprzedawał, ale nigdy nie podnosił cen. Nie wiedział jeszcze, co to jest ośmiogodzinny dzień pracy, więc od rana do wieczora wędrował po wsiach.
Wielokrotnie wracał ze wsi do domu późnym wieczorem. Jego ciało było zmęczone, a kości prosiły o odpoczynek. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie jest w jego mocy zdążyć do miasta na południową modlitwę, zrzucał tobołek z pleców, uwalniał ręce od ciężaru, który otrzymał od chłopów, wycierał ręce w trawę, która rosła przy drodze, i zatrzymywał się, aby się pomodlić. To była modlitwa zwykłego człowieka, wieśniaka. Modlitwa płynąca z serca, otwarta i szczera, i z osiemnastu błogosławieństw nie opuścił ani jednego[69]. I nie ominął „Alejnu leszabeiach”[70] i nie zapomniał o tradycyjnym splunięciu.
Znów załadował swój tobołek i ruszył w stronę miasta. Po przybyciu do miasta udał się na wieczorną modlitwę.
3. „Psalmista”
Innym źródłem utrzymania Hirsza-Lejba było „recytowanie psalmów”, tzn. zatrudniali go do recytowania psalmów w razie potrzeby. Gdzie można znaleźć i jak? Opowiem wam, jak to było kiedyś. W żadnym mieście nie było kostnicy ani lodówki na zmarłych, jak to jest dzisiaj w zwyczaju. Nieboszczyk, z przeproszeniem, leżał martwy. Podnieśli go z łóżka i położyli na podłodze, przykrytej słomą, ze świecą u głowy. Zgodnie z tradycją musiało się czuwać przy nim całą noc i recytować psalmy.
I tu także pracował nasz przyjaciel Hirsz-Lejb, który na te okazje otrząsnął się jak lew, ubierał specjalną szatę na podobne okazje i przepasywał się szeroką szarfą. Usiadł przy zmarłym i odmawiał psalmy z wykładem. Robił to świetnie. I nieraz przeczytał do końca całą księgę Psalmów. Oczywiście robił to nie tylko po to, aby uzyskać „swój udział w przyszłym świecie”, ale nasz przyjaciel Hirsz-Lejb otrzymał za to całkiem niezłą zapłatę. Jednak nieczęsto miał taka możliwość, co go smuciło. Krótko mówiąc: Hirsz-Lejb był w mieście królem „strażników umarłych” i „recytujących psalmy”.
4. „Nocny stróż”
Czy chcielibyście, abym opisał wam inny zawód Hirsza-Lejby? No to proszę, jeszcze jeden. Choć w naszym mieście nie mieliśmy „wielkich bohaterów” i bogaczy, to każdy mieszkaniec musiał spełnić swój obywatelski obowiązek. Zgodnie z zarządzeniem policji, co noc inny obywatel musiał stawiać się na „służbę stróża”. Dla wielu Żydów chodzenie i czuwanie nocą było uciążliwym zadaniem. Dlatego zatrudniano Hirsza-Lejba. Zapamiętywał imię i nazwisko, każdego za kogo stróżował, aby mógł przejść ewentualną kontrolą policyjną i wiedzieć, kto właśnie służy.
I nagle uszy do góry, kto to słyszał! Zdarzyła się katastrofa. Jego jedyny brat, który był nauczycielem w miasteczku, również zrezygnował ze stanowiska stróża i najął do tej pracy Hirsz-Lejba. Gwiazda naszego znajomego przestała świecić, bo właśnie tej nocy strażnik Białecki zjawił się na kontrolę. Jak zwykle, zagwizdał kilka razy gwizdkiem, a nasz bohater odpowiedział tak, jak powinien. Przybiegł tak, że prawie wyzionął ducha, stanął przed naczelnikiem, stuknął, jak się patrzy obcasami, stanął na baczność. Proszę, nastawić uszu, a usłyszycie taką rozmowę:
Białecki: „Za kogo dyżurujesz?”.
Hirsz-Lejb: „Za brata”.
Białecki: „A jak się nazywa twój brat?”.
Hirsz-Lejb: „Nie wiem!”.
Białecki: „Nie wiesz, jak nazywa się twój brat?”.
Hirsz-Lejb: „Nie wiem!”.
Krótko mówiąc, co mogę powiedzieć na ten temat? Nasz przyjaciel przeprosił i musiał biec za bratem. Biegł z całych sił. Dobiegł do swojego odległego domu na …[71]. Przybiegł do drzwi i zaczął w nie walić, krzycząc szalonym głosem: „Mój B-że! Mojsze-Mejlech!”. Prawie wyłamał drzwi tym swoim waleniem. Zszokowany brat, wyrwany ze snu pospiesznie włożył spodnie i z wytrzeszczonymi, zaspanymi oczyma, otworzył drzwi:
„W imię B-ha! Co się z tobą stało Hirsz-Lejb?”.
Hirsz-Lejb pospiesznie opowiedział mu o incydencie z Białeckim.
Mojsze-Mejlech: „Dlaczego nie pamiętałeś mojego nazwiska? Jak mogłeś nie wiedzieć?”.
Hirsz-Lejb: „Tak, nie wiedziałem!”.
Mojsze-Mejlech: „A jak masz na nazwisko?”.
Hirsz-Lejb: „Nazywam się Blajchman!”.
Mojsze-Mejlech: „Jeśli jesteś moim bratem, to też nazywam się Blajchman!”.
Zaskoczony i zakłopotany Hirsz-Lejb stał i patrzył na brata. Z westchnieniem z głębi serca, powiedział: „Kto to mógł wiedzieć, że ty też nazywasz się Blajchman”.
Wesele Hirsza i Lejba
Skoro więc doszliśmy już tak daleko i wiemy o sposobach utrzymania naszego znajomego Hirsza-Lejba, zatrzymajmy się tutaj na jednym ważnym momencie z jego życia. Proszę zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi! To droga każdego mężczyzny… Kończy się ona, z chwilą, gdy się ożeni. I tak właśnie stało się z naszym bohaterem Hirsz-Lejbem.
Co bym wam powiedział? To było wesele, jakiego nikt w mieście nigdy nie pamiętał, nawet starzy ludzie. Było na nim całe miasteczko, od młodego do starego, nawet dziecko nie zostało w kołysce. Drobiazg? Ulubieniec miasta Hirsz-Lejb się żeni!
Krótko mówiąc, nie będę się zbytnio ośmieszał. Artysta Dawid dawał z siebie wszystko, rymował, opisując grzechy pana młodego i „cnoty” panny młodej. Było fantastycznie! Jego syn Fiszl, klezmer, wiedział, kto stoi przed nim, a jego skrzypce po prostu czyniły cuda… Jego przyjaciel Buczele dorożkarz też nie pozostawał daleko w tyle, a basowe dźwięki jego kontrabasu niosły się daleko, bardzo daleko…
Bractwo Hachnosas kale[72] i jego członkowie Meir Breziner, Berl Brojt i Icze tragarz zaprzęgli konie, przecież niecodziennie odbywa się takie wesele! Hirsz-Lejb żeni się z dziwną „biedną dziewczyną”.
W każdym domu się gotowało, smażyło i piekło. Wszyscy czuli się zobowiązani do pomocy w zorganizowaniu tego pięknego wesela.
Tego wieczora szames Dan spacerował po mieście i drewnianym szabatowym młotkiem wystukiwał melodię na progach domów, aby przypomnieć, że tej nocy nikogo nie może brakować tej nocy i nie może spóźnić się na wesele. Drugą ręką czyścił tyczki chupy.
Nawet Surifa, zamiatacz ulic w mieście, odczuwał wzniosłość i wyjątkowość tego dnia, kiedy zamiatał i czyścił bruk rynku, a zwłaszcza okolice bejs midraszu. W miasteczku radość i szczęście. Żydzi spacerowali z uczuciem, że „będą się radować i weselić!”. Grupa klezmerów wyszła na ulicę i umilała piękną muzyką. Meir Breziner i jego „paczka” wyruszyła na błyszczących koniach, i Hirsz-Lejb został odprowadzony do chupy.
A więc, jak słyszą wasze uszy, ten piękny ślub odbył się tak, jak się patrzy zgodnie z prawem i wiarą. Również nie zabrakło uczty dla ubogich. Rymy artysty Dawidla były jak wspaniałe kwiaty tak pięknie śpiewał o panu młodym i pannie młodej. Wszystkiego było pod dostatkiem mięsa, ryb i różnych smakołyków… Bułki, chałka, chleb leżały na stołach, a picie było takie, jak się patrzy. Paczka błaznów ani na chwilę nie zapominała, że Hirsz-Lejb jest panem młodym i to on żeni się ze śmieszną kobietą.
Przy całej radości i uciesze wszystkich biorących udział w piciu i jedzeniu smakołyków, błaźni wkradli się do pokoju młodej pary. Świeża słoma była rozłożona na ich łóżkach, więc postawili tam miskę z wodą. Zwyczajem Żydów jest to, że przychodzi moment, kiedy młoda para zostaje sama. Młoda para jest odprowadzana do pokoju z wielką radością, ze śpiewem i bębnieniem.
Pozwólcie, że nie powiem wam, dlaczego wszyscy wiedzą, dlaczego panna młoda wychodzi za mąż…
Zakończenie na pewno znacie. Zrobili to, co zrobili i wrócili do gości, a ich ubrania były mokre. Gromada przywitała ich ze śmiechem i radością.
I tak właśnie wszyscy w mieście zapamiętają wesele Hirsz-Lejba.
„Icze tragarz”
„Icze tragarz” tak go nazywano i to imię było na ustach wszystkich. Nie zapomniałem jego nazwiska, ponieważ nigdy go nie znałem. „Icze” - tak miał na imię a zawód tragarz. Każdy, kto przenosi ładunki, nazywany jest tragarzem. Icze należał jednak do szczególnego rodzaju tragarzy. Podniesienie worka soli ważącego 100 kilogramów i przejście z nim 150 metrów było dla niego jak połknięcie małego pieroga. Nigdy nie był przyzwyczajony do używania pasa do noszenia i nigdy nie zapuszczał brody, chociaż działał w różnych „bractwach charytatywnych”, a zwłaszcza w Hachnoses kale. W tym widział główny sens 613 przykazań Bożych…
Z naszej księgi, musisz się jeszcze dowiedzieć o jednej ważnej rzeczy o Icze. Był „wolontariuszem” i to nie tylko dla własnego zysku, broń B-że, to wszystko było dla „Hachnoses kale”. Natychmiast po skończeniu dni Sukkot zaczął studiować i ćwiczyć role, aby występować z amatorskim zespołem w „Mechires Jojsef”[73] w roli Reuwena lub Jehudy. Wiadomo o nim, sami to zrozumiecie, że nie lubił biegać między rzędami i deklamować zdania w „świętym języku”, może sprawiało mu to trudność jeszcze od czasu „rozstąpienia się Morza Czerwonego” rękami Mojżesza. Jak się starał i jak pracował, ile się napocił podczas prób. Wierzcie mi, dużo więcej niż wtedy, gdy pracował jako tragarz… zanim w końcu zapamiętał sobie to jakieś zdanie! Ten, kto go uczył, lubił chodzić z nim jak z koniem, ładnie kroczącym, a słowa wychodziły z jego ust „krótko i wyraźnie” naprawdę „radośnie i wesoło”! Był magiczny, kiedy mówił: „Bracia, moi drodzy bracia, nie pozwólcie, aby krew przelewała się przez wasze ręce”. Jeśli jednak myślicie, że to koniec jego działalności jako aktora przed świętą gminą Ryki i okolicznych miasteczek, to się grubo mylicie. Ponadto grał inne ważne role wraz z aktorami na Purim… Nie muszę wam powtarzać, że cały zysk był święty i dla Hachnoses kale…
Był bardzo szanowany wśród kolegów tragarzy i był ich koronowanym przywódcą, a wszyscy byli mu posłuszni tak, jakby król przemawiał do swoich poddanych. Kłótnia czy spór między przewoźnikami no to Icze był sędzią i kto by to wiedział jak nie on. Icze prowadzi i łagodzi porozumienia, „doprowadzając statek” tragarzy do „bezpiecznego brzegu”.
Niewątpliwie, jak wiecie, nasz Icze nie miał pod ręką żadnego „związku zawodowego” czy „komitetu robotniczego”. Żadne „sekretarki” nie czekały, aby wykonać jego polecenie, a więc wszystkie sprawy zawodowe były załatwiane z szanownymi członkami gminy, wraz z jedzeniem pieczonej gęsi i popijaniem dobrej gorzałki.
Niekwestionowane prawo było w rękach Icze i żadna sprawa, która została podjęta z jego inicjatywy, nie została zakwestionowana.
Niejednokrotnie trzymał w ręku gazetę Unzer Express[74], bo z niej czerpał wszystkie wiadomości, które opowiadał kolegom tragarzom.
Czasami, gdy trzeba było zwrócić uwagę swoich kolegów, zachęcić ich do działań i czynów, musiał nie raz wygłosić przemówienie.
I tak zwracał się do swoich kolegów: „Moi przyjaciele i koledzy tragarze! Czy nie nadszedł już czas, abyście poznali i zrozumieli, że jestem Icze! Czyż nie zachęcam i nie wspieram wszelkich wysiłków, aby uzyskać dla was jak najlepsze warunki pracy i zapłaty? I mówię wam, że dotyczy to wszystkich, zarówno silnych i zdrowych, jak i słabych i chorych. I dlatego wy musicie mnie słuchać, tak jak mnie słuchacie i mnie się podporządkowujecie jeżeli ktoś tylko się pochyli, tak te wszystkie ciężkie worki są na moich ramionach… Wy wszyscy potrzebujecie do podnoszenia worków powrozy, ale ja nie! Najcięższe worki dźwigam na plecach bez żadnego powrozu, dlatego nazywają mnie Icze Tragarzem!”.
Pewnego dnia pojawiła się skądś jakaś osoba i wyjaśniła Icze, że należy on do klasy społecznej „proletariatu”, co oznacza „klasę robotniczą”. Dlatego „musi stanąć w szeregach bojowników o lepsze jutro, aby powstał socjalizm i dlatego musi zostać członkiem związków zawodowych”. Prawdę mówiąc, Icze nie zrozumiał, co chce od niego ta nieznana osoba… Udał się do związków zawodowych w domu chrześcijanina Turka. Kiedy wszedł do małego i wąskiego pomieszczenia po raz pierwszy, jego serce zadrżało, gdy zobaczył ogromny obraz powieszony na ścianie:
„Powiedzcie mi przyjaciele, proszę” jego buty zaszurały po podłodze „kto to jest ten rabin o poważnej twarzy, z zadbaną, długą brodą i dlaczego głowy nie zakrywa sztrajmlem?”[75]. Jak to, że nagle straciliście głos i nie chcecie odpowiedzieć na moje pytanie?”.
Niepewnie, jąkającym się i przerażonym głosem ktoś odpowiedział Iczemu: „On wcale nie jest rabinem! Przecież to Karol Marks, ojciec światowego socjalizmu!”.
„Tak to! Więc czy on naprawdę jest ojcem? Nu i co? Mój ojciec też może nie miał tak dużej i pięknej brody, ale zawsze nosił na głowie czapkę i co temu to ojcu „cycylizmu” nie jest przyjemne zakładać czapkę i woli chodzić bez zakrycia głowy? Czy tak powinien wyglądać ojciec „cycylizmu?”. To wstyd!”.
Krótko mówiąc, co mam wam powiedzieć, panowie! Trudno było członkom związków zawodowych, aby tego wieczoru wyjaśnić Icze wszystkie „szczegóły” sprawy dotyczącej „socjalizmu” i Karola Marksa. Udało mu się tak sprawę zrozumieć: ów „rabi” walczy o lepsze jutro, w którym nie będzie już podziału na biednych i bogatych… i dlatego, gdy nadejdzie ten szczęśliwy dzień, on, Icze, zażąda szacunku od innych i zostanie wybrany „sołtysem” przywódcą Żydów w mieście. Jego synowie zostaną generałami. Oczywiście nie będzie już musiał chodzić pieszo. Będzie jeździł pańskim powozem i sam pan będzie go woził i służył za stangreta. Czyż nie jest to słuszne, aby ten dzień już nadszedł?
Jego radość była ogromna i natychmiast pobiegł do domu, aby podzielić się tą wielką radością ze swoją „partnerką”. Po tym, jak „odkrył” jej to wszystko, włożył szabatową „kapotę”, ale nie mógł w jakoś znaleźć jedwabnej szarfy… Chodził wzruszony po pokoju, jakby w tym momencie już widział siebie, wiezionego z honorami w „pańskim” powozie zaprzęgniętym w cztery konie.
Tej nocy Icze śnił o tym szczęśliwym dniu… Minęła noc, a wczesnym rankiem Icze musiał jednak znów przebrać się w strój roboczy i zabrać ze sobą symbol tragarzy
powróz, i wyruszyć ponownie w kierunku rynku. Tego dnia, co nie było jego zwyczajem, spóźnił się na swoją zmianę. Jego przyjaciele wyprzedzili go i już zdążyli wypić lampkę na pusty żołądek mieli dość czekania na niego, na swojego przyjaciela i przywódcę. Kiedy Icze tam przyszedł zapadła cisza, a on sam długo milczał, bo nie wiedział, jak rozpocząć mowę o swoim nowym „objawieniu”. Jednak jego towarzysze dostrzegli w milczeniu przywódcy rzecz niezwykłą i jego „zastępca” Berl Brot rzucił mu w twarz słowa:
„Coś jest z tobą nie tak, Icze? Co ci się dzisiaj przydarzyło i co oznacza twoje dziwne milczenie?”.
Icze szeroko otworzył usta, wziął głęboki oddech i wszystko szybko opowiedział. Mówił o tym „rabinie” i jego cudownej brodzie, o Karolu Marksie i jego nauce o nowej doktrynie „cycylizmie” i o równości dla wszystkich. Powiedział im również, że kiedy nadejdzie ten szczęśliwy dzień, nie będzie już tragarzem, ponieważ będzie już cenionym i szanowanym przywódcą Żydów w miasteczku, a sama władza będzie jego „fornalem”. Poza tym jego synowie zostaną generałami, a on będzie błogosławiony! Zgodnie z nową doktryną wcale nie ma potrzeby już chodzić do bejs midraszu i modlić się… „Szkoda tracić czas i wierzyć w te głupie i przestarzałe rzeczy! Po pierwsze, to jest obowiązek być rewolucjonistą!”.
Wśród tragarzy, zapanowało wielkie zdumienie i ich zakłopotanie nie miało granic. Tylko Berl Brot odważył się zapytać:
„Musi się być rewolucjonistą, mówisz? I co jeszcze, co dalej?”.
„Wtedy już przyjdzie nasz Mesjasz! Umarli powstaną! Gdybyś i ty widział tego brodatego „rabina”, z pewnością powiedziałbyś, że tylko on jest w stanie doprowadzić!” odpowiedział Icze.
„Doprowadzić kogo?” zapytał ponownie Berl Brot.
„Ty nic nie rozumiesz? Mesjasza!” odpowiedział mu Icze.
Znowu wszyscy w milczeniu wysłuchali słów Iczego. I tylko tragarz Josel, jedyny z nich, który miał brodę, odważył się zapytać:
„Proszę cię. Ja chcę cię zrozumieć. Icze. Cóż, powiedzmy, że twoje nowe nauczanie mówi, że nie ma potrzeby się modlić i nie ma potrzeby chodzenia do bejs midraszu. Nu, można to jakoś zrobić w dzień powszedni. Co zrobisz w święty szabat? Czy nie przyjdziesz do bejs midraszu na czytanie Tory? Nie zaczniesz czytać jako trzeci? A co powiesz na Simchat Tora na czas naszej radości? Wtedy przewodni synagogi wywoła cię: „Czcigodny syn reb Icze wstań… W ogóle nie pójdziesz uczestniczyć w tańcach ku czci naszej Tory? prawdziwej Tory?!”. Icze, nasz bohater, był zaskoczony i bezradny. Słowa Josela go poruszyły. Wyrastał jako Żyd i był Żydem. Swoich synów posyłał do „chederu”, kupił też koszerny tefilin, pisany ręką „skryby” z Ryk, aby nie przynieść wstydu swojemu ojcu (pokój mu w raju!). Nie chciał jednak pożegnać się ze swoim nowym „rabinem”. Ciężko mu było na sercu. Czuł w sobie, jak te dwie nauki zderzają się i walczą ze sobą. Icze to Icze! Pokonał swoje wątpliwości i odpowiedział:
„Przyjdę na modlitwę, jeśli zwój Tory będzie napisany czerwonym atramentem!”
„Nu, naprawdę Icze! Przecież wiesz, że Torę napisano nie zwykłym piórem, lecz gęsim piórem!”
„Może być napisana nawet kaczym piórem, aby tylko była czerwonym atramentem!” odpowiedział Icze.W tym momencie na rynek wjechał wóz pełen worków z cukrem. Rozmowa towarzystwa się urwała i wszyscy zajęli się wyładowywaniem worków…
Od tego dnia długo chodził i marzył… Stał się zagorzałym socjalistą do tego stopnia, że w jego oczach zatarły się granice między socjalistą a komunistą. Bardzo pragnął dnia, w którym nie będzie już różnicy między bogatym a biednym. Zrozumiałe, że nie było możliwości, aby porozmawiać z nim o modlitwie. Jak wynika z tego ani o innych sprawach, które są między człowiekiem a B-giem. Sercem i duszą stał się uznanym rewolucjonistą…
Z całym szacunkiem, ale popełnilibyście wielki błąd, gdybyście nawet przez chwilę myśleli, że to był ostatni „ideologiczny” przystanek naszego znajomego Icze. Musicie wiedzieć, że nic podobnego! Możecie w to nie wierzyć, ale fakt jest faktem! „Icze tragarz”, bohater naszej opowieści, stał się entuzjastycznym i gorliwym syjonistą, tak jak wcześniej był zapalonym rewolucjonistą, a jeszcze wcześniej Żydem, który po prostu zachowywał żydowską tradycję.
Więc to było tak. Musicie wiedzieć, że nasze Ryki nie były miastem, które wstrzymuje rozwój swoich „strażników”, zwłaszcza w sprawach duchowych, skłonności serca i ducha. Tak czy inaczej, musicie wiedzieć, że ruch syjonistyczny we wszystkich swoich formach młodzieżowe związki syjonistyczne, takie jak Gordonia[76], He-chaluc ha-cair[77] wpłynęły na bogatą i szeroką działalność większości żydowskiej młodzieży w mieście. Młodzież, dla której nie było w małym miasteczku żadnej przyszłości, zaczęła poważnie myśleć o Erec Israel jako o ostoi dla przyszłego życia. Coraz częściej w klubach młodzieży syjonistycznej widywano wizerunek proroka „państwa żydowskiego” dr. Theodora Herzla.
Gerszon Kesselbrenner, należący do starszej młodzieży w miasteczku, który odszedł daleko od judaizmu i wyglądał na zwykłego chrześcijanina, również zaczął myśleć o Erec Israel. Nie trwało to długo i z jego inicjatywy oraz dzięki pomocy młodzieży, tych z rdzennych mieszkańców Ryk, powstał w miasteczku związek rewizjonistów syjonistycznych. Ta grupa zaczęła pojawiać się na ulicach miasta w mundurach syjonistów-rewizjonistów. Wyglądali jak oficerowie armii izraelskiej. Coraz częściej powiewała niebiesko-biała flaga. Te mundury szczególnie przyciągały tragarzy z Ryk, które postrzegali jako wyraz uznania dla ich siły fizycznej. I tak niektórzy z nich szczerze i naiwnie zostali członkami rewizjonistów syjonistycznych. Nasz Icze, przy całym swoim oddaniu sprawie rewolucji, dobrze czuł się w swoim odosobnieniu. Być może zazdrościł też swoim kolegom tragarzom, których już wyobrażał sobie jako oficerów armii żydowskiej w Ziemi Izraela. Wszystko to powodowało w nim niepewność co do obranej przez siebie drogi. Zaczął rozmyślać. Bez względu na wszystko z jednej strony był Żydem sercem i duszą, przez długie lata życia nieustannie powtarzał codziennie „A nasze oczy ujrzą Twój powrót na Syjon z miłosierdziem…”[78], przecież uczył się w chederze. Czy będzie w stanie o tym wszystkim zapomnieć? Może rzeczywiście będzie mu lepiej, jeśli będzie służył w armii żydowskiej w Erec Israel i tam będzie rewolucjonistą? Postanowił wszystko sprawdzić i dowiedzieć się przed podjęciem decyzji w tej sprawie. To nie wymysł! Icze zaczął odwiedzać kluby syjonistyczne…
W domu Chaima Zylberberga był klub „Gordonia”. Pewnego wieczoru, wracając ze związków zawodowych, znalazł się w pobliżu klubu. Śpiew, który z niego dochodził, żywy i porywczy, pełen marzeń młodości i radości życia, przyciągał przechodniów, którzy zatrzymywali się i uważnie słuchali. To nie byłby Icze, gdyby pozostał na zewnątrz wszedł do środka. Zapadła cisza, gdy młodzi Gordiniści zobaczyli go w sali. Wszyscy wiedzieli, że nie był syjonistą, a jego ręce budziły strach…
Icze stał zakłopotany. Na ścianie wisiał piękny obraz doktora Herzla, w całym jego wymiarze i z całą pięknością jego czarnej brody, co wzbudzało szacunek i entuzjazm…
„Kim jest ten człowiek?” szepnął męskim głosem, głosem szorstkim od pracy tragarza i częstego picie gorzałki. „Jego twarz jest taka piękna i promienna, a jego oczy mówią…”
Gordoniści byli zaskoczeni i przerażeni, być może chce podrzeć wizerunek ukochanego przywódcy…
„Chłopcy, naprawdę nie musicie się mnie bać, jestem Icze, jestem Żydem, chcę to wiedzieć. Powiedzcie mi, kim jest ten wspaniały człowiek?”.
„To jest dr. Herzel, twórca idei państwa żydowskiego i jej nosiciel. Twórca ruchu syjonistycznego!” odpowiedział Menasze Bronkacz jeden z czterech braci w „Gordonii” w naszym miasteczku. „Był zasymilowany, ale z powodu antysemickiego procesu Dreyfusa, żydowskiego oficera w armii francuskiej, stał się Żydem sercem i duszą. Wezwał Żydów do powrotu do swojego kraju. Prorokował też, że to nie potrwa długo, a narodzi się Erec Israel, państwo Żydów”.
„Państwo żydowskie? Żydowska armia i żydowscy oficerowie i generałowie?”, zapytał Icze.
„Tak, Icze, Tak jak to jest, że słońce świeci na niebie, tak zaświeci na całym świecie państwo, które powstanie w ziemi Izraela!…”.
„Nu… Czy będzie też żydowska poczta? I policja i policjanci? I zamiast „Międzynarodówki” będą śpiewać Ha-Tikva?”[79]. wypalił Icze.
„Tak, tak będzie w ziemi Izraela, a także związki zawodowe wszystkich pracowników Erec Israel, które są teraz skupione w jednym związku, obejmującym wszystkie sprawy zawodowe, społeczno-ekonomiczne, kulturowe i państwowe…”
Icze Tragarz uważnie słuchał wszystkiego, co zostało powiedziane. Z szeroko otwartymi ustami nie spuszczał wzroku z obrazu dr. Herzla. W tych chwilach walczył z pojawiającymi się w nim wielkimi wątpliwościami.
„Dziwne i zaskakujące zarazem!” zamyślił się „Obaj przywódcy są brodaci, ale bez wątpienia broda dr. Herzla bardziej mi się podoba!”. Mimo wszystko Icze-tragarz jest Żydem i naprawdę zrozumcie, że on lubił swoich przyjaciół i innych Żydów. Całe pokolenia Żydów zasiały w nim tę miłość do narodu Izraela! Po co miałby ich szukać wśród obcych? Powoli ciężkimi krokami opuścił klub.
Wierzcie lub nie, ale droga do domu była trudna. Ta rozmowa w klubie zmieniła wszystko, co posiadał pewnie w duszy w ustach. Nie przestał myśleć o swojej drodze i przyszłości w życiu…
Kiedy dotarł do domu i otworzył drzwi, spotkał dwóch mężczyzn, którzy przyszli zbierać dary finansowe na fundusz osiedleńczy Erec Israel. Kiedy zobaczyli wchodzącego Icze, chcieli ze strachu uciec. Dobrze wiedzieli, że nie był syjonistą. Że jest zagorzałym socjalistą i kto wie, może nawet komunistą…
„Cześć chłopcy! Proszę, usiądźcie. Jestem Icze-tragarz i nic, co żydowskie, nie jest mi obce… Zbieracie datki na Erec Yisrael, a ja, Icze, bym nic nie dał?”. Wyjął portfel i z całym sercem podał pełną garść…
Myślicie, że Icze potrzebował dużo czasu, żeby się zmienić? Nic takiego!…
Po kilku dniach został entuzjastycznym syjonistą w ruchu Żabotyńskiego i nosił mundur z menorą syjonistów-rewizjonistów. Od tej pory poświęcał wszystkie swoje siły na rzecz ruchu syjonistycznego w ziemi Izraela…
Prosty i serdeczny „Icze tragarz” nie miał tego szczęścia, podobnie jak wielu innych jego przyjaciół, kolegów tragarzy i całego narodu Izraela w naszym miasteczku w Rykach, aby dostać się do swojego kraju i zobaczyć, jak urzeczywistnia się jego życiowa idea narodziny państwa Izrael.
Ręka faszystowskich morderców położyła kres jego marzeniom i walce. Wraz ze wszystkimi Żydami w miasteczku wyruszył w podróż, z której już nie wrócił. Jednak w ostatnich chwilach życia nie przestawał wierzyć, że narodzi się państwo Izrael! Wspierał wszystkich, którzy go otaczali, bo jeżeli nikt nie pozostanie, to nie będzie nikogo, kto by pamiętał o zemście! Z błogosławieństwem Syjonu i Jerozolimy na ustach jego życie dobiegło końca…
Buczele Brycman z Ryk
Gdzie są dzisiaj moi Żydzi, nie ci szanowni, szabatowi, lecz zupełnie zwykli pospolici Żydzi?! Gdzie teraz błądzą ich cienie? W świecie chaosu? Czy może ich postacie świecą i lśnią w rajskim ogrodzie szewców, krawców, kaletników, bednarzy, furmanów? A może patrzą jak ich upragniony, wyśniony i wypłakany gorącymi łzami „Syjon”[80] i zobaczy Veliy'rushalaim ir'cha[81]. Wyłoni się z ich pożółkłych i podartych modlitewników, które zniknęły wraz z nimi w popiele i pyle, i przez kilkadziesiąt lat przeobraził się w żywą rzeczywistość, w ciepły żydowski dom dla wszystkich na całym świecie, i wykuwa na nowo, pewnie i stanowczo teraźniejszość i przyszłość narodu żydowskiego na ich własnej ziemi i w ich wiecznej ojczyźnie. Przecież należy się ona im, a nie komuś innemu. Tym, którzy zostali w życiu dotkliwie skrzywdzeni przez B-ga i ludzi, przez Żydów i chrześcijan. Należy się im to bardzo czcigodne miejsce w ich państwie!
Przecież ich nie ma, nie ma!… Pamięć o nich przesuwa się mi przed oczami, a moim obowiązkiem jest opowiedzieć o nich wszystkich i o każdym z osobna, aby przynajmniej dzieci i młodzież, urodzona i wychowana w Izraelu, się o nich dowiedziała i ich poznała. Niech w „Dzień Holokaustu i Bohaterstwa”[81] złożą kwiaty też „Żydom z ludu”, zapalą świecę i też przyrzekną przed niebem i ziemią, żeby nic takiego nigdy, przenigdy się już nie wydarzyło!!!
|
|
| Buczele Brycman |
Buczele dorożkarz, pospolity Żyd, prosty woźnica przed B-giem i ludźmi, cichy, nawet na swoją kobyłę nigdy nie krzyczał i na pewno nigdy nie podniósł na nią bata… Ze swoim koniem, posługiwał się zupełnie innym językiem językiem śpiewu. Śpiewał, więc tak człowiek, jak i koń, rozumieli się.
Dzień po dniu Buczele z „luksusową” dorożką stał na głównej ulicy miasta. Jeździli nim tylko ci „lepsi” mieszkańcy miasta, a ich trasy prowadziły z głównej ulicy na stację kolejową i s powrotem. Buczele nikogo się nie bał, nawet i mandatu od miejskiego policjanta. Kto, nie daj B-że, poważy się na niego? Któż nie chciałby usłyszeć, jak śpiewa? Nawet jego polszczyzna, którą rozmawiał ze swoimi inteligentnymi pasażerami, brzmiała śpiewnie i z dziwnym szelestem. Siedział na „honorowym miejscu” w dorożce, ubrany w swój długi chałat, długa, ładna broda i specjalna czapka na głowie maciejówka. Nawet jego chrześcijańscy pasażerowie, już wiedzieli, o co go mają poprosić. Aby zaśpiewał: „Lecha dodi”, „Hajojm haras ojlom”[82] czy inną żydowską modlitwę…
Pewnego mroźnego dnia Buczele i jego dorożka przyjechali na swoje stałe miejsce, aby rozpocząć pracę. Był zmęczony i głodny, nie miał nawet siły śpiewać koniowi. Sam nie wiedząc, dlaczego, chwycił bat i uderzył konia. Biedny stary koń, nie przywykły do bicia, odwrócił głowę, popatrzył dokładnie tak, jakby chciał powiedzieć: „To jest niemiłe, proszę pana, to nie jest w porządku!”. Buczelemu wydało się, że koń do niego mówi: „Dlaczego mnie bijesz? Czy ja jestem winien, za twój gorzki los? Przecież wiesz, jak wiernie ci służę. Ciągnę nawet wtedy, kiedy mało mnie karmisz, nie mówiąc już o otrębach. Nie dasz mi nawet dość słomy. Nawet nie smarujesz kół, choć wiesz, że to utrudnia mi ciągnięcie. Nie narzekam i nie protestuję, bo znam twoją trudną sytuację…”.
Buczele skamieniał. Wpatrywał się w swojego starego konia szeroko otwartymi oczami i oprócz tego, że słyszał narzekania konia, zobaczył też w jego oczach krwawą łzę…
Ogarnęły go gniew i gorzki żal i zaczął przeklinać samego siebie, dlaczego tak naprawdę uderzył konia?…
Jego gniew stopniowo przekształcił się w kłótnię z Panem: „Panie B-że, dlaczego mnie tak karzesz? Czy tak zgrzeszyłem przed Tobą? Czyż nie służę Ci z całego serca zgodnie z moimi możliwości i zwyczajem? Czyż nie chodzę codziennie do twego świętego miejsca, aby się do Ciebie modlić? Nawet siedząc na swojej dorożce w śniegu i deszczu, czy nie sławię Twojego imienia? I nie raz czuwam o północy w modlitwie i opłakuję zniszczenie naszej świątyni. A Ty, Panie?… Przecież jest napisane: „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon”[83]. Czyż Twoje niebiosa nie opowiadają Ci o moim ciężkim, mrocznym losie? Zobacz, moja żona siedzi na rynku i marznie, moknie w śniegu i deszczu, aby sprzedać trochę warzyw, a za to wszystko nie ma nawet suchego chleba, żeby się najeść do syta, ani na szabat… Do kiedy B-żenku na niebie? Kiedy sobie mnie przypomnisz? A może nie obchodzi cię, czym mam czym nakarmić żonę i dzieci? Tylko ja muszę ci dziękować za to, że nasze życie jest puste? A co z twoim przykazaniem zakazującym dręczenia żywych istot? Ten stary koń tego wszystkiego nie rozumie, ale jest głodny i chce jeść. Nie ma ziarna i słoma musi mu wystarczyć! Cóż, nie ma nawet i tego!? Panie całego świata, dlaczego jeszcze muszę grzeszyć i bić biedne zwierzę?”.
Tak Buczele siedział ze spuszczoną głową, nawet nie trzymał lejc, tylko koń, idąc znaną drogą, szedł sam, ledwo ciągnąc dorożkę. Buczelemu wydawało się, że jedyną odpowiedzią na wszystkie jego narzekania jest westchnienie konia i skrzypienie kół.
Tak jechał pomału, aż dorożka zbliżyła się do stacji kolejowej. Obudził go wysoki i przenikliwy gwizd lokomotywy i tak zakończył jego kłótnię z Panem. Zaczął uważnie przyglądać się drzwiom stacji, aby dobrze widzieć wychodzących pasażerów, którzy właśnie przyjechali pociągiem i trochę się niepokoił być może On wyśle mu kilku pasażerów i będzie uszczęśliwiony, bo będzie mógł kupić dwa kilogramy zboża na pokarm dla swojego konia. Nie myślał już o sobie, swojej żonie i dzieciach, bo dobrze czuł, że to stworzenie nie może już więcej znieść tego głodu. Spojrzał na konia i przemówił na głos: „Ty, biedactwo, też nie masz szczęścia, obaj umieramy z głodu. Gdybyś miał trochę szczęścia, znalazłbyś się w stajni pana Konarzewskiego i czułbyś się tak dobrze, jak w rajskim ogrodzie. Nie masz szczęścia, że wpadłeś w ręce Buczele. Stoisz przy chlewie ze starych desek. Zimą marzniesz, a latem mokniesz na deszczu. Zresztą obaj razem cierpimy…”.
Tymczasem dwóch pasażerów wsiadło do jego dorożki i dało mu znak, żeby już jechał i dłużej nie czekał. Wziął lejce i delikatnie trzepnął konia, a koń, jakby przeczuwając, że i on będzie z tego coś miał, ruszył energicznie. Dorożka dojechała do miasteczka.
Wesoły przybył do swojego domku, wprzęgnął konia, zaprowadził go do stajni, nasypał około dwóch kilogramów ziarna wraz ze słomą, które dopiero co kupił za dwa złote, otrzymane za przewóz.
Skończył z koniem i wszedł do domu. Umył ręce i twarz i chociaż było jeszcze dość wcześnie, poszedł do bejs midraszu.
Wszedł do bejs midraszu i usiadł na swoje miejsce przy piecu, między rzemieślnikami. Piec był ciepły. Oparł się o niego plecami i ciepło rozlało się po całym ciele i naprawdę roztopiło całodzienne zmarznięcie. Wyjął swój stary, wysłużony modlitewnik i przerzucając pożółkłe strony, zaczął łamiącym głosem odmawiać psalmy.
Odmówił modlitwę południową, a także już i wieczorną. Buczele nie spieszy się do domu. Jak to się mówi, po co miałby się spieszyć do swojej zimnej chaty?… Żona i tak jeszcze nie wróciła z targu. Chce jeszcze sprzedać trochę zmarzniętych jabłek i trochę warzyw. Siedzi tak, ubrana we wszystkie swoje ubrania, które posiada, z nogami owiniętymi onucami w wielkich butach, a raczej ich strzępach, grzejąc zamarznięte dłonie i części ciała nad gorącym garnku z węglami. Dzieci siedzą skulone w kącie, łapczywie połykając ślinę i czekają, aż mama wróci do domu i ugotuje coś ciepłego do jedzenia.
Tak siedzi sobie Buczele w bejs midraszu, używając sobie atmosfery modlitwy.
Na zewnątrz jest już dość ciemno. Buczele westchnął ciężko, zamknął modlitewnik i zaczął przygotowywać się do powrotu do domu, myśląc, że żona już na pewno wróciła do domu i ugotowała ciepłą kaszę i przyniosła chleb od piekarzowej Sory, aby zaspokoić głód siedmiorgu otwartych buzi dzieci.
Kiedy tak myślał, nagle otwierają się drzwi bejs midraszu i wchodzi jeden z jego synów, podbiega do niego i woła zduszonym głosem: „Tato! Tato! Wielkie nieszczęście! Już nie ma zdechlaka! Koń padł!!!”
Zła wiadomość tak go zszokowała, jakby go ktoś uderzył w głowę czymś ciężkim. Z początku krew napłynęła mu do twarzy i zabarwiła ją na czerwono, ale wkrótce to całkowicie zniknęło i stał się śmiertelnie blady, szepcząc cicho: „Konik padł…” „konik padł…”. Uświadomiwszy sobie, pobłogosławił konia jakby, nie daj B-że, zmarł ktoś bliski z członków rodziny. Wkrótce zrozumiał swój błąd i zaczął załamywać ręce i wołać: „Biada mi! wypowiadać święte słowa na śmierć zwierzęcia!…” Poderwał się z siedzenia, zapominając nawet pocałować mezuzę, wyszedł z bejs midraszu i pobiegł do domu.
Biegł i jedyna myśl go ciągle niepokoiła i dręczyła może on sam jest winien śmierci swojego konia, może nie powinien był dawać mu tyle jedzenia na raz, wygłodzonemu koniowi?… Starał się uspokoić: „Co to jest dwa kilogramy ziarna dla zwierzęcia?…”.
Kiedy doszedł do domu, od razu poszedł do stajni. Koń leżał sztywny, z wyciągniętymi nogami, a jego wychudzenie było teraz jeszcze bardziej widoczne. Głowa leżała przy drzwiach, oczy miał otwarte, jakby chciał po raz ostatni spojrzeć na swego pana. Buczele nie mógł wypowiedzieć ani jednego słowa, tylko rozglądał się dookoła. Obok obory jak sierota, stała samotna dorożka. Nie mógł tutaj pozostać. Łzy, które przez cały czas dławiły mu gardło, napłynęły mu do oczu i zaczęły płynąć jak deszcz. „Coś ty zrobił, mój drogi koniku?… Dlaczego uczyniłeś nas sierotami?… Nie pozostaje nic innego, jak zaprzęgnąć się samemu do dorożki, aby zarobić na kawałek chleba…” narzekał, szlochając.
Wszedł do domu załamany. Żona z dziećmi siedziała i płakała. Mały Icchak strasznie płakał i powtarzał: „Och, och! Konik był moim przyjacielem… Jak wspaniale było na nim jeździć, poić go i myć… konika już nie ma…”
W domu było ciemno i zimno. Wisząca na ścianie lampa naftowa migotała jak świeca w rocznicę śmierci, rzucając długie cienie na ścianę.
Buczele, jakby nie byłby załamany i zaczął wszystkich uspokajać: „No, wystarczy, dzieci, przestańcie płakać! Naszego konika naprawdę już nie ma, ale miejmy nadzieję, że B-g nas nie opuści… Nie traćmy wiary w B-ga… Cóż, dzieci, umyjcie ręce, usiądźcie i coś zjedzcie…”
W magiczny sposób smutek zniknął, dom jakby się rozjaśnił, a rodzina zasiadła do skromnej kolacji.
Po posiłku Buczele ponownie wyjął swój modlitewnik i zaczął błogosławić chleb. Recytował słowo po słowie, tak jakby liczył. Kiedy doszedł do przejścia: „Abyśmy nie potrzebowali darów od śmiertelników…, ale z Twojej pełnej i otwartej ręki” powtarzał to wiele razy i z tęsknotą wznosił oczy ku niebu: „Panie świata konika, konika zdrowego… Ufam ci!!!”
Wiara, wiara. Całe światy z wiarą, całe życie przeżyte z wiarą w B-ga, nawet w najgorszych czasach Żydzi nie stracili wiary w B-ga. Aż nadszedł najstraszniejszy czas, kiedy zawiodła nawet wiara w B-ga… I Buczele z rodziną, z całym miasteczkiem, wraz z milionami wierzących w B-ga zginęli. Zniknęli na zawsze. Wiara z pewnością błąka się teraz po ruinach, szukając swoich wiernych.
Neszele
Za każdym razem, gdy myślę o moim miasteczku Ryki, przed oczami pojawiają się ukochane i drogie postacie, zwykli ludzie, a wśród nich jaśnieje wizerunek kobiety Neszele.
Była wdową. Niskiego wzrostu, pobożna, z chustą zawiązaną na głowie, zakrywającą jej obcięte włosy. Zarabiała na życie, sprzedając warzywa. W spiekocie i na mrozie siedziała na małym stołku z garnkiem pełnym gorących węgli u stóp. Węgiel dostawała od piekarza.
Każdego ranka obchodziła rolników i ogrodników, od których kupowała trochę towaru, a potem siadała obok swojego straganu i czekała na klientów.
Od chederu do kibucu
Urodziłem się w Rykach i z tym miasteczkiem związane są moje wspomnienia z dzieciństwa i młodości i chyba dlatego spotykając teras rodaków z mojego miasta, czuję się z nimi tak blisko i ciepło. Dlatego z pełnym entuzjazmem podchodzę do projektu wydania tej Księgi Pamięci, poświęconej poległych z Ryk. Moje serce jest pełne miłości do tych świętych postaci.
Chociaż miałem tylko 8 lat, pojechałem do Żelechowa, aby uczyć się w chederze i spędziłem tam pięć lat. Zawsze miałem świadomość, że największy wpływ na rozwój mojego ducha i charakteru jednak wywarły Ryki. Pamiętam wiele historii opowiadanych w naszej rodzinie o moich dziadkach, którzy przez innych byli traktowani z szacunkiem. O ojcu mojej mamy mówiono, że w Straszne Dni, kiedy biedni Żydzi siedzieli na tylnych ławach w synagodze, on często siadał na tej ostatniej ławce, żeby ludzie ci nie czuli się upokorzeni i obrażeni.
Często przesiadywał w bejs midraszu, pochylony nad Gemarą, nie wyjeżdżał w podróże służbowe, by nie zaniedbywać studiowania Tory. Nie wyobrażał sobie życia bez studiowania Tory.
Ojciec był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Moje wspomnienia z tych wczesnych lat, zanim mój młody tata odszedł z tego świata, przesłaniają nieprzyjemne doświadczenia. W domu panowała harmonia, ciepło i spokój, i tej harmonii przypisuję dużą część mojej dorosłej pewności siebie cecha, która okazała się bardzo ważną w moich późniejszych podróżach po świecie i w trudnym okresie wojny.
Wydaje mi się, że już jako dziecko przejawiałem niektóre z moich późniejszych cech charakteru. Lubiłem organizować dzieci i prowadzić je na różnego rodzaju igraszki, i zawsze sam brałem za wszystko pełną odpowiedzialność.
Zaufanie do ludzi i chęć niesienia pomocy innym przypisuję wpływowi mieszkańców Ryk, od których doznałem tak wiele dobra. Zawsze postrzegałem to jako błogosławieństwo na całe moje późniejsze życie.
Zawsze widziałem mojego tatę otoczonego ludźmi. Jego ciepło przyciągało ludzi, bo go lubili. Często rozmawiał ze mną o żydowskich cechach. Nie wszystkiemu rozumiał mój dziecięcy umysł. Dopiero później, kiedy dorosłem, słowa ojca rozbłysły jak iskry w mojej pamięci i zrozumiałam znaczenie tamtych jego słów. Pamiętam, jak pewnego razu spacerowaliśmy po lesie, mój tata powiedział do mnie: „Widzisz te drzewa w lesie? Czy myślisz, że wszystkie drzewa są równe? Mówię ci, że nie są… To drzewo jest jak człowiek. I tak jak jeden człowiek nie jest równy drugiemu, takie są i drzewa. Każde drzewo ma swoje życie, swoją duszę tak jak człowiek. Rozumiesz, moje dziecko?”.
Później, w strasznych latach wojny, kiedy mieszkałem w lesie i słyszałem szelest drzew, często śniło mi się, że z każdego drzewa dochodzi jego własny płacz, lament nad swoim „ściętym” życiem.
Nieraz podczas moich samotnych wędrówek budziłem się, bo drzewa przemawiały do mnie swoim własnym, tajemniczym językiem, który z każdym dniem stawał się dla mnie coraz bardziej zrozumiałym i jaśniejszym i przypominały mi się słowa mojego taty.
Pamiętam, jak tata pierwszy raz przyprowadził mnie do chederu. Właściwie to on mnie nie przyprowadził, tylko przyniósł. Owinął mnie swoim wielkim, już nie nowym, wełnianym płaszczem modlitewnym, przesiąkniętym zapachem potu i bejs midraszu. Wziął mnie na ręce i pobiegł ze mną bardzo szybko do chederu. Wydaje mi się, że mój tata biegł ze mną bardzo szybko, może dlatego, że chciał się szybko uwolnić od ciężaru, albo dlatego, że chciał wypełnić przykazanie B-że „Szybko zaprowadzić swoje dziecko do chederu”[84]. Kiedy biegł, dyszał i się pocił.
Na ślepo prowadzono mnie do chederu. Byłem owinięty w płaszcz. Dlatego, kiedy tata postawił mnie na podłogę i odwinął z płaszcza, poczułam się wyzwolony.
Rebe siedział u szczytu stołu i uczył kilkoro dzieci. Kiedy weszliśmy, natychmiast wziął mnie do siebie, posadził po swojej lewej stronie, rozłożył przede mną przyklejone na desce z tektury litery alfabetu i prawą ręką zaczął wskazywać: „Alef powiedz alef. Bejs powiedz bejs”.
Powtarzałem za nim. Nagle nad moją głową zaczęły spadać cukierki. „To anioł ci zrzuca” usłyszałem od nauczyciela i podniosłem głowę ku belce. Szukałem tam anioła. Szukałem szpary w belce, z której spadły cukierki, ale nie znalazłem ani szpary w belce, ani w niej tego anioła.
Kiedy dorastałem, mój tata zawsze przed rozpoczęciem każdego okresu nauki zadawał sobie to samo pytanie: „Co dalej?”. Gdzie mam iść na studia i do którego nauczyciela chederu?
Wśród moich nauczycieli byli dobrzy i źli. Tacy ze zrozumieniem dla dzieci, prawie że nieomal z pedagogicznym podejściem. Mimo wszystko mój tata uważał, że powinienem się uczyć w Żelechowie, gdzie jest duży Talmud-Tojre[85] i wysłał mnie tam na naukę.
Nie byłem jedynym uczniem z Ryk w Talmud-Tojra w Żelechowie. Uczyli się tam też inni chłopcy z naszego miasta, przeważnie rok lub dwa starsi ode mnie.
Studiowałem w Żelechowie pięć lat. Kiedy wróciłem do Ryk w 1930 roku, czułem się już jak dorosły, doświadczony chłopiec. Często uczyłem się trochę w bejs midraszu i dużo spacerowałem, podróżowałem z przyjaciółmi. Szybko wchłonąłem ideał syjonizmu i w 1931 roku zostałem członkiem „Gordonii”, gdzie działałem do 1934 roku, kiedy to organizacja wysłała mnie do grupy hachszara w Azarkowie[86]. Wkrótce potem zgłosiłem się do kibucu na Grochowie, gdzie pracowałem w rolnictwie.
Kibuc na Grochowie zajmował duży czteropiętrowy budynek, w którym mieszkali członkowie kibucu. Ponadto kibuc posiadał również szereg budynków, które były potrzebne rolnictwu, przy pracach na polach należących do kibucu. Moim pierwszym zadaniem było funkcja dozorcy, a moją pierwszą pracą było wydawanie karmy dla koni i zwierząt oraz dbanie o to, aby maszyny do pracy w polu sprawnie pracowały i były w dobrym stanie i były pozostawiane, zaniedbane, na polach. Jeżeli kiedyś trzeba było je zostawiać na polu, musiałam pilnować, żeby były dobrze przykryte i pilnowane, żeby okoliczni rolnicy nie mogli je ukraść. Wieczorami wyjeżdżałem konno, aby sprawdzić, jak wyglądają pozostawione w polu maszyny i czy nie zagraża im jakieś niebezpieczeństwo.
W tym kibucu bardzo zbliżyłam się do moich przyjaciół, poznałam ich charaktery i silne więzy przyjaźni. Praca też była bliska mojemu sercu i czułem się w niej świetnie. Miałem również możliwość wykonywania innych prac. Byłem także aktywny w działalności kulturalnej kibucu. To wszystko dawało mi pewność, że znalazłam swoje miejsce w życiu.
Z każdym dniem coraz bardziej zakochiwałam się w swojej pracy w kibucu. Po niedługim czasie powierzano mi także inne, skomplikowane i odpowiedzialne zajęcia, które przynosiły zarobki.
Od wczesnego rana do późnego wieczora dzień wypełniony był różnego rodzaju pracami i działalnością kulturalną. W godzinach porannych prowadziliśmy kursy obchodzenia się z bronią. Kursy te prowadzili instruktorzy przysposobienia wojskowego.
Wydaje mi się, że była to najważniejsza treściowo część mojego życia. Młodzież w tym wieku jest bardzo niespokojna, wrażliwa na każdą zmianę zachodzącą w ich życiu. Czuje się silnie związana z wielkimi ideami. Gdzie indziej można było żyć z tak silnym i wielkim entuzjazmem dla ideału jak nie w kibucu?!
Kiedy byłem w kibucu, nie raz przypominałem sobie życie w Rykach. Nie raz myślałam, jak dobrze byłoby sprowadzić tu wszystkich moich przyjaciół. Strasznie tęskniłam za rodzicami i wszystkimi bliskimi, ale znów trudno było mi pogodzić się z tym, abym wrócił i znów zamieszkał w miasteczku, w którym wszystko wydawało się beznadziejne i smutne.
W listach do przyjaciół z Ryk pisałem, że miałem wielki zaszczyt, mogąc przebywać w kibucu przed repatriacją jako pionier do Ziemi Izraela. Pracując z łopatą na tej obcej ziemi, byliśmy pewni, że przygotowujemy się do zasiedlenia własnej ziemi. Pieśń hebrajska rozbrzmiewała wraz z żydowskim młotem i kowadłem. Nawet jeśli czasami nie jedliśmy wystarczająco dużo, nie czuliśmy głodu. Wartość moralna, honor narodowy budziły w nas siły fizyczne.
W tamtych dniach czułem się silniejszy niż kiedykolwiek. Mocny, gotowy do zniesienia najcięższych trudów przy budowie naszego narodowego domu. Kibuc stał się moim domem. W kibucu poczułem dynamiczny ładunek do wielkich czynów. W moich późniejszych podróżach i zmaganiach z trudnościami i niebezpieczeństwem zapał, który wyniosłem z kibucu, pomógł mi to wszystko przezwyciężyć.
Moi przyjaciele z kibucu stali się braćmi, przepełnieni tym samym marzeniem i silnym pragnieniem aliji.
Miałbym jeszcze dużo do opowiedzenia o kibucu, ale w 1936 roku musiałem opuścić kibuc. Śmierć mojego ojca mocno uderzyła w nasz dom i musiałam „zaprzęgnąć się” i wyżywić naszą osieroconą rodzinę.
W tym czasie, przed wybuchem II wojny światowej, byłem członkiem „Ligi Robotniczej Erec Israel” i ruchu „He-Chaluc” w Warszawie.
Kiedy wybuchła wojna, uciekłem z Warszawy do Ryk. Okupacja niemiecka dopadła mnie w Żelechowie, gdzie trafiłem do obozu. W grudniu 1939 r. udało mi się przekroczyć granicę na stronę rosyjską i dotarłem do Lidy, gdzie przystąpiłem do pracy przerzucania pionierów do Wilna. Potem wstąpiłem do kibucu w Wilnie, a następnie do „Gordonii”, gdzie byłem do 1941 roku. Kiedy Rosjanie zajęli Litwę, musiałem opuścić kibuc i rozpocząć pracę w spółdzielni fotograficznej. Z każdym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, zwłaszcza wśród działaczy syjonistycznych. Wszędzie kręcili się szpicle, szukając „kontrrewolucjonistów”. Bywały dni, że musiałam uciekać i szukać schronienia. Dlatego zdecydowałam się uciec z Wilna.
Moja droga prowadziła przez gęste lasy, gdzie spotkałem wielu innych Żydów, w mniejszych czy większych grupach, którzy tak jak ja, szukali bocznych ścieżek, by przekroczyć granicę do Rosji.
Życie w Rosji wydawało się nam nienormalne. Razem z innymi chłopcami, których spotkałem w lesie, poszedłem do kołchozu, gdzie byłem zatrudniony przy różnych pracach.
W końcu przyszło wyzwolenie. Na tym moje wędrówki się nie skończyły. Po powrocie do Polski moja podróż wiodła przez Niemcy, Czechosłowację i Włochy. Czasami brałem udział w akcji Bricha[87], pomagając w przerzucaniu żydowskich uchodźców z Polski różnymi nielegalnymi drogami. Celem była Erec Israel. To dodawało mi odwagi i siły do pokonywania wszelkich trudności i przeszkód, aż nadszedł dzień i spełniło się moje marzenie państwo Izrael.
Pieśń dla mamy
Pochmurny, mroźny zimowy wieczór. Przez zamarznięte podwójne okna, wieje dziki, przenikliwy wiatr. Gwiżdże i tłucze groźnie okiennicami. W naszym półciemnym mieszkaniu panuje martwa cisza. Cykanie dużego zegara na ścianie jeszcze bardziej podkreśla nieprzyjemną duszącą ciszę. Przy piecu, w kącie, siedzi moja matka, w bujanym drewnianym fotelu. Jej białe delikatne dłonie wyciągają skądś długą wijącą się jak żmija nić, owijają ją wokół długich, smukłych palców i z pomocą żelaznych, błyszczących i gładkich drutów, które poruszają się bardzo szybko, łapie oczko po oczku. Przeplata je i splata zgodnie ze swoim życzeniem i świadomością. Tak mama robiła na drutach.
Przez otwarte drzwi sypialni pożółkłe, słabe światło naftowej lampy migotało nad otwartą księgą religijną, której litery jakby zostały zatarte czarną farbą. Nad książką leżał duży szalik jako znak… Wysunięte krzesło stało puste. To był tata, który zostawił je na chwilę. Niedługo wróci i będzie kontynuował przerwane studiowanie.
Byłem wtedy jeszcze dzieckiem i tego wieczoru całkowicie oddałem się temu mniej znaczącemu nastrojowi. Rozbudziły się we mnie senne fantazje, o zasłyszanych historiach o dziwnych i niewidzialnych światach. W tym rozproszonym nastroju czułem się bezpieczniej obok mojej mamy w jej bliskości odnajdowałam ochronę i pokój. Siedziałem na małym stołku i patrzyłam ze zdumieniem na czerwono-niebieskie języki ognia unoszące się z drewna w rozpalonym piecu.
Moje dziecinne, naiwne oczy uważnie obserwowały mamę. Jej twarz jaśniała pobożną zadumą. Zawsze widywałem ją w takim świetle w piątkowe wieczory, gdy błogosławiła świece. Od czasu do czasu jej ręce odpoczywały. Tym razem jej żywe oczy wydawały mi się jeszcze głębsze, jakby spoglądały w głąb siebie i odkryły strzeżony ukryty skarb myśli i uczuć, które splatały ze sobą oczko za oczkiem. Kółko za kółkiem, toczyły początek pochodzenia odległych pokoleń, przędąc wielką jedwabną tkaninę powierzoną jej dłoniom.
We wszystkich moich podróżach, począwszy od wczesnego dzieciństwa, w przytulnych okolicach małego miasteczka, aż po daleką zagranicę, zawsze towarzyszyło mi kochane spojrzenie mamy i poczucie bliskiej osoby. Ściśle zamknięty świat przykazań i zwyczajów, jej pobożność, nigdy nie przesłaniały w jej sercu tego, prawdy o niewierzących, a nawet o nie-Żydach. Miała w sobie również błogosławioną moc mówienia dobrze o „zbłąkanych” i złych. Była centralną postacią rodziny. Otaczała wszystkich w rodzinie swoim delikatnym uczuciem i czystym umysłem
Fartuch w szerokie pasy mojej matki „skrywał” wiele współczucia dla cierpiących w ich cichej potrzebie. W dnie powszednie, aż do zapalenia świec, zawsze była zajęta niesieniem pomocy. W dni powszedni tym najbardziej potrzebującym, innym w przygotowaniach szabatu. Wszystko działo się w ciszy, broń B-że, bez wstydu dla tych, którzy potrzebowali ludzkiej pomocy.
Z kłębka włóczki na kolanach, mama rozplątywała, wiązała urwane, a ja nawijałem nić na dłonie, zwijałem na kłębek. Kłębek był gotowy do robienia na drutach…
Mama często opowiadała historie o swojej dawnej młodości, o czasach dawno minionych. Te opowieści wychodzą z cienia, czają się w mroku. W mojej wyobraźni splatają się w jedno bogate kolory płótno.
Dlatego wiem o jej dziadku reb Akiwie, szlachetnym Żydzie, bardziej duchowym niż fizycznym, który interesował się światem ukrytym i tajemniczym. Opowiadano o jego samotności w pobliskim lesie i nad rzeką. Każdego ranka witał nadchodzący dzień, niczym nowe stworzenie świata: „Panie B-że czym ja sobie na to zasłużyłem?”. I znowu o zachodzie słońca często wzdychał: „Dałeś mi drogocenny dar, podarowałeś mi jasny dzień, a co ja Ci dałem?” …
Był zimowy wieczór, zaraz po słynnej zarazie. Niewielka rodzina siedziała wygodnie przy stole przy kolacji. Za oknem szalała zła pogoda wichura ze śniegiem. Strach wystawić głowę. Nagle drzwi otworzyły się na oścież i wraz z wiatrem i śniegiem pojawił się w domu ubrany w kożuch wiejski Żyd. Gdy tylko Żyd z dziadkiem się najedli, dziadek włożył gruby kożuch i razem odeszli w noc.
Rano dowiedzieli się wszystkiego.
W odległej, zapadłej wiosce, do której prowadzi dziki las, mieszkała jedna żydowska rodzina. Rodzice zmarli w czasie zarazy. Pozostał tylko ich jedynaczek Gerszel dziecko bez ratunku, bez krewnego. Goj z sąsiedztwa przygarnął sierotę i uczynił go wiejskim pasterzem. Upokorzony, zaniedbany chłopiec, dostał grzybicę i znalazł swój „dom” w chlewie. Goje przygotowywali go do chrztu i konwersja miała się odbyć w następną niedzielę. Dowiedział się o tym wiejski Żyd i postanowił uratować sierotę. To on przyszedł w burzy, jak posłaniec z micwą, aby podzielić się nią także z dziadkiem. Ponieważ wiązało się to z wieloma niebezpieczeństwami, wieśniak, wiedział, że na dziadku można polegać.
Pod osłoną nocy obaj, dziadek i wiejski Żyd, wyprowadzili chłopca ze wsi. Dziadek przywiózł go do swojego domu jak własnego. Chłopiec miał wrzody po całej głowie, aż po całym czole. Dziadek przez długie miesiące to czyścił, leczył i naprawdę wyleczył. Uczył go, wychowywał i go ożenił.
Ten sierota, Gerszon, założył zdrową i liczną rodzinę rzeźników i krawców, którzy wiedli przyzwoite i uczciwe życie. Jego syn zyskał nawet status gminnego żywiciela.
Chociaż wszystko to brzmi jak starodawna opowieść o sprawiedliwych, na których opiera się świat, to jednak jest to fakt, który potwierdził mi jeden z synów Gerszona, Mojsze.
Kiedy poznałem całą szlachetność i pochodzenie mojej matki, wpisałem to głęboko do serca i zawsze spoglądałem za siebie, wstecz aby nie zerwać nici, którą moja mądra i dobra matka utkała i wplotła w płótno. W to „płótno” wplotła swoją duszę, swoją cichą radość i ukryty ból. To jej „wplątanie” przywiązało mnie do korzeni i dało mi uczucie i siłę, by znosić wszystkie cierpienia żydowskiego losu na drogach wielkiego i strasznego świata.
Tak bardzo próbowałem uwolnić się z hermetycznie zamkniętego kręgu mojego żydowskiego losu. Jak tylko różne przygody i „nowości” z wielkiego, kuszącego świata mnie wciąż wzywały i oferowały, więź z matką zawsze się we mnie umacniała. To powstrzymywało mnie od podejmowania kroków, które doprowadziłyby mnie do oderwania się od jej pochodzenia. Zawsze czułem w sobie jej ciepły oddech, który dodawał mi otuchy we wszystkich kłopotach, podnosił mnie ponad wszystkie spienione fale wzburzonego morza życia, pełnego rozczarowań i niebezpieczeństw.
Ten to jej ciepły oddech zawsze przychodził w formie bajki lub dziecięcej piosenki, którą mnie zawsze usypiała.
„… Kiedyś było, co było, już nie będzie…”
Baruch-Meir Ejdeles (Zwibeker)
Coraz dalej moja pamięć przędzie swoją nić. Ożywia się znów postać zwykłego Żyda z ludu. Z zawodu był szewcem. Na męża dla swojej córki, na swojego zięcia, wybrał przystojnego chłopca, delikatnego i wykształconego w jesziwie.
Pulchny Żyd reb Baruch z piękną brodą siedział jak zawsze w swoim warsztacie, pracując żwawo i z zapałem. Nie zdejmował czapki nawet w obecności swoich chrześcijańskich klientów. Nigdy nie odkładał swojego tałesu do naftaliny. Codziennie wczesnym rankiem, budził się o pierwszym pianiu koguta i po umyciu rąk, trzymając pod pachą tałes i tefilin w śniegu i deszczu szedł na modlitwę. I tak dzień po dniu, przez całe lata…
Nie miał zwyczaju przepychać się pod wschodnią ścianę, mimo że w bejs midraszu cieszył się poważaniem. Bo przecież jego żona Lea po wielkim pożarze w miasteczku, kiedy w 1925 roku, wszystko strawił ogień, także i bejs-midrasz, zebrała sporą część pieniędzy na odbudowę synagogi. Mimo wszystko znalazł swoje miejsce między dwoma piecami, mówiąc: „Kiedy się modli w wielkim skupieniu przy piecach, modlitwa wznosi się dość wysoko i B-g słyszy ją bardzo dobrze. A może nawet lepiej…”.
|
|
Jego żona Lea nadal zajmowała się działalnością charytatywną. Głównie dużo pracowała przy „darowiznach w tajemnicy”, wszak w pewnym stopniu pomagała też tym swoim interesom. Jednak większość jej zarobków szła na cele charytatywne. Otworzyła restaurację i z niej się utrzymywała. Nie zabrakło jednak ciekawostek. Kiedy miejscowy pan lub po prostu „lepszy” goj przyszedł na smażoną gęś lub kaczkę i nie chciał za nią zapłacić ceny, którą prosiła dzielna kobieta, tak Baruch powiedział: „Lea! Jeśli to cena dla niego, to jest też i cena dla mnie, więc daj mi kaczkę i mały kieliszek!”. Oczywiście musisz sobie wyobrazić, że wkrótce po kaczce i wódce zostały tylko kości i pusta butelka.
Krótko mówiąc, przez wiele lat zięć, jak wspomnieliśmy powyżej, mieszkał z teściem na jego koszt i jak to jest w zwyczaju, miał za zadanie kontynuować studiowanie Gemary i „misznajes”, a także powiększyć trochę rodzinę. Jakoś za długo to trwało. W międzyczasie został ojcem i służył w wojsku, po czym zaczął szukać „istoty”. Nie pozostało mu nic innego jak nauczyć się szewstwa… Wyobraź sobie! Oczywiście nie poszło mu łatwo. Od pulpitu w bejs midraszu do szewskiego stołeczka jest długa i daleka droga. A czytane strony Gemary, gdzie Dom Szammaja i Dom Hillela[88] wciąż się kłócą, są znacznie łatwiejsze, niż twarde, suche kawałki skóry… Jak jest napisane: „O Torze i o pracy…”. Reb Szabsej zajął się szewstwem i przeszedł długą drogę, która dzieliła go między uczniem jesziwy i szewcem…
Trzeba jeszcze podkreślić, że nie był z tego bardzo dumny, ale też nie stał się w swoich oczach gorszym. Gdy ktoś czasem ze zdziwieniem zapytał go:
„Więc zostałeś szewcem?”
„Tak! Tak” odpowiadał krótko.
„No, szewcem, a co? Czy różnię się jakoś od reb Jochanana HaSandlera?[89] Też był też szewcem, a co reb Icchak Nappacha[90]. Też byli rzemieślnikami, ale czy nie byli jednocześnie uczonymi?”.
I prawda jest taka, że nie minęło dużo czasu, nim reb Szabsej całkowicie i gruntownie nauczył się rzemiosła i z powodzeniem go wykonywał. Siedząc przy szewskim stołku, przeciągając szewską nić, często swoim męskim głosem zaczynał słodką melodią z Gemary, powtarzając najtrudniejsze fragmenty i pytania z Halachy. Czasem całkiem nieźle puszczał się do melodii chasydzkich. Reb Meir-Boruch, jego teść, promieniał jeszcze zdrowiem, często przychodził słuchać fragmentów i melodii zięcia. Nigdy nie zapomniał podziękować Panu, który zesłał mu taką koronę, jaką był zięć.
Pewnego razu, siedząc do późna w środę wieczorem, reb Szabsej i jego teść ciężko pracowali nad parą butów, Szabsej westchnął ciężko: „Ha lachma Anya![91]. Jak to ciężko i gorzko zarabia się na kawałek chleba… Tak czy siak, klepać młotkiem… be-nafszo jawi lachmo[92]. Narażając zdrowie i zwierzęta - Maszul ke-cheres ha-niszbar[93] jak skorupki, które się łamią, przy wyrobie pary butów… A może… Nic nie mówię… Może grzeszę? Przyjmuję wszystko za dobre!”. Tak, nie miał on żadnych skarg do Pana.
Tak przez lata mijały dni i noce…
Siedział jeszcze w warsztacie… Zdał sobie sprawę, że nie ma dla niego przyszłości w Rykach. Pewnego pięknego dnia zabrał żonę i dzieci i przeniósł się do Warszawy.
Rozpoczął się dla niego nowy etap. Tam też ciężko pracował. Mógł jednak bardziej zadbać o swoje potrzeby duchowe… Wolny czas i szabat spędzał na ucztowaniu. Zaangażował się społecznie w ruch „Tojre wa-awoda”[94].
Rozważał przeprowadzkę do Erec Israel. Jego serce pociągała idea zapewnienia lepszego i piękniejszego życia dla swoich dzieci. Oczywiście chciał uczyć swoje dzieci Tory i mądrości, wychowywać i uczynić z nich ludzi… Wszystko było zupełnie inaczej… B-g i los zrządził inaczej… Wojna zniszczyła wszystkie jego ślepe marzenia i pragnienia…
Och, gdzie teraz jesteście, drogi uczony i rzemieślniku, reb. Szabsai Sandlerze? Jak to się stało, że ty, człowiek z ludu, Boruch-Meire, skończyłeś i zamknąłeś oczy?… Wiem o tym bardzo dobrze! Ty, wasze żony i członkowie rodziny ulecieliście z dymem, podobnie jak wszyscy inni. Zamieniliście się w popiół. Wasze dzieci też walczyły dzielnie i zawzięcie o byt i nie upadły. Rodzice i dziadkowie, nie zapomnieli o nich. Z honorem walczyli o czyste życie, nie sprzedawali się znienawidzonemu zbrodniarzowi i wrogowi za kawałek chleba, niosąc w ustach smak mleka matki, który na zawsze pozostał w żydowskim sercu i umyśle…
Świat zniknął i obrócił się w popiół…
Przypisy:
|
|
JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of
the translation. The reader may wish to refer to the original material
for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.
Ryki, Poland
Yizkor Book Project
JewishGen Home Page
Copyright © 1999-2026 by JewishGen, Inc.
Updated 22 Feb 2026 by JH