« Poprzednia strona Spis treści Następna strona »

[Strona 132]

Wspomnienia z domu mojego ojca

Reuven Yamnick

Przetłumaczone przez Marshalla Granta

Tłumaczenie na polski Krzysztof Malczewski

© Prawa autorskie Roberta Paula Books

Poświęcony ukochanej pamięci moich drogich rodziców, braci i sióstr zamordowanych przez nazistów i ich współpracowników w czasie Holokaustu.

Błogosławionej pamięci mój ojciec, Shmuel Halevi, shohat (rzeźnik rytualny) i kantor.

Moja błogosławionej pamięci matka Sarah Rachel Albert.

Błogosławionej pamięci mój brat Jakow Icchak, jego żona Lea i jego rodzina.

Błogosławionej pamięci mój brat Shalom, jego żona Malka i jego rodzina.

Moja siostra Chaya Devora, jej mąż, Yisrael Mandlboim, i jej rodzina, błogosławionej pamięci.

Błogosławionej pamięci moja siostra Royza Leah.

Błogosławionej pamięci mój ojciec, rabin Szmuel Yamnik, był szohatem (rytualnym rzezakiem i egzaminatorem) i kantorem w naszym mieście Przedecz przez ponad 40 lat. Przechodził przez swoje życie w świętym przywiązaniu do Derech Eretz (traktując innych z szacunkiem) i Tory, jak powiedział rabin Eleazar Ben Azaria: „Jeśli nie ma Tory, nie ma Derech Eretz, a jeśli nie ma Derech Eretz, wówczas nie ma Tory, bo to Derech Eretz wspiera Torę, ona ją uzupełnia”. W ten sposób wychował swoje dzieci, aby kochały Torę, kochały lud Izraela, kochały ziemię Izraela oraz były uprzejme i grzeczne wobec bliźniego.

Mój ojciec urodził się w Rawie Mazowieckiej jako syn rabina Jehudy Halewiego, szohata i kantora w tym mieście, oraz jego matki Beyli, 23 Elul 5632 (26 września 1872). Nadano mu imię Szmul w niedzielę, w Rosz ha-Szanna 5633, kiedy odczytano mafir Proroka Szmuela (słyszałem to od mojego zmarłego ojca). Moja matka urodziła się w Grodzisku pod Warszawą, jej ojcem był rabin Jehuda Albert i jej matką Rivka, w 5642 (1882). Mój ojciec, jako młody student jesziwy, został przyjęty na stanowisko szohata i kantora w naszym mieście Przedecz w roku 5650 - 1900 przez rabina Mosze Chaima Bluma, późniejszego rabina Zamościa pod Lublinem. Mój ojciec został później szohatem pod rządami rabina Jehoszuy Heschela i rabina Davida Goldschlaka, ten ostatni został później rabinem Sierpca. Mój ojciec kontynuował współpracę z rabinem Josefem Aleksandrem Zemelmanem, ostatnim rabinem miasta w czasie drugiej wojny światowej, który poległ podczas walk z nazistami w warszawskim getcie.

Mój zmarły ojciec był pilny, pobożny, skromny, pokorny i dobroduszny; był gościnny i lojalnie służył gminie przedeckiej. Cieszył się owocami swojej pracy, kochał Izrael i był wyznawcą chasydyzmu amisznowskiego. Często odwiedzał Wielkich Rabinów (Admorim) rabina Jakowa Dawida i rabina Josefa. Studiował u rabina Jakowa Dawida, ostatniego admora w Omszynowie, a wcześniej rabina Żyrardowa koło Omszynowa oraz w mieście Grabów koło Kola (niedaleko Przedcza). Pamiętam, jak admor rabin Josef odwiedził w Grabowie swego syna rabina Jakowa Dawida. W piątek lat trzydziestych mój ojciec zdecydował się pojechać do Grabowa na szabat i przywitać rabina. Wydzierżawił wóz i wyjechaliśmy. Z jakiegoś powodu jechaliśmy polną drogą;

[Strona 133]

była bardzo błotnista (było to już zaraz po święcie Paschy), a koń ledwo mógł ciągnąć wagon. Martwiliśmy się, że możemy zbezcześcić szabat. Po burzliwej podróży udało nam się w porę dotrzeć do Grabowa, a nawet zanurzyć się w mykwie (rytualnej kąpieli). Później, gdy mój ojciec spotkał wielkiego rabina, powiedział: „Szmul, wiedziałem, że przyjdziesz - a nawet zapytałem tutaj, czy przyjechał już Szmul Szochat z Przedcza?”. I tak spokojnie spędziliśmy szabat z rabinem Josefem. Mój ojciec był przyjazną i miłą osobą. W czasie I wojny światowej po ucieczce z Łodzi do naszego miasta przybyła duża liczba żydowskich uchodźców. Uciekali przed głodem, który panował wówczas w większych miastach, a wielu znalazło schronienie w naszym mieście. Każdy zrobił wszystko, co mógł, aby pomóc uchodźcom i ich rodzinom oraz zapewnić schronienie w ich domach. Mój ojciec nie był inny; oddał jeden z dwóch pokoi, w których mieszkaliśmy jako sypialnie, uchodźcy o imieniu Fried, szewcowi

 

 
Rabin Shmuel Yamnik Szohat i kantor
 
pani Sarah Rachel Yamnik jego żona

 

z zawodu. Pomimo zatłoczenia mieszkania przez wiele małych dzieci w rodzinie, był bardzo zadowolony, że może pomóc żydowskiemu uchodźcy odzyskać pieniądze, dzieląc mieszkanie i umożliwiając mu wyjście i pracę, aby zarobić na życie dla swojej rodziny. Posiadali ręczny młyn do mielenia mąki. Sporadycznie też pracował jako szewc i jakoś przeżył. Po wojnie, kiedy uchodźcy wrócili do Łodzi, odwiedziliśmy tę rodzinę kilkakrotnie - mieszkali przy ulicy Wolborskiej 12. Były chwile, kiedy biedni Żydzi przychodzili, aby zebrać pieniądze na wyjazd do Izraela, a mój ojciec towarzyszył im w zamożnych żydowskich domach, aby pomóc im w zbieraniu funduszy. Wśród nich był młody Żyd ze Złoczowa, którego interes spłonął i prosił o wyjazd do Izraela i któremu ostatecznie się to udało. Ten człowiek był

[Strona 134]

dobrze znany w naszym mieście i często widziałem go jako kantora prowadzącego sesje modlitewne, intonującego pierwsze modlitwy Selichot. Jego interesy często przyprowadzały go do naszego miasta, słuchanie go było przyjemne. Po tym, jak zdecydował się przeprowadzić do Izraela, przyjechał do naszego miasta, aby zebrać pieniądze na podróż, a mój ojciec pomagał mu najlepiej, jak potrafił. Po wojnie, kiedy przyjechałem do Izraela jako nielegalny imigrant, spotkałem tego sympatycznego człowieka, z którym miałem do podzielenia się wiele dobrych wspomnień dotyczących mojego ojca: jego charakteru i gościnności. W naszym mieście mój ojciec przez cały rok był rzeźnikiem rytualnym i egzaminatorem, rzezakiem, kantorem i lektorem Tory w synagodze. Dmął szofar w Rosz ha-Szana i prowadzi sesje modlitw w Wielkie Święta. W Jom Kippur prowadził modlitwy Kol Nidrei i musaf, a jeśli rabin był niedostępny, także modlitwy końcowe. Jego głos był mocny i przyjemny i upewniał się, że jego głos będzie słyszany także w sekcji kobiecej. Po przyjęciu go na rzeźnika rytualnego i egzaminatora w naszym mieście, służył razem ze starym kantorem, rabinem Shabtai Kotakiem, który był wówczas kantorem i szohatem. Kiedy zmarł rabin Shabtai, mój ojciec pracował sam przez długi czas, aż znaleziono następcę. Graberman pochodził z niemieckiego miasta F├╝rth i był dobrym kantorem, ale nigdy nie wyobrażał sobie pozostania w Przedeczu. Wielokrotnie wyrażał, że był to dla niego tylko punkt przejściowy. I rzeczywiście, po niedługim czasie przeniósł się do Szydłowca jako ich kantor, rzezak rytualny i egzaminator. To znowu pozostawiło mojego ojca samego na swoim miejscu, dopóki społeczność nie została zniszczona przez nienawistnych nazistów. Kiedy pracował sam, pracował bardzo ciężko, przez wiele godzin dziennie i bez ograniczeń czasowych, od wczesnego rana do późnej nocy. O wschodzie słońca był już w drodze do rzeźni - na ubój krów, a potem kurczaków. Nie było ograniczeń co do tego, jak długo będzie pracował, od rana do wieczora, i zawsze wypełniał swoje obowiązki sumiennie, bez narzekań i pretensji. A to dlatego, że wiedział, że święta praca, której potrzebuje miasto, spoczywa na jego barkach, ponieważ nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc. Miasto przez wiele lat nie posiadało wyznaczonej ubojni dla krów i kur, a każdy miejscowy rzeźnik miał takie na podwórzu. Na naszym podwórku mieliśmy małą rzeźnię dla kurczaków. A zaledwie kilka lat przed wybuchem drugiej wojny światowej na podwórku rabina Haima Żomera została otwarta przez miejscowe władze polskie duża i oficjalna rzeźnia. Było to bardzo zaawansowane jak na tamte czasy, z większymi udogodnieniami dla rzeźnika. Były też lepsze warunki sanitarne przy stałym nadzorze polskiego lekarza weterynarii. Były wyznaczone określone godziny poranne przeznaczone na ubój krów i określone godziny dla kurczaków. Kiedy rzeźnia kurczaków była na naszym podwórku, była bardzo popularna, zwłaszcza gdy kobiety kupowały kurczaki na targu i od razu przychodziły na ubój. Tak samo było w środy i czwartki przed szabatem lub w tygodniu poprzedzającym święto. Na podwórku było pełno kobiet i dzieci, które przyprowadzały swoje kurczaki na rzeź, a czasami ludzie musieli stać w długiej kolejce. W tygodniu poprzedzającym Jom Kipur, podczas 10 dni pokuty, zapotrzebowanie było jeszcze większe, ponieważ każda osoba przyniosła kapparot (tradycyjny rytuał pokuty, w którym kurczak jest rytualnie użyty, a następnie zabity) i każdy przynosił po kilka kurczaków na jedzenie. W tych okresach rzeź trwała do późnych godzin wieczornych. W noc poprzedzającą rozpoczęcie wigilii Jom Kipur mój ojciec chodził z szammeszem (dozorcą synagogi), reb Itche Kovalskym, do domów, zgodnie z tradycją machania kurczakami nad głowami mieszkańców domu rano przed świętem. I tak, mój ojciec był zajęty przez całą noc mordem kapparota, aż słońce wzeszło rano przed wigilią Jom Kipur i wówczas wracał do domu zmęczony i wyczerpany. Jednak przed nami był pracowity dzień. Nie było już rzezi, ale musiał przygotować się na świąteczny dzień i poprowadzić modlitwy w wielkiej synagodze, rankiem w przeddzień Jom Kipur. Poszedł

[Strona 135]

do synagogi na poranne modlitwy, a po posiłku i krótkim odpoczynku udał się do mykwy i przygotował do dnia świętych przedsięwzięć. Po południu udał się do synagogi na popołudniowe modlitwy, a po posiłku przed-postowym pobłogosławił dzieci i udał się do synagogi, aby poprowadzić modlitwy Kol Nidre. Następnego dnia, w Jom Kippur, odmawiał poranne modlitwy i musaf (dodatkowe) modlitwy z chórem, złożonym z braci Vishinskich, Herschela, Zeliga, Simchy, prowadzonego przez ich starszego brata Reuvena. Wszyscy śpiewali w przeszłości ze starym kantorem, rabinem Shabtai Kotkiem. Mój brat, Yehoshua, i ja otrzymaliśmy od niego pomoc (nie rozumiem tego - jak im pomógł? Czy to miałeś na myśli?) podczas świątecznych modlitw. Mój zmarły ojciec był zapalonym syjonistą. W tamtych czasach było to odważne i ryzykowne dla pobożnego Żyda, zwłaszcza religijnego przedstawiciela, takiego jak szochat, ale był niezachwiany w swoim pragnieniu przeniesienia się do Izraela. Jednak nigdy nie zrealizował swojego marzenia i wysłał mojego brata Jehoszuę do kibucu Hapoel Mizrakhi na szkolenie, jak to robiono w tamtych czasach. Po kilkuletnim szkoleniu uzyskał certyfikat i w 1935 r. Wyjechał do Izraela. Jego wychowanie w miłości do syjonizmu zapewnił mu mój ojciec. W młodości, w domu swojego starzejącego się ojca, rabina Jehudy Halevi, dołączył do grupy Agudat HaElef, która kupiła ziemię w Izraelu w wiosce Ein Zeitim niedaleko Tzfat, mając nadzieję na emigrację z rodziną i osiedlenie się w Izraelu. Jednak Grupa straciła znaczną część swojego kapitału w wyniku nieudanych inwestycji przeprowadzonych w związku z nieruchomością. Rozwiązała się i tylko trzysta osób kontynuowało to zadanie, między innymi mój ojciec. Ostatecznie Grupa została całkowicie rozwiązana, a wszystkie wysiłki i fundusze, które zainwestował, przepadły; pozostały mu tylko dokumenty i pokwitowania dokonanych płatności, ale nigdy nie był w stanie przenieść się do Izraela. W okresie panowania nazistowskiego ubój koszerny był całkowicie zabroniony, a każdy przyłapany na tej procedurze był skazany na śmierć. Mój ojciec niejednokrotnie narażał swoje życie, chodząc potajemnie do żydowskich domów z nożem pod pachą, aby po cichu ubić ukryte kurczaki i zapewnić im koszerne mięso. Trwało to do chwili, gdy kurtyna opadła na Żydów przedeckich i razem z całą gminą, której służył przez ponad czterdzieści lat, został złożony w ofierze razem z moją matką. Wszyscy żydowscy mężczyźni, kobiety i dzieci zostali zniszczeni i spaleni w obozie zagłady w Chełmnie. Zawsze będziemy pamiętać naszych bliskich, ich życie i śmierć. Niech Bóg pomści ich czyste i święte dusze; niech ich wspomnienia będą błogosławione, a ich dusze związane w tobołku życia.

A teraz kilka słów o moich zmarłych braciach i siostrach.

Mój brat Yaakov mieszkał w Lublinie (?) koło Włocławka (there is no Lublin near Włocławek). Zajmował się robieniem kapeluszy i był właścicielem sklepu, w którym sprzedawał nakrycia głowy i kapelusze z rondem. Jego żona, Lea, była gospodynią domową i mieli dwoje dzieci, córkę Różę i syna Jehudę, niemowlę. W mieście był szanowany, członkiem zarządu gminy, pobożnie religijny, a jego poglądy były szanowane. Gdy naziści wkroczyli do Lublina, zaczęli nękać Żydów tak jak wszędzie, a potem zaczęły się transporty do obozów zagłady. Uciekł z rodziną do Węgrowa, gdzie mieszkała moja siostra, a stamtąd trafili do warszawskiego getta. Cierpieli z głodu i bólu w getcie. Nie wiemy, czy trafił do Treblinki, czy zginął w warszawskim getcie podczas powstania. Niech Bóg pomści jego duszę. Mój brat Shalom mieszkał w Łodzi przy ulicy Dravanbaska 5 z żoną Michelą i czterema synami. Był właścicielem sklepu spożywczego i został wysłany przez hitlerowców do Poznania, gdzie cierpiał głód, przemoc i przymusową pracę w kamieniołomach oraz przy pracach murarskich. Zginął tam, w obozie w Poznaniu. Jego żona została wysłana w grupie do obozu zagłady, jego dzieci były

[Strona 136]

wysłane na kilka miesięcy do placówki dziecięcej w Łodzi. Po zniszczeniu przez nazistów dzieci placówki trafiły do obozu zagłady. Niech Bóg pomści ich dusze. Moja siostra Chaya Devora Mandlboim mieszkała w Węgrowie z mężem Yisraelem i ich jedynym synem Reuvenem, gdzie byli właścicielami szwalni. Kiedy hitlerowcy zrównali getto, zostali wysłani do Międzyrzeca, a stamtąd do obozu zagłady w Treblince. Niech Bóg pomści ich dusze. Moja siostra, Royza Leah (Róża) zmarła przed wojną 7 Adar 5697 (18 lutego 1937). Niech błogosławiona będzie jej pamięć, a jej dusza związana w tobołku życia.

 

Royza Leah (Rozsha)

 

[Strona 152]

Świadectwo dla mojej rodziny,
która tu była, ale odeszła

autorstwa Moshe Mokotova

Przetłumaczone przez Marshalla Granta

Tłumaczenie na polski Krzysztof Malczewski

© Prawa autorskie Roberta Paula Books

Moshe Mokotov

Pomimo tego, że autorem tych wierszy jest syn i brat rodziny skazanej w połowie na śmierć, a w połowie na życie, obiektywnie omówię członków mojej rodziny, którzy zostali zamordowani. Ci, którzy znali mojego ojca Icchaka Mokotowa, identyfikowaliby się ze mną i zgodzili się ze mną, że był on drogą osobą pod każdym względem. Był jednym z dobroczyńców miasta. Mniej szczęśliwi ludzie byli zawsze mile widziani i zawsze znajdowali kogoś, komu mogli opowiedzieć o swoich problemach. Jako dziecko nigdy nie rozumiałem, dlaczego odwiedzali tak często. Mój ojciec spełniał micwę powitania panny młodej z lojalnością i szczęściem, a w naszym mieście zawarło małżeństwo nie mniej niż tuzin par, a mój ojciec zajął się wszystkimi przygotowaniami weselnymi. Tutaj muszę dodać, że moja mama

 

Yitzhak Mokotov i jego córka Bronka

 

entuzjastycznie wspierała go i jego bezinteresowne wysiłki. To ona przygotowała listę rzeczy potrzebnych na ślub. Wciąż pamiętam coś, co mój ojciec powiadał do mojej matki: „Co się stało, Ruzsha/Rózia, nie masz dla mnie listy?”. O to ją poprosił.

Czytelnicy tej książki z pewnością zapamiętają posiadane przez nas konie i służącego imieniem Banaszek, który się nimi opiekował.

[Strona 153]

Ten człowiek, Banaszek, wypełniał węglem i torfem magazyny na naszym podwórku. Drewno było gromadzone przez strażnika mieszkającego na terenie posiadłości, wysokiego i prostego nie-Żyda imieniem Piatcak. Powiedziano mi, że ten człowiek „odziedziczył” nasze mieszkanie i zaczął tam mieszkać po tym, jak Przedecz stał się „Judenrein”… Kiedy zbliżała się zima, mama przygotowywała listę potrzebujących, która rosła z roku na rok i dawała ją ojcu. Razem z Banaszkiem mój ojciec dbał o to, aby domy potrzebujących Żydów miały drewno do ogrzewania. Dokończenie tego aktu hojności zajęło około tygodnia. Banaszek zapełniał wówczas magazyn asortymentem niezbędnych artykułów potrzebnych na ostrą polską zimę. Miesiącami czekałem z podnieceniem na nadejście węgla. Jako dziecko były to dla mnie „wakacje”, mimo że przychodziłem do domu brudny i nieraz byłam pouczany i upominany ciężką rękę mojego ojca.

Kontakty biznesowe i stosunek mojego ojca do chrześcijan zyskały mu renomę w mieście i okolicach i niejednokrotnie te relacje miały wpływ na różne kwestie związane z żydowskimi obywatelami miasta. Zawsze był mile widziany w Magistracie. Pamiętam kiedyś, że mój ojciec nie wahał się wezwać burmistrza miasta (Bormiszt) Nowakowskiego, aby przyjechał w nocy, kiedy do jakiegoś dokumentu wymagana była pieczęć miasta. Moja mama była nie tylko gospodynią domową, miała swoje „prywatne sprawy”. Była jednym z założycieli miejskiej biblioteki i zarządzała nią przez wiele lat. Inny członek zarządu - pan Yaakov Topolesky, z pewnością został zapamiętany przez czytelników tej książki, kiedy uczestniczył w wieczorze poświęconym świętym duszom naszego miasta, w sali dla polskich emigrantów w Tel Awiwie. W naszym mieście nie ma nikogo, kto nie pamięta drogiego Itche Waydena, czy blond Itche, jak go nazywano. Nie był dobrze znany, ponieważ był krawcem dla kobiet. Myślę, że jego reputacja opierała się na jego służbie jako gabaja z Bikur Holim w naszym mieście. Moja mama pracowała razem z tym Itche i poświęciła większość swojego czasu tej instytucji, która była jedynie prostą, ale krytyczną dla naszego potrzebującego miasta. Pan Itche często odwiedzał nasz dom w sprawach niezwiązanych z krawiectwem. Gdy zbliżał się Purym, jak miał w zwyczaju, przyjeżdzał, aby przedstawić matce swój pierwotny plan w celu przekazania darowizn. Dwóch młodych mężczyzn nosiło identyczne kostiumy i odwiedzało żydowskie domy z dzwoneczkami w dłoniach, prosząc o datki na cele charytatywne. Ludzie przekazywali te darowizny bez słowa, a następnie otrzymywali pokwitowania. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z ocalałych z miasta kiedykolwiek zapomniał o tej scenie. Dźwięk dzwonków z oddali mówił nam, dzieciom, że przybyli dobroduszni młodzi mężczyźni w kostiumach, i sprawiał, że wstawaliśmy i wychodziliśmy z Shulchan ha'aruch gotowi na posiłek purynowy. To był szczyt wieczoru dla wszystkich dzieci w mieście.

Posiłek Purim zawsze wywołuje we mnie sentyment. Tego wieczoru, tuż przed posiłkiem, urodziła się moja siostra Baronka. Wszyscy znali tę słodką dziewczynę z warkoczykami. Kiedy przyjechaliśmy do Izraela w 1935 roku, stała się „sabrą”, tak jak wszystkie inne dziewczyny w jej wieku. Była urocza i dobrze wychowana, cicha i poważna jak na swój wiek i starannie dobierała przyjaciół. Na Rehov Shlomo Hamelch w Tel Awiwie znajduje się narodowa szkoła religijna, która istnieje do dziś, ale tylko szkoła [czego brakowało?]. Za każdym razem, gdy go mijam, z żalem i smutkiem patrzę na ten budynek, który zapewnił mi jedne z najlepszych chwil w moim życiu. Dyrektorem szkoły był wówczas Yehiel Shtrauch z Włocławka. Był też dyrektorem, kiedy uczyłem się w tamtejszym gimnazjum hebrajskim. Wiele osób znało tę cudowną dziewczynę Baronkę,

[Strona 154]

i powiedziano mi, że wyrosła na wysoką młodą dziewczynę, która była wyjątkowo piękna. Było to po tym, jak moja rodzina wróciła do Przedcza, aby zlikwidować ostatni dobytek. Powiedziano mi też, że rabin Zemelman, który prowadził zajęcia z Tanacha w jedynej szkole w Przedeczu, często używał jej jako przykładu przed swoimi uczniami.

Mam członka rodziny, który wyemigrował do Melbourne w Australii. Powiedziała mi, że kiedy Baronka była z resztą rodziny w warszawskim getcie, miała szansę uratować swoje życie. Chrześcijanin, który znał moją młodszą siostrę, poprosił ją, a nawet błagał, żeby opuściła getto i przeszła na aryjską stronę. Jej odpowiedź brzmiała: zostawię ojca? A ona zginęła razem z matką… Tak, mam powody do żalu; i jak!

Większość naszego dobytku została rozdzielona między nie-Żydów, z którymi pracował mój ojciec. Aby ostatecznie zlikwidować swój biznes, moja rodzina wróciła do Polski. Pozostałem tutaj, wspierając starania mojego ojca o utrzymanie ważności jego angielskiej [wizy]. Likwidacja firmy zajęła mojemu ojcu więcej czasu niż planował. Aby wiza zachowała ważność, na polecenie Konsulatu Generalnego moja mama przyjechała tam sama. To były dwa tygodnie.

 

Bluma Zukerman (Mokotov), jej mąż Hanik i ich córka Galila przed wybuchem wojny

 

Shaul Makovitsky również podróżował z nią. Oboje przybyli do portu w Tel Awiwie w wyniku zamieszek w latach 1936-1939 (z tego powodu został otwarty port w Tel Awiwie). Piątek 1 września 1939 roku był czarnym dniem dla narodu żydowskiego: w tej wojnie zniszczono trzech i pół miliona polskich Żydów, jego pięknych synów i wspaniały judaizm. Na początku było to przerażające, a poziom niepokoju wzrastał każdego dnia. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby nie dopuścić do rozdzielenia się naszej rodziny, ale wydawało się, że dystans pogłębiał się z każdym dniem. Konsulat Włoch był w Jaffie i w każdy szabat tam jeździłem, aby przekazać Konsulatowi Generalnemu listy i dokumenty, które miały być wysłane do mojego ojca

[Strona 156]

Formularz Czerwonego Krzyża, otrzymany w Izraelu od mojego ojca Itzhaka Mokotova

[Strona 156]

[Strona 157]

by pomóc mu w wyjeździe z Polski. Wszystko to zostało przesłane za pośrednictwem „placówki dyplomatycznej” konsulatu i z odpowiedzi mojego ojca, którą otrzymałem (przez Rumunię), zrozumieliśmy, że dokumenty do niego dotarły. Ponownie pojawiła się iskierka nadziei, która zmotywowała nas do podwojenia i potrojenia naszych wysiłków ratunkowych. A potem ostatnie z naszych nadziei zostały rozwiane. Włochy wypowiedziały wojnę Anglii. Ostatni most, na którym miały się połączyć dwie rodziny rozdzielone wojną, runął!

A potem wszystko, co się wydarzyło, przytrafiło się wszystkim….

W Jerozolimie mieszka kobieta o imieniu Chava Appel-Rozneka. Spotkała ona Meilę Orbach-Brand, również z Jerozolimy, jako młodą dziewczynę. Obie kobiety opowiadały nam, że mój ojciec wraz z bratem Meili, Haimem Aharonem, wynajął samolot, gdy wybuchła wojna, próbując opuścić Polskę. Kto wie, czy jest tak było, czy nie, i jakie znaczenie ma to teraz?

Nie mogę zakończyć świadectwa o mojej rodziny, nie wspominając mojej najstarszej siostry - Blumki. Była cztery lata starsza ode mnie. Po ukończeniu miejscowej szkoły wyjechała z Przedcza do Warszawy, gdzie uczyła się w żeńskiej szkole im. Pearli Lovinskiej. Moi rodzice postanowili pielęgnować jej muzyczne talenty. Jeszcze w podstawówce pobierała lekcje gry na skrzypcach u muzykanta, który, jeśli się nie mylę, mieszkał w pobliżu „starego rynku”.

 

Bluma Mokotov i jej córka Galila
Tel Awiw, 1936

[Strona 158]

Nazywaliśmy go Langa i widzę moją siostrę i skrzypce w jej dłoniach, ale nie jestem pewien, co jest większe - ona czy skrzypce. Wydaje się, że jej talent był znaczący i nadal pobierała lekcje muzyki u oficjalnego kościelnego organisty (Organista). Z czasem ojcu udało się przywieźć do domu fortepian, co oczywiście wywołało poruszenie w Przedeczu. Odtąd w naszym domu można było usłyszeć muzykę. Słychać też było utwory na cztery ręce. Podczas odwiedzin organista grał muzykę z moją siostrą. Chciałbym zwrócić uwagę na jedno małe wydarzenie, które typowo charakteryzowało moją siostrę Blumkę. Pewnej nocy w środku nocy przeszkadzały nam ciche dźwięki fortepianu. Przestraszyliśmy się, a potem zdziwiliśmy, gdy w salonie zobaczyliśmy Blumkę siedzącą przy fortepianie ze świecą obok niej. W kółko grała wybrane pianissimo, żeby zapamiętać je na pamięć. Moja siostra wróciła z Warszawy i wyjechała na krótki czas do Włocławka, aby studiować rachunkowość. To wykształcenie przyczyniło się do jej starań, aby pomóc mojemu ojcu w zarządzaniu księgami businessu prowadzonego przez niego i mojego wujka Nety Wasserzoga. Była jednym z wielu entuzjastycznych zwolenników Zeeva Jabotinsky'ego. Ciekawe, że tak małe miasto, jak Przedecz, mogło tak tętnić polityką i partiami politycznymi. Sądzę, że duża liczba partii politycznych zachęcała ją do znalezienia sposobów na emigrację do Palestyny. Powiedziano mi, że niejednokrotnie była widziana w tłumie, ze znakiem w dłoni w pobliżu „klubu” lub biblioteki, kiedy miał pojawił się wizytujący lektor. Wieczory były zazwyczaj ekscytujące… Nie brakowało ludzi o przeciwnych opiniach, a gorące zaangażowanie było pewne. Zamiar wyjazdu do Palestyny sprawił iż poznała młodego człowieka z Warszawy, Nehamie Zukermana. W końcu się pobrali i natychmiast wyjechali do Palestyny. Po ich przybyciu urodziła się im córka Galila.

Oprócz błogosławionej pamięci mojego ojca i siostry chciałbym dodać jeszcze kilku członków mojej bliskiej rodziny, którzy są nieodłączną częścią tej historii. Mój dziadek Binyamin i jego żona Golda. Byłem tylko dzieckiem, nie miałem więcej niż pięć lub sześć lat, pamiętam bardzo duże słomiane kosze w ich domu. Te kosze miały służyć do pakowania ich dobytku i planowali emigrację do Palestyny. Byli wówczas jednymi z pierwszych działaczy Mizrahi. Wszyscy byliśmy zdruzgotani, gdy zachorował i zmarł w szpitalu w Kole w wieku 56 lat. Los mojej rodziny mógłby być inny, gdyby mój dziadek nie zostawił nas w tak młodym wieku. Moja babcia wprowadziła się do naszego domu i przez resztę życia mój ojciec traktował ją uczciwie i z szacunkiem. Na dobrą sprawę zarządzała domem.

Początek końca rozpoczął się przy kościele, a zakończył w Chełmnie… Ciotka Chava Rauch, siostra mojej mamy, z dwójką dzieci Moniakiem i Marisą wraz z mężem Mordchajem. Ich koniec był taki sam dla wszystkich. Mój wujek Yaakov Wolf Rozen wraz z żoną Rayzele i trzema córkami wyjechali z Przedcza do Łodzi. Tam, jak się wydaje, spotkał ich straszny los. Mój wujek, Avraham Rozen, zmarł „godną” śmiercią. Miał szczęście, że został zabrany przez Anioła Śmierci. Został pochowany w Kłodawie w nieoznaczonym grobie. Niech to świadectwo, które dedykuję mojej ukochanej rodzinie, szanowanym ludziom, którzy zawsze starają się pomagać innym, będzie pamiątką ich pamięci.

Niech będzie błogosławiona pamięć wszystkich ofiar z naszego małego miasta i wszystkich zamordowanych Żydów.

Z wielką miłością syn-brat,
Moniak

 

« Poprzednia strona Spis treści Następna strona »


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Przedecz, Polska     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Director, Lance Ackerfeld
This web page created by Jason Hallgarten

Copyright © 1999-2022 by JewishGen, Inc.
Updated 17 Sep 2021 by JH