Ksiega Pamięci

[Str. 277]

W ukryciu po aryjskiej stronie

Moje przeżycia

Hinde RUBINSZTAJN (Australia)

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

W czasie Sukot 1942 mieszkaliśmy w miasteczku Stoczek,blisko Żelechowa.Byłam wtedy jeszcze bardzo młoda.Miałam 9 lat.

 

zel277.jpg
Hinde Rubinsztajn

 

W pierwszą noc święta Sukot Polacy,nasí sąsiedzi nam powiedzieli,że jutro rano będą Żydów ze Stoczka wywozić do Treblinki.W miasteczku było wtedy ponad 3 tysiące Żydów,których Niemcy przygotowywali na wysłanie do Treblinki.I tak się naprawdę stało.Nasi polscy przyjaciele nas przekonali abyśmy się ukryli.A jednak moja matka nie chciała o tym słyszeć. Powiedziała,że pójdzie z rodziną do Żelechowa,do swoich rodziców.Ja zdecydowałm się ratować.Poszłam do jednego naszego przyjaciela Polaka.Nazywał się Michalik(?)i był bardzo dobrym człowiekiem.Z wielkim bólem muszę stwierdzić,że przeze mnie zapłacił swoim własnym życiem.Ukrywałam się u niego w piwnicy przez osiem tygodni.W nocy Michalik przynosił mi jedzenie a i często brał mnie do siebie na kolację.

Raz w czasie kolacji ktoś zastukał do okna.Michalik otworzył drzwi.Byli to dwaj esesmani.Chcieli aby Michalik pokazał im gdzie ukrywa żydowskie dziecko Rubinsztajn.Odpowiedział,że nie ukrywa żadnych Żydów.Kazali podnieść ręce do góry i strzelili do niego kilka razy.Ten dobry Michalik leżał zabity w kałuży krwi.Ja wtedy już nie siedziałam przy stole.Kiedy niemieccy mordercy weszli,schowałam się pod drugim stołem który był obity deskami.Kiedy Niemcy wystrzelili to spadła lampa i w izbie zrobiło się ciemno.Wyglądało na to,że Niemcy wiedzieli,że skrywam się w piwnicy i strzelali tam z automatu.

Kiedy w domu zapanowała ciemność wykorzystałam ten moment i po cicho wyczołgałam się na dwór i uciekłam.Poniżej domu był pagórek a obok rzeka.Tam w ciemności się schowałam.Przesiedziałam kilka godzin i poszłam do swoich rodziców i sióstr.Jak mi powiedział wcześniej ten dobry Machalik,mój ojciec ukrywał się we wsi a moja matka z siostrą była ze Stoczka wywieziona do Parysowa a później do Treblinki.Około 20 kilometrów przed Treblinką wraz z innymi udało się im wyskoczyć z wagonu i przeżyć.Wróciły z powrotem i ukryły się u znajomego chłopa na wsi.O tym jak moja matka i siostra wyskoczyły z wagonu i jak ocalały opisała już moja siostra,która wtedy miała tylko 6 lat.

Pieszo to było dwa kilometry.Doszłam tam o 4–tej rano.Na dworze było zimno.Był początek stycznia 1943 roku.Kiedy weszłam do chłopa spotkałam tam kilka osób.Bałam się zapytać o rodziców.Zapytałam gospodarza o drogę do Łukowa.Jego żona mnie nakarmiła.Ogrzałam się.Po jedzeniu ta szlachetna pani gospodyni poszła ze mną na dwór jakby chciała mi pokazać drogę. Ale zamiast tego odprowadziła mnie do miejsca gdzie byli ukryci moi rodzice i siostra. Za sutą zapłatę ,za kilka tysięcy złotych gospodarz nam załatwił kryjówkę w ziemiance za swoją stodołą,gdzie przebywaliśmy do końca maja roku 1943.Raz wieczorem moja matka wypluła krew i powiedziała,że się czuje bardzo chora.Nazajutrz spuchła.Mój ojciec zobaczył.że mama jest niebezpiecznie chora i że tak nie możemy nadal żyć.Usłyszelismy,że około dwóch wiorst stąd, we wsi Kębłów mieszka gospodarz który wie gdzie są partyzanci i że jest z nimi w bliskim kontakcie.Ojciec chciał tam iść i dowiedzieć się wszystkiego i później wrócić i wziąć mamę i nas ze sobą.Mój ojciec był bardzo pobożny.Wziął ze sobą tałes i tefilin i razem poszliśmy za gospodarzem.

U tego gospodarze w stodole ukrywało się było 14 Żydów i dwie żydowskie kobiety ze Stoczka.Ukrywał je w słomie.

O czwartej mój ojciec założył tałes i zaczął się modlić.W tej chwili przyjechało do wsi około 50 niemieckich żandarmów autami i na wozach.Ta ekspedycja szła do pobliskiego lasu szukać partyzantów.Syn gospodarza się zląkł i myślał,że może idą szukać do nich i szedł za Niemcami i powiedział im,że jest u nich w domu partyzant,który grożąc bronią zmusił aby ukrył Żydów w stodole.Wtedy był tam naprawdę dowódca rosyjskich partyzantów.Ten dowódca zauważył co się dzieje. Wyszedł na dwór i udało mu się wejść na drzewo i tam się schował.Niemcy zabrali wszystkich Żydów,mnie, ojca,a także i samego gospodarza ,jego siedmiu synów i dwóch zięciów.Odwieżli nas wszystkich do Stoczka. Ojciec bardzo płakał i upadł do nóg Niemca.Oddał mu wszystko co miał i prosił aby tylko pozostawił przy życiu jego małą córkę.

Niemiec posadził mnie i ojca na ostatni wóz.Z nami także siedział Polak ze Stoczka – policjant.Nie byliśmy związani.Ojciec mnie objął i bardzo płakał: „Hindele to są moje ostatnie chwile.Musisz się ratować”. Zeskoczył z furmanki i wbiegł do wysokiej kukurydzy.Niemiec za nim strzelał na ślepo i go zabił.Zeskoczyłam z fumanki i upadłam koło mojego nieżywego taty.Cała poplamiłam się jego krwią.Prosiłam Niemca aby mnie też zastrzelił,abym mogła być zakopana tutaj razem z moim ojcem.Niemiec,taki młodszy, który wziął od mojego ojca pieniądze a potem go zastrzelił ,powiedział abym wsiadła na furmankę to przeżyję .Zakopali ojca a ja wróciłam na furmankę.

Zanim dojechaliśmy do Stoczka Niemcy zamordowali prawie wszystkich Żydów.Koło miasteczka, w lasku, żandarm kazał mi uciekać.Zeskoczyłam z furmanki i zaczęłam biec.Niemiec wystrzelił.W tej chwili wyszli z lasu jacyś ludzie.Zobaczyli mnie i zaczęli krzyczeć:”Żydówka żyje!” Niemiec zszedł i mnie złapał.Wsadził mnie na furmankę i mnie zbił.

Znów go poprosiłam aby mnie zastrzelił.Niemiec ale zrobił coś innego.Przed miastem koło lasku zdjął mnie z furmanki i zaciągnął do lasku,za pagórek.Kilka razy wystrzelił i przykazał abym uciekała za matką.Rozstrzęsiona tym zdarzeniem pobiegłam do wioski,gdzie była moja mama z siostrą nie zwracając uwagi na to,że był biały dzień.Moja matka była teraz na strychu.Zanim odeszłyśmy,ojciec poprosił chłopa aby chorą matkę przeprowadził z ziemianki na strych.

Kiedy wyszłam do niej na górę zapytała dlaczego jestem cała we krwi.Byłam cała we krwi ojca,której nie chciałam zmywać więc powiedziałam.że zdarłam sobie skórę na płocie.Matka chciała mi wymierzyć policzek za to,że narażałam jej kryjówkę.Zaczęłam płakać i opowiadać:”Mamo już dostałam policzek.Dzisiaj straciłam ojca”.Matka się bardzo rozpłakała.Powiedziałam jej: „Nie płacz.Ja będę żyć i pomszczę krew ojca”.

Tego samego wieczoru Niemcy otoczyli zabudowania naprzeciwko naszej kryjówki i tam szukali Żydów.U chłopa,gdzie my byliśmy nie szukali.Był bogaty i dlatego Niemcy go nie podejrzewali o takie przestępstwo.Ale naprzeciwko mieszkała jedna z jego szwagrowych ,biedna wdowa więc myśleli,że tam są schowani Żydzi.Po rewizji Niemcy spalili dom wdowy razem ze stodołami.W nocy wszedł do nas na górę ten chłop z siekierą i powiedział,że wymorduje wszystkich jeżeli zaraz od niego nie odejdziemy.

Wyszliśmy z kryjówki i odeszliśmy.Matka była spuchnięta i ciężko chora.Ledwie co mogła chodzić.Prowadziliśmy ją pod ręce.Wyszliśmy w pole i schowaliśmy się w kukurydzy.Tam leżeliśmy a po północy wyruszliśmy w drogę.Całe noce chodziliśmy a przez dzień przebywaliśmy w lesie.Tak ubiegło kilka nocy na wędrowaniu aż doszliśmy do lasu niedaleko Łukowa.W tamtym lesie przebywali partyzanci.Natknęliśmy się na jedną grupę partyzantów ale nie chcieli nas przyjąć.Dowódca grupy mnie poznał.To był ten który ocalał na drzewie.Poprosiliśmy aby nas wziął.Powiedziałam,że zrobię wszystko co mi rozkaże,że chcę pomścić krew mojego taty.Poprosiłam także aby pomogli mojej chorej matce i jej załatwili miejsce u chłopa.Dowódca się nade mną zlitował i przyjął do grupy partyzanckiej.

Po jednym dniu pobytu poprosiłam partyzantów,aby mnie posłali żebym mogła pomścić się na Niemcach.

Dowódca dał mi koszyk z kilkoma granatami przysypanymi kartoflami i powiedział, że jeżeli usłyszę,że po tej drodze jedzie samochód– a wtedy jeździły tylko samochody wojskowe–to żebym na drogę położyła granaty.Wyszłam z lasu i usłyszałam,że jedzie samochód.Szybko położyłam granaty i uskoczyłam do wysokiej kukurydzy.Nadjechał wojskowy samochód i najechał na granaty.Był silny wybuch.Samochód z Niemcami stanęł w płomieniach –zaspokoiłam serce pomstą!

Dowódca rozniósł w lesie wesołe sprawy,że moje zadanie się powiodło ale jeszcze nie wiedział czy ja żyję czy nie.Wieczorem wróciłam do obozu partyzantów.Matka myślała,że zginęłam.Strasznie płakała.

Po pierwszej udanej akcji brałam udział razem z partyzantami w różnych innych akcjach sabotażowych.

Na początku czerwca roku 1943 wyszliśmy podminować pociąg koło Łukowa.Tam podłożyliśmy dynamit pod szyny.Leżąc niedaleko tego miejsca słyszeliśmy nadjeżdżający pociąg.Był wielki wybuch i usłyszeliśmy stęki i krzyki rannych Niemców.I znów moje serce ucieszyło się z zemsty.

Po 10 dniowym pobycie u partyzantów, moja matka zdecydowała się odejść.Bała się o moje życie.I pewnego dnia kiedy grupa odeszła z obozu,odeszliśmy do innego lasu.Tutaj z matką i 6–cio letnią siostrą leżeliśmy pod gołym niebem 13 miesięcy – przez dwa lata i jedną zimę.W zimie i w lecie żywiliśmy się surowymi burakami i marchwią,którą po nocach kradliśmy w ogródkach.A w zimie po nocach chodziliśmy do chłopów i wykradaliśmy jedzenie świniom.

W sierpniu w roku 1944 niedaleko od Łukowa byliśmy oswobodzeni przez armię radziecką.

Dzisiaj kiedy o tym piszę jestem z matka i siostrą w Melbourne i wydaje mi się,że to wszystko co opisuję to tylko jakaś legenda.

 


[Str. 280]

Jak przeżyłam hitlerowską zagładę

Chana Winograd-Cackiewicz (Australia)

Z hebrajskiego na czeski przełożyła Judith Dunayevski
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

 

zel280.jpg

 

Przed wojną moja rodzina liczyła osiem osób: rodzice i sześcioro dzieci.Z całej rodziny ocalałam tylko ja.Chcę tutaj opowiedzieć o zagładzie mojej rodziny,moich najbliższych oraz o moich bolesnych przeżyciach z czasów hitlerowskich.

Żelechowskie getto na krótko przed jego likwidacją.

Dwa miesiące przed wysiedleniem Żelechowa,w lipcu 1942 roku,przyjechało taksówką z Warszawy kilkunastu gestapowców.Nazywali ich „czarnymi diabłami”.Zastrzelili w Żelechowie kilkoro ludzi,między innymi i dwóch moich szwagrów,Dawida Goldsztajna,który zginął na miejscu i Mojsze Wajsledera,który dostał dwie kulki i był ciężko ranny.Kiedy „czarni” już odjechali Mojsze zawołał o pomoc.Zaraz przyszli do niego Szmul Arn,”szmadnik” i Mojsze Hochman.Odwieźli go do domu,aby nikt go nie zauważył.Potrzebował pomocy lekarskiej,ale niestety takiej nie było.Leżał trzy dni w ukryciu, aż przyszedł doktor i dał mu zastrzyk.Tej samej nocy przyjechał taksówką Jankiel Gorfinkel i odwiózł go do szpitala w Warszawie.Do zdrowia powrócił dopiero po wielu tygodniach,ale niestety i tak go potem wywieźli wraz ze wszystkimi warszawskimi Żydami do obozu zagłady w Treblince.

W dni poprzedzające „wysiedlenie” wszyscy bardzo bali się wychodzić na ulicę.Snuliśmy się jak skazani.Kogo się tylko spotkało,miał on tylko jedno pytanie:”Co zrobisz?Uciekniesz?”.Kiedy weszło się do żydowskiego mieszkania,było tam jak po pogrzebie.Nawet już się nie rozbieraliśmy na noc.Czekaliśmy na rozkaz.

28 września ojciec i moich dwóch braci odesłano do obozu w Wildze,niedaleko Żelechowa.Zostało nas tylko trzy i jeden bratanek.29 września antysemita Wojtasiewicz,handlarz świń,przyszedł do mojej starszej siostry Jochewet,bo wiedział,że ma ona jeszcze pieniądze i kosztowności.Zaproponował,aby przyszła z dzieckiem o dziewiątej wieczorem na most.On tam miał na nią czekać i wyprowadzić ich z getta.Wierząc dała mu część pieniędzy i kosztowności.O umówionej godzinie siostra poszła na most,ale miasto już było okrążone przez Gestapo.Z małym dzieckiem na ręku i z opuszczoną głową poszła do swojego teścia Borucha i u niego została.

Tej samej nocy moja druga siostra Gnendel z wyrobionymi papierami aryjskimi odjechała do Warszawy.Po rocznym pobycie w Warszawie poznano jej sfaszowane dokumenty i musiała uciekać.Poszła do lasów parysowskich z Berlem Popowskim i przyłączyła się do grupy partyzantów.Wszyscy oni zginęli w czasie obławy 11 września 1943 roku.

W kryjówce u chłopów

W nocy przed „wysiedleniem” wraz z najmłodszą siostrą i moim narzeczonym Elim Rozenkindem poszłam do wioski Stryj do znajomego chłopa Stefana Majka,komunisty.Tam ukrywaliśmy się przez trzy dni. Polacy z Żelechowa u których Eli miał cały swój majątek chcąc się nas pozbyć - donieśli do władz niemieckich,że się ukrywamy w Stryju.Zdarzył się chyba jakiś cud,bo nas Niemcy nie znaleźli i nie dostaliśmy się w ich ręce.

Ponieważ cała wioska już wiedziała,że jesteśmy u Stefana Majka,na czwartą noc zaprowadził nas do swojego ubogiego wujka Franka Majka,który mieszkał na kolonii Lipiny koło Stryja.Stefan nie był głupi.Naobiecywał wujkowi bogatą przyszłość i dlatego nas wujek przyjął.Opiekował się nami Stefan.

Siedzieliśmy tam trzy miesiące i nawet dzieci Franka o nas nie wiedziały.Od czasu do czasu widziały,że matka zmniejsza im porcje i gdzieś odnosi część jedzenia.Wtedy zadawali trudne pytania.Matka im odpowiadała,że nosi jedzenie myszom.Wkrótce udało się nam przywieźć wujka i dwóch braci.Niedaleko od nas,w wiosce Wilczyska,ukrywała się rodzina Popowskich i Boruchowiczów.Byliśmy z nimi w ciągłym kontakcie.

Nasza kryjowka była bardzo mała i niewygodna.Mogło w niej przebywać tylko trzy osoby: ja z narzeczonym i mój wujek.Moi bracia ukrywali sie z trzema chłopcami Popowskich.Nie było ani dnia żeby coś się nie wydarzyło.Serce mnie bolało,kiedy patrzyłam na wujka,który nie mógł się przyzwyczaić do polskiego jedzenia.Z tych wszystkich kłopotów się rozchorował.Były dni,kiedy nie widzieliśmy wody a jedzenia nam dawano tyle aby nie umrzeć.Kiedy Niemcy byli we wsi,drzwi kryjówki zasypywano piaskiem na który stawiano różne przedmioty.Kiedy drzwi były tak zamknięte,brakowało nam powietrza.Było tak duszno,że trudno było zapalić zapałkę.

Po sąsiedzku mieszkał wielki antysemita Witek,który był częstym gościem u Franka.Przynosił najgorsze wiadomości,co miało wielki wpływ na naszego gospodarza.Witek podejrzewał go,że ukrywa Żydów,ale nie był tego pewny.Nasi gospodarze byli bardzo ostrożni,bo bali się o swoje własne życie.Dzieci tej chłopskiej rodziny były wtajemniczone i nie przyprowadzały kolegów.Kiedy ktoś obcy wszedł do domu to go głośno pozdrawiali abyśmy wiedzieli,że ktoś przyszedł.

Kiedy zaczęły się nam kończyć pieniądze to mój narzeczony z bratem Herszlem Winogradem i Moniszem Rozenkindem,chodzili pod koniec miesiąca z rewolwerem do antysemity Domańskiego,który mieszkał przy szosie do Łukowa.Cały nasz majątek był w jego rękach.Początkowo dawał nam jałmużnę a potem to już nawet nie chciał otwierać drzwi.Taka sama historia była z Leszkiem ze „spółdzielni”.I tak ci trzej chłopcy ryzykowali życiem a wracali z pustymi rękami.Zaczęliśmy sprzedawać to co mieliśmy na sobie,aby się jakoś utrzymać.Ale nieoczekiwanie przyszło nowe nieszczęście.

To było w lutym 1944 roku.Niemcy znaleźli w Stryju zastrzelonego żołnierza.Oczekiwano na obławy i represje.Nasz Franek przyszedł do nas i zaczął rozpaczać,że teraz już zginiemy,dlatego,że będzie wielka obława z tropiącymi psami.Płakał i prosił,abyśmy się zlitowali nad jego czworgiem dzieci i ich opuścili,bo nasza śmierć jest i tak nieunikniona.

Nie pomogły nasze żadne słowa.Nadzy i bosi po dwudziestu miesiącach bez dziennego światła musieliśmy we trójkę odejść do lasu.Na dworze był mróz i śnieg- było pochmurno.Poszliśmy drogą do Wilczysk,do tej drugiej kryjówki.Normalnie droga trwała trzy godziny.My szliśmy przez błoto i wodę przez dziewięć.Byliśmy jak sople lodu,że trudno było stawiać kroki.Psy na nas szczekały i budziły wszystkie wioski po drodze.Śmiertelny strach nas pchał do przodu.Doszliśmy na miejsce o piątej rano.Chłopi nas zauważyli,jak wchodziliśmy do wyjątkowo szlachetnego gospodarza nazwiskiem Sokół.U niego w kryjówce przebywało szesnastu Żydów.

Powstało zamieszanie.Chłopi wykrzykiwali,że sprowadzą żandarmerię bo u Sokoła się ukrywają Żydzi. Dobry i obrotny komunista Edward Turek postarał się ,aby uspokoić zamieszanie.Zwołał mieszkańców wsi i wytłumaczył im,że Żydzi byli,ale już odeszli.Ten dobry,szlachetny Edward Turek załatwił nam tę kryjówkę.Sokół był jego szwagrem.Turek zmarł po wyzwoleniu naprzewlekłą chorobę płuc.

Ja ze swoim narzeczonym i Maniszem Rozenkindem mieliśmy tej nocy opuścić kryjówkę,bo nie było w niej miejsca dla wszystkich.Pożegnanie z wujkiem było dla mnie jedną z najgorszych chwil.Nie chciał,abym odchodziła.Tulił mnie i całował,prosił abym o nim nie zapomniała,kiedy już znajdziemy nową kryjówkę.Kiedy już chciałam odejść, zawołał:”Chanele,wierzę w twoje szczęście.Myślę,że jak będę z tobą to przeżyję”.Mój brat odprowadził nas kilka kroków i pożegnaliśmy się.Ze łzami w oczach i z ciężkim sercem rozstałam się ze swoimi najdroższymi.

Przez dwadzieścia cztery godziny szukaliśmy miejsca,ale niestety nikt nas nie chciał przyjąć.Nie mając innego wyjścia wróciliśmy na stare miejsce w Stryju,na kolonie Lipiny,do naszego Franka Majka.Przerazili się kiedy nas znów zobaczyli.Nie mógł się nas pozbyć i w końcu przyjął nas spowrotem ale bez mojego wujka.

Przyszła wiosna i nam do kryjówki zaczęła przeciekać woda.Czym więcej wybieraliśmy,tym więcej jej przybywało.Zrobiliśmy nary bo nie mogliśmy siedzieć tylko leżeć.Pod nami stała woda.

Musiałam się oswoić z myślą,że wujek już nie przyjdzie.Było niemożliwością aby sześćdziesięcioletni człowiek mógł to wszystko wytrzymać.Poinformowałam o tym wujka i on się pogodził z losem i pozostał z najmłodszym synem Herszelem.

Któregoś dnia przyszły nawet i dobre wiadomości.Powstał drugi front a Rosjanie również parli naprzód.Dzięki temu i nasza sytuacja się polepszyła.Gospodarze zaczęli nas pocieszać,że tym razem nadejdzie już koniec naszego nieszczęścia.My znów obiecaliśmy,że po wojnie o nich nie zapomnimy.Ja sobie przyrzekłam,że kiedy będę już wolna,zostanę pobożną katoliczką i już wtedy dwa razy dziennie klęczałam przed Matką Boską i odmawiałam pacierz.Tym całkowici ich sobie pozyskałam.W każdą niedzielę o dwunastej w nocy przychodził do nas Stefan Majek,przekazywał wiadomości i tajną pocztę.

Ten sam Stefan Majek,kiedy już wiedział,że niedługo będziemy oswobodzeni przyszedł z dziwnym pomysłem.Twierdził,że skoro już niedługo będziemy wolni,powinniśmy się wszyscy porządnie najeść.Dlatego posłał mojego narzeczonego i Menisza Rozenkinda do miasta po pieniądze do Domańskiego.Poszli jeszcze tej samej nocy.Domański nie chciał im otworzyć i musieli się dostać do środka siłą.

Dał im tylko kilka drobiazgów i odeszli.Ten bandzior posłał za nimi swojego syna,aby „wyniuchał” naszą kryjówkę.Manisz wrócił śmiertelnie blady,załamany i cały w błocie.Kiedy go zobaczyłam zrozumiałam,że już nie mam nikogo.Straciłam swoich najdroższych i nie mam po co żyć.

Trzy dni po tym nieszczęściu przyszło do mnie dwoje Popowskich.Ona była żoną mojego brata Herszele.We trójkę zostaliśmy w tej kryjówce do wyzwolenia.

Z kryjówki wyszliśmy 20 lipca 1944 roku.

Po wyzwoleniu dowiedziałam się,że mój brat Mojsze zginął 2 lutego 1943 roku razem z Żydami sobolewskiego getta.

*/*

Śmierć Ele i Manisza Rozenkinda,Noacha Winograda,ojca Chany są opisane we wspomnieniach Dwojry Popowskiej.Ze wspomnień Popowskiej i Winograd wiemy,że Ele i Manisz Rozenkind zginęli w kryjówce Popowskich.


[Str. 282]

W kryjówkach po aryjskiej stronie

Dwojra POPOWSKA (Australia)

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

 

zel280.jpg

 

W niedzielę,we wrześniu 1942,w środku nocy zastukano do naszych drzwi i przekazano nam straszną wiadomość, że w środę będzie likwidowane getto.Wyskoczyliśmy wszyscy z łóżek i zaczęliśmy naradzać się ,co mamy począć,dokąd iść? Zastanawialiśmy się, jakie mamy możliwości? Wiedzieliśmy dobrze, co działo się z Żydami wywiezionymi z innych gett.Nasze myśli się kłębiły i ogarnął nas strach.Nie było wyjścia.Całą noc przesiedzieliśmy przygnębieni i załamani,jak ludzie skazani na śmierć.Patrzyliśmy na siebie z jednym pytaniem: „Co zrobimy i dokąd pójdziemy?”.

Rano wyszliśmy do miasta i przekazywaliśmy tą smutna wiadomość znajomym rodzinom.Ale wszyscy już o tym wiedzieli i byli zrozpaczeni.

Ojciec i brat znależli wyjście - pojadą do Wilgi do obozu.To znaczyło,że na jakiś czas przedłużą sobie życie.Rano odjechali.Po drodze spotkało ich wiele nieprzyjemności.Chociaż zostali okradzeni,to jakoś tam dojechali.Mój starszy brat,Lejbel,pozostał w mieście i potem poszedł wraz z innymi Żydami do pracy do wsi Wilczyska.

Ja ,moja mama i siostry zostałyśmy w domu,mając nadzieję,że nam też się uda wyjechać do tego obozu,ale wkrótce dowiedziałyśmy się,że kobiet tam nie puszczają.

Tego samego dnia przyszedł do nas znajomy Polak Edward Turek.Prosiłyśmy go: „Uratuj nas.Jesteśmy młode i chcemy żyć”.Nadzieja była niewielka ,ale obiecał,że przyjedzie po mnie i po najstarszą siostrę.Obiecałyśmy,że za uratowanie damy ,to wszystko co mamy.

Powiedział,abyśmy wyszły z getta tej nocy i umówił się z nami na spotkanie.Pożegnanie z mamą było bardzo dramatyczne i chociaż wiedziałyśmy,że Polak ma przyjść nazajutrz po mamę i siostrę ,to obawiałyśmy się ,czy jeszcze kiedyś się zobaczymy.

Mama i siostra dobrze wiedziały ,że jest niebezpiecznie wydostać się z getta i bały się,że zginiemy od niemieckich kul.Kiedy zapadła noc, wyszłyśmy z domu z duszą na ramieniu i doszłyśmy aż do wioski.

Turkowi udało się przekonać swoją siostrę,która pozwoliła nam zostać u siebie kilka dni.Zaprowadzili nas do obory i posłali nam na strychu.Poczułyśmy się jednymi z tych szczęśliwych,uratowanych z żelechowskiego getta.Siedziałyśmy w tej oborze z bijącym sercem ,ciesząc się,że przecież żyjemy.

W środę rano posłałyśmy gospodynię z listem do mamy.Niestety niedługo wróciła i powiedziała,że miasto jest obstawione żandarmami i wyprowadzają Żydów.Tego dnia już wiedziałyśmy,że nie ma odwrotu.Nie wiedziałyśmy nic o mamie,siostrze,o rodzinie.Tej samej nocy przyszedł Turek i powiedział,że nasz brat żyje i jest u niego w piwnicy.Powiedział,że go przyprowadzi do nas, bo tam jest niebezpiecznie. I następnej nocy go przyprowadził.

Zaczęliśmy prosić naszych gospodarzy, aby zrobili dla nas kryjówkę.No i z pomocą jednego kolegi Turka udało się wybudować kryjówkę.Kopano ją potajemnie w nocy.Po kilkunastu dniach mogliśmy się do niej przenieść.

Rano dostaliśmy list od mamy i siostry,przekazany Edwardowi Turkowi.Pisały,że udało im się uciec w drodze do Sobolewa,ale wszystko im odebrano i są na wsi,a z nimi ciocia Dwojra Jontef.

Nasza radość była wielka chociaż zmieszana z goryczą.Od razu zaczęliśmy prosić ,aby gospodarze i ich przyjęli.Po wielokrotnym odwoływaniu się do ich sumienia,zgodzili się i Turek poszedł po mamę.Wrócił zawiedziony, bo mamy już tam nie było.Nie dowiedział się też, co się z nimi stało.Wkrótce przyniósł hiobowe wiadomości,że strzela się do Żydów, a uciekających z kryjówek mordują Polacy.Siedzieliśmy wystraszeni,ze zaciśniętym sercem i pełne bólu.

Poźniej dostaliśmy jeszcze jedną wiadomość od mamy i siostry,że są w niedalekiej od nas wiosce u chłopa,który już ich nie chce przetrzymywać, bo nie mają pieniędzy.Wędrowały kilka dni i nikt ich nie chciał wziąć. Chciały iść do miasta i oddać się w ręce Niemcom i tak to wszystko zakończyć.

Tej samej nocy udało się nam przyprowadzić mamę i siostrę.Spotkanie było nie do opisania,Byłyśmy razem, ale już w innym świecie.W świecie pogrążonym w cieniu śmierci.

Mordercze czyny Armii Krajowej

Prawie dwa lata przeleżeliśmy w ciemnej piwnicy,na wsi u polskich chłopów.

Pewnego razu,a było to 14 czerwca 1941 roku,pamiętam tamten dzień bardzo dobrze ,gdyż było to w rocznicę śmierci mojego brata i kolegi Herszla Winograda.Kiedy wieczorem siedzieliśmy u naszego zbawcy,zauważyliśmy przez okno,że zbliżają się do naszego domu Niemcy.Było ich około 30-tu.Szybko skryliśmy się w ciemnej piwnicy.Byliśmy pewni,że Niemcy idą po nas i że teraz już będzie koniec.Zdecydowaliśmy bronić się do końca.

W tej samej chwili usłyszeliśmy kroki w domu i polskie głosy.Pomyśleliśmy,że to Polacy przebrani za Niemców z bronią gotową do strzału.Chrześcijanin,który nas przechowywał głośno zawołał:

„Żydzi nie bójcie się!To są nasi.Polacy!Nic złego wam nie zrobią.Mają tylko rozkaz odebrać broń Żydom!”.

My już wiedzieliśmy, czym to pachnie.Wtedy najwięcej Żydów zginęło z rąk AK.Nie mogliśmy nic zrobić.Byliśmy otoczeni ze wszystkich stron.Bandyci straszyli,że jeżeli się nie poddamy to wrzucą granaty do piwnicy .Zrozpaczeni, wiedzieliśmy, że nie zostało nam nic innego, jak tylko się poddać.Liczyliśmy,że jeszcze może któremu z nas uda się uciec. Ja ,moja najmłodsza siostra Mania i Herszel pożegnaliśmy się z pozostałymi i jako pierwsi wyszliśmy z piwnicy do izby.Mordercy rzucili się na nas i odebrali nam rewolwery.Czuliśmy,że czeka nas śmierć.Było nam już wszystko jedno.Mordercy jeszcze szukali u nas złota, ale to zabrali nam już dawno inni.Odprowadzili nas do kuchni i kazali usiąść na podłodze.Minęło kilkanaście minut i nikt nie wyszedł z piwnicy.Kiedy pogrozili,że rzucą granat,wyszedł mój najstarszy brat,który miał zranioną rękę w partyzantce.Siedziałam naprzeciwko drzwi,koło których stał mój brat.Obok mnie stał dowódca AK z bandytą,niejakim Bieleckim.Kiedy rozkazano bratu podnieść ręce do góry,on wyciągnął pistolet i trzy razy wystrzelił.Kulki przeleciały mi nad głową trafiającdowódcę.Brat wybiegł z domu, ale upadł na progu.Wybuchło zamieszanie i strzelanina.Strzelano ze wszystkich stron.Brat przewrócił się do środka.Podłoga była pełna krwi.

Ci co pozostali w piwnicy próbowali się jakoś uratować.Moniszowi Rojzenkindowi udało się jakoś podkopać i uciekł w pole.Strzelali za nim, ale bez skutku i udało mu się uciec.Biegł za nim Elijachu Rojzenkind ,ale jego trafili.

Ja z matką i dwiema siostrami siedziałyśmy i zgrzytałyśmy zębami.Strzelanina ustała.Próbowaliśmy mówić,prosić, ale przy każdej próbie tłumaczenia bili nas kolbami.

Usłyszeliśmy z podwórza krzyk dziewczyny.To była Ryfka Wajnberg,która razem z ciotką Tercą Borychowicz próbowała ucieczki.Obie zastrzelono.

Po krwawym zdarzeniu,bandyci spuścili się do piwnicy i wyciągnęli z niej wszystko ,co tam nam zostało.Nawet ostatnią koszulę.Potem naradzali się ,co z nami zrobić,jak z nami skończyć.Wyciągnęli Nojecha Winograda i go zastrzelili ,a jego syn musiał się na to patrzeć.Wzięli się za Herszla.Mama i siostry próbowały go zastawić:”Wiemy co nas czeka i chcemy zginąć wszyscy razem.Nie chcemy się przyglądać śmierci bliskich”.Bandyci wytłumaczyli,że tylko chcą go o coś wypytać i że zaraz wróci.Jak tylko wyszli rozległ się strzał.W międzyczasie stan dowódcy,którego postrzelił mój brat się pogorszył i zaczęli go ratować.Wyszłam z domu.Herszel leżał pod drzwiami.Jeszcze mu biło serce.Błagałam gospodynię, aby mi pomogła go ratować.Wciągnęła mnie do środka mówiąc ,aby się nie pokazywać na ulicy,żeby nikt nie zobaczył,że pozostał jeszcze ktoś żywy.Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.Myślałam,że oszaleję. Nogi mieliśmy całe we krwi naszego własnego brata.Musieliśmy go pochować.Trwało to do północy.

Nagich i bosych wygnali nas w pole.Miałam dyfteryt ,ale w ogóle go nie czułam.Po dwóch latach życia w piwnicy,nie byliśmy przyzwyczajeni do swieżego powietrza i zaraz po pierwszym dniu „wolności” wszyscy dostaliśmy opuchlizny.

Co noc chodziliśmy po wodę do rzeki.W nocy wraz ze swoim kuzynem poszliśmy za rzekę prosić chrześcijan o chleb.Nie mogliśmy znależć drogi powrotnej.Całą noc chodziliśmy po polu żyta szukając miejsca ,gdzie była mama i siostry.Zajęło nam to cztery dni.

Byłam bardzo niespokojna.Zdecydowałam się pójść i poszukać siostrę Herszla, Chanę,która była w sąsiedniej wiosce.Wszyscy patrzyli na mnie jak na szaloną.Choć na każdym kroku czyhała śmierć, nie myślałam o niej.Matka i siostra prosiły, abym nie szła ,ale ja już byłam zdecydowana.Spojrzałam jeszcze raz na swoich najbliższych i odeszłam.Jakoś trafiłam do tamtego miejsca.Jeszcze dzisiaj ,kiedy pomyślę o tamtych okropnych przeżyciach,nie mogę zrozumieć ,jak doszłam do tamtej wioski.

Zwróciłam się do Polaków ,z którymi się znaliśmy,że chce się widzieć z Chaną Winograd.Powiedzieli,żebym poczekała przez cały dzień w polu.Więc tak leżałam w ogromnej spiekocie bez kropli wody.

Dopiero wieczorem przyszedł znajomy Polak.Próbowałam go prosić o wykopanie schronu dla mamy i siostry ,ale nadaremnie.Sytuacja była bardzo napięta.Obiecał mi,że w nocy przyjdzie Monisz Rojzenkind i zaprowadzi mnie do Chany a jej posłał kartkę,że żyję i jestem już w tej wiosce.Leżałam w polu aż do północy ,kiedy to przyszedł Monisz.

Do Chany musieliśmy jeszcze iść dwa kilometry.Nogi mnie już nie niosły i Monisz mi pomagał .Prosiłam go ,aby mnie zostawił w lesie,bo już dalej nie mogę,ale nie ustąpił i tak się dowlokłam na miejsce spotkania z Chaną Winograd.Nikt nie może sobie wyobrazić tego spotkania!Nie mogłam się opanować.Prosiłam ,aby ktoś poszedł i powiedział mamie i siostrom,że żyję ,ale nikt nie chciał pójść.Wszyscy się bali.Bardzo się niepokoiłam o nie, gdyż pozostawiłam je w polu.Na koniec posłaliśmy Monisza ,aby załatwił nam inną kryjówkę.Monisz,który wydostał się z tamtego straszliwego ognia ,poszedł w nocy i wrócił rano z wiadomością,że Sokół,gospodarz z Wilczysk,zrobił druga kryjówkę.Trochę się uspokoiłam.

Zostaliśmy bez pieniędzy,bez możliwości uratowania się.Spaliśmy w małej piwnicy.Było mokro i nie dało się oddychać.Wymyśliłam ,aby posłać kogoś do Warszawy do dyrektora browaru Haberbuscha,z którym handlowaliśmy przed wojną i poprosić, aby dał nam pieniędzy.Rodzice wcześniej prosili go o pieniądze, ale nie otrzymali.Pomyślałam,że nie mam nic do stracenia.I było wielką niepodzianką, kiedy chrześcijanka wróciła i przywiozła 2000 złotych z wiadomoscią,że dyrektor powiedział,że jeżeli będę potrzebowała jeszcze kiedyś pomocy ,to żebym mu dała znać.

Za kilka dni usłyszałam ,jak ktoś przyszedł do domu i powiedział,że zastrzelili mamę i siostrę.Co wtedy przeżyłam ,nie da się opisać.

Jak się póżniej dowiedziałam,antysemici donieśli na Sokoła,że przebywają u niego Żydzi.Rano przyjechali Niemcy i zrobili rewizję.Znaleźli mamę i siostry.Odwieźli je razem z Sokołem do Żelechowa do Komendantury i trzymali ich tam trzy dni.Mama prosiła ,aby uwolnili Sokoła,że on nie jest winien,że same dostały się do komory bez jego wiedzy.Nic nie pomogło.W nocy 10 lipca 1944 roku ich wszystkich zastrzelili i wrzucili do glinianki.

Po wyzwoleniu rodzina Sokoła wydostała stamtąd swojego ojca.Kiedy później przeprowadzano ekshumację pod kierunkiem żelechowiaka Laksmana i A.B Jasnego,ekshumowane żelechowskie ofiary, a między nimi matka i dwie córki Popowskie, pogrzebano według obrządku żydowskiego,


[Str. 286]

Wśród chłopów

Cywja ROZENTAL.(Baranquilla)

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

W żelechowskim gettcie było 15–cie tysięcy Żydów.Pomimo wszystkich antyżydowskich zarządzeń,Żelechów zaliczał się do „dobrych gett”.Przez pewien czas getto było otwarte.Można było wchodzić i wychodzić.Po zakazie przechodzenia na aryjską stronę codziennie były ofiary.

 

Boruchowicz z kolegą na granicy żelechowskiego getta

 

Głód zmuszał do ryzykowania życiem i do wychodzenia na wieś po choć trochę ziemniaków.A kiedy raz się udało, tak chodziło się ciągle.Ludzie przekonywali:”Co będziesz siedzieć w domu.Chodź ze mną.Zarobisz parę złotych.” Panował wielki głód.Kto miał pieniądze,to płacił za jedzenie tyle ,ile żądano i nie ryzykował życiem.Ale biedni robotnicy , którzy nic nie zarabiali, nie mieli za co kupować żywności . Wychodzili poza getto i dlatego było wiele ofiar.Gdy zaczęto „wysiedlanie” Żydów z różnych miast: z Lublina,Ryk,Dęblina,Warszawy,to przyszła kolej i na Żelechów.Pewnego wieczora polska i niemiecka policja przebudziła miasto i zabroniła wychodzić z domów nawet na podwórko.Na przykładzie innych miast wiedzieliśmy, co to oznaczało.Nazajutrz o 7–ej rano ogłoszono,by Żydzi opuścili swoje domy.Zgromadzili wszystkich na jednym miejscu.Kilku Żydów zdołało się ukryć. Dla starszych podstawiono furmanki, a młodsi szli pieszo 21 kilometrów.

Było bardzo gorąco.Kurz aż dusił.Dręczyło wielkie pragnienie.Jeżeli ktoś wyszedł z szeregu po łyk wody, był od razu zastrzelony.Po drodze z Żelechowa do Sobolewa padło setki ludzi.Kiedy doszliśmy do Sobolewa,zaczęli nas zaganiać do bydlęcych wagonów ,ale wagonów nie starczyło dla wszystkich i część musiała czekać do rana.Ja byłam między tymi „szczęśliwcami”, co dostali się do jednego wagonu ze swoją rodziną.Moje 5–cio letnie dziecko zostawiłam u chłopa na wsi.Nagle do niego zatęskniłam.Uciekłam z wagonu i poszłam do wsi, aby go zobaczyć.Zobaczyłam jak bawi się z chłopskimi dziećmi.Nie poznał mnie.U tego samego chłopa przebywała także moja koleżanka Ryfka Lewinson.Kiedy mnie zobaczyła samą, rozpaczała ,uważając że jej mąż zginął.Mój synek podszedł do niej i powiedział:”Ryfka nie płacz.Moja mama też zginęła razem z twoim Jankielem”.Przygarnęłam go do siebie,zaczęłam całować i przekonywać,że ja jestem jego mamą.W międzyczasie doszedł mąż koleżanki,który wyskoczył z wagonu.Razem z koleżanką i jej mężem poszliśmy do majątku w Okrzei.Tamtejsi Żydzi bardzo bali się przyjmować obcych Żydów, bo Niemcy im obiecali,że jeżeli nie wpuszczą nikogo ,to pozwolą im spokojnie żyć.

W Okrzei zastrzelono 20–tu żelechowskich Żydów :mężczyzn i kobiet.Ze znajomymi poszliśmy do innej wioski,do innego chłopa i tam przebywaliśmy dwa miesiące.Gospodarzowi płaciliśmy co miesiąc.Zrobił dla nas piwnicę pod kupą śmieci w chlewie.Nad nami stało bydło.Donosili nam jedzenie.Była to jedna z najlepszych kryjówek.

Pewnego wieczora kiedy siedzieliśmy i jedliśmy kolację usłyszeliśmy nagle strzał z karabinu.Można sobie wyobrazić jaki strach nas ogarnął.Gospodarz wyszedł zobaczyć co się dzieje i nie wracał.Gospodyni wyszła za nim i też nie wracała.Była silna strzelanina.Ja z synkiem zeszliśmy do piwnicy,a znajomi poszli do lasu.Kiedy wszystko ucichło,wrócił gospodarz i powiedział,że był to bandycki napad i zastrzelono dwóch Żydów,Chaima Alfiszera z Huty i jego szwagra.Gospodarze tłumaczyli,że boją się nas trzymać dłużej i chcieli, abyśmy poszukali sobie nowego miejsca.Wyruszyliśmy w drogę.Gospodarz razem z sąsiadem,który również ukrywał Żydów odprowadzili nas spowrotem do Żelechowa.

Kiedy byliśmy na miejscu powiadomiłam od razu brata i szwagra,którzy byli w drużynie strażackiej,że jestem u chrześcijan.Przyszli wraz ze swoimi kolegami strażakami nas odwiedzić.Nie mogliśmy przebywać w mieście długo.Na drugi dzień odjechaliśmy do Sobolewa,do getta.Byliśmy tam trzy tygodnie.Sytuacja w gettcie była okropna.Dawni bogacze żebrali teraz o kawałek chleba.Ludzie umierali z głodu.Wynikiem panującego głodu były różne choroby.Robactwo gryzło ludzi.W jednym pomieszczeniu przebywało 30–40 osób.Panował okropny strach.Jeśli Niemiec zauważył wieczorem światło w oknie – strzelał.Ludzie padali jak muchy.

Pewnego wieczoru– alarm.Przyszła wiadomość,że przyjechały po nas wagony.Podziałało to na nas strasznie,gdyż już wielu przyzwyczaiło się do życia w gettcie.

10 stycznia 1943 roku o siódmej wieczorem ogłoszono,że nazajutrz rano musimy być na placu przed stacją.Przez całą noc getto było pilnowane przez Niemców.O piątej rano wyszłam na dwór pomimo,że zabroniono przechodzić z ulicy na ulicę.Ludzie próbowali się ratować i przekupowali policjantów.Inni ryzykowali życiem i uciekali.Mówiło się o trzech zastrzelonych wiszących jak zabite gęsi.Tych trzech to Mojsze i jego brat Meir Rotfajs z Żelechowa i dziewczyna z Łaskarzewa.Widząc,że strzelają,ludzie zaczęli się przygotowywać do załadowania na wagony.W jednym wagonie miało się zmieścić 50 osób, ale napchano tam 300.Kiedy wchodziłam do wagonu,usłyszałam,że mnie ktoś woła.To byli moi znajomi,którzy chcieli ,byśmy jechali razem w tą ostatnią podróż.Próbowałam przejść do ich wagonu.Zauważył to Niemiec i zaczął mnie bić kolbą po głowie.Pomimo tych ciosów dostałam się jakoś do tamtego wagonu znajomych i razem jechaliśmy do Treblinki.Byli z nami także Chaim Rozenberg z bratem Icykiem,Herszel Pint ,Idel Iglicki,Rachel Roterman i Fajga Rotfajs. Wszyscy zdecydowaliśmy się wyskoczyć z pociągu.Udało się.Ale wyskakując wszyscy się pogubiliśmy.Szłam sama do Łukowa a stamtąd do Żelechowa.Nie jadłam kilka dni.

 

Cywja Wolkerman jako partyzant

 

14 stycznia 1943,po drugim skoku,tym razem już bez dziecka,poszłam do Żelechowa do brata i szwagra,którzy byli w drużynie strażackiej.Zastałam tylko brata.Była wielka radość, ale kiedy spytałam o szwagra,powiedział mi,że tamten zachorował na tyfus.A chcąc się uratować ukrył się:”..gdyż Niemcy chorych od razu zabijali..”.Brat potajemnie zawołał doktora Karpowicza,który był bardzo życzliwy w stosunku do Żydów (mieszka dzisiaj w Żelechowie).Nie mogłam być długo w Żelechowie.Koledzy,którzy utrzymywali kontakt z moim bratem ,a ukrywali się u chłopa na wsi,chcieli ,bym do nich poszła.Znów przebrałam się za chłopkę i pojechałam z Polakiem na wieś.Byłam tam 5 miesięcy i znów przeniosłam się na inne miejsce.W taki to sposób w czasie dwóch lat przebywaliśmy w wielu miejscach,czasami w lesie ,często pod gołym niebem.

Wyzwolenia doczekałam z całej mojej rodziny tylko ja sama.Wróciłam do Żelechowa bez grosza,bez butów,tylko w jednej sukience.W miejscu gdzie stał nasz dom, wyrósł piękny ogród.Pytałam sąsiadów,kto posadził ten ogród.Odpowiedzieli,że to niejaki Jarzecki.Poszłam do niego.Okazało się,że to mój znajomy i dobry kolega mojego ojca.Nie bardzo się ucieszył,kiedy mnie zobaczył.Chciałam mu sprzedać to miejsce ,a on mi na to odpowiedział:”Dlaczego chcesz to sprzedawać.Możesz zawsze przyjść ,kiedy będziesz chciała i wziąć sobie kartofli”.Znalazłam innego kupca i sprzedałam mu plac.Mając pieniędze zaczęłam handlować.Chodziłam po domach i sprzedawałam różne towary.Tak zarobiłam na jedzenie i ubranie.

Raz przyszłam do polskiej rodziny i zauważyłam,że w podwórku jest stodoła mojego ojca.Wytłumaczyłam gospodarzom,że stodoła jest własnością mojego ojca i chcę ,aby mi ją oddali.Nie sprzeciwiali się i stodołę sprzedałam za 4000 złotych.Tak się zbogaciłam i rozwinęłam swój handel.Jednego rana zaszłam do piekarza Mazurka,który mieszkał na ulicy Pałacowej,ponieważ jego córka chciała coś ode mnie kupić.Wchodzę do sąsiedniego domu i poznaję kredens mojej siostry.Nie powiedziałam nic i poszłam po kolegę,który poznał kredens i potwierdził,że to jest kredens mojej siostry.”Właściciel” tego kredensu zbladł ,potem sczerwieniał i powiedział,że kupił go od Niemców.Chcąc nie chcąc ,zapłacił mi 3000 złotych.

To wszystko działo się w pierwszych dniach pobytu Armii Czerwonej w mieście.Antysemici się ich bali.Ale potem kiedy Armia Czerwona opuściła Żelechow, bandy zaczęły się mścić.Zastrzelili wielu Żydów.Ta mała grupka ocalonych Żydów musiała wyjechać z miasta ,gdzie wychowali się,gdzie żyli i cierpieli.Część wyjechała do Łodzi a część do Warszawy.Przez pewien czas byłam w Łodzi,gdzie dalej handlowałam.Nawiązałam kontakt z moją rodziną zagranicą.Wkrótce wyjechałam do Niemiec,gdzie przebywałam 5 tygodni i otrzymałam papiery na wyjazd do Kolumbii.

 

Żydowskie kobiety żelechowskie podczas pracy w majątku

 

Ksiega Pamięci


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Zelechow, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Binny Lewis
This web page created by Max Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 03 Aug 2016 by JH