Ksiega Pamięci

[Str. 89]

Żelechów jaki pamiętam

Lejbisz Wajsleder

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

 

Lejbisz Wajsleder

 

Ulice i ludzie

Ulica na której się urodziłem i na której wzrastałem nazywała się „kębłowska”.Jedna strona ulicy z góry prowadziła do szosy warszawskiej i tam mieszkali wyłącznie Żydzi.Druga strona prowadziła od domu Bera Ajgera do żydowskiego cmentarza ,a tam już mieszkali także niektórzy chrześcijanie.Między innymi i garncarz do którego chodziło wielu chłopców żydowskich popatrzeć, jak się z gliny robi różne garnki.

W tej to części ulicy wylano wiele żydowskich łez, gdyż przechodziły tędy pogrzeby na cmentarz.Za Berem Ajgerem kondukt pogrzebowy z nieboszczykiem przyspieszał kroku , aby ,nie daj Panie Boże ,diabeł nie zmienił nieboszczyka w coś innego....

Chociaż ulica ta prowadziła na cmentarz ,to jednak była zawsze gwarna i ruchliwa.Od strony ulicy znajdowała się koszerna jatka , a w podwórku chrześcijanie, przy niezwykłym kwiczeniu, bili prosięta.Stąd rozchodził się odór świeżo ściąganej skóry mieszający się ze smrodem z garbarni Bera Ajgera,Awroma Icchoka Szarfharca,Hersza Pereca Wajsledera,Hone Garbera, Altera Sory,Szolema Ajzyka i Szymona Rojzenkinda.Tutaj pracował rymarz Josel syn Szymona i jego syn Herszel Lejb.Całe dnie słychać tu też było rytmiczne klepanie młynka bo chłopi przynosili grykę z której robiono nim kaszę.

W niedziele i wtorki z domu Zysze Jankela Mejla i Chaima Nachmana, starego chazana z bejt-midraszu,rozlegało się beczenie cieląt i gdakanie kur.Cicho pracowała mydlarnia Szmula „mydlarza”, gdzie wyrabiano żółte kawałki mydła do mycia i skąd rozchodziły się silne zapachy.

Z dzieciństwa pamiętam z naszej ulicy Rywkę, córkę Rouwena Jankela i jej „rosół” ugotowany z czegoś takiego,czego się nigdy nie mogłem dowiedzieć .Znany był też jej barszcz szczawiowy,którego kobiety nie mogły się wynachwalić.

Przez lata ulica zmieniła trochę wygląd.Powstały tutaj postępowe, kulturalne żydowskie instytucje.W domu Witka „grosser klub”, Ha-zomir[1] i inne instytucje,w których młodzież w wolnych chwilach zaspokajała „pragnienie wiedzy”.

Każda ulica w Żelechowie miała swoisty charakter i coś specjalnego,dobrego lub złego,wniesionego do życia przez żelechowską społeczność żydowską.Ulica „zadybska” zaczynała się od kębłowskiej i kończyła drogą do lasu za młynem Josela Brochy.

Na tej ulicy mieszkali przeważnie Żydzi oraz kilku chrześcijan, którzy nie żyli w zgodzie ze swoimi żydowskimi sąsiadami.Kiedy w roku 1912 społeczność żydowska w wyborach do Czwartej Dumy nie dopuściła endeckiego kandydata i wybrała socjalistę Jagiełłę,endecy odpowiedzieli zaostrzonym bojkotem przeciwko Żydom.Na ulicy otworzono pierwszą endecka spółdzielnię, skąd promieniowała w miasteczku „antysemicka trucizna”.W tamtym czasie to jeszcze Żydom mało przeszkadzało.Na ulicy zadybskiej nadal mieszkała większość Żydów.Syn rebego otworzył tutaj pierwszą żydowską drukarnię w miasteczku i tutaj mieszkał ostatni żelechowski rabin reb.Iccchok Dawid- ha-Kohen.I były tam nadal żydowskie warsztaty szewskie i garbarnie Chaima Zadybera,”żółtego Szlojme”,Srulka Sztejhendlera („Rózgi”) i rodziny Fryd. c Tora i świeckie prądy

Ulic ”zadybska” odegrała także ważna rolę ze względu na swoje położenie blisko lasu.Pobożni Żydzi ,którzy nie mogli chodzić za daleko w czasie szabasu, mieli tam miejsce spacerów.Właśnie tutaj ,gdzie spędzało się w lecie szabas,na drodze do lasu młodzież żydowska zawierała romantyczne znajomości.Las także służył jako miejsce odpoczynku dla chorych,z których mniej zamożni mieszkali w gospodarskich chatach a bogaci w specjalnie dla tego celu wybudowanych domkach z werandami.

Żelechowski las był bardzo znany.Stał się miejscem spotkań rewolucyjnej młodzieży w roku 1905 a także i później w czasie rządów reżimu Piłsudskiego .Tutaj zbierała się komunistyczna młodzież.

Żelechów miał swoją własną dynastię chasydzką,o której wspominamy gdzie indziej.Ulicę, gdzie była rezydencja rebego,jego dworek, miasto nazywało” ulicą rebego”.Zaczynała się ona od domku sztybłu Bikkur Cholim[2] ,a kończyła na górze przy domu Izraela Garbarza.Z tej ulicy było widać synagogę,bejt-midrasz a także stary cmentarz.Chłopcy wracając zimową porą z chederu ,bali się przechodzić obok tego starego żydowskiego cmentarza .Jeżeli już któryś z nich musiał tamtędy przejść ,to opowiadał na drugi dzień w szkole o różnych zjawach,które unosiły się ze starego cmentarza do ogródu rebego.

I tutaj dotarła postępowa kultura żydowska.Niedaleko od dworu rebego,w domu Gesnera otworzono szkołę dla dzieci. W czasie wyborów była ona lokalem wyborczym.Później w wyremontowanym domu mieściły się związki zawodowe.I było to miejsce, gdzie większość młodzieży z całego miasta rozwijała się intelektualnie,dzięki bibliotece,głośnemu czytaniu,koncertom i dyskusjom między różnymi towarzyskimi kółkami z miasta.Tutaj odbywały się „wieczory skrzynkowe” .Każdy mógł wrzucić do tej „cudownej skrzynki” papierek ze swoimi troskami i trudnymi pytaniami.Tłumaczyli i odpowiadali na nie właśni wykładowcy.Aby te „wieczory skrzynkowe ” były ciekawe, organizowano je w taki oto sposób:jednego tygodnia spotykano się z członkami organizacji syjonistycznej w siedzibie związku rzemieślników, a na drugi tydzień przychodzili członkowie związku na spotkanie do organizacji syjonistycznej.Policja często urządzała najścia na siedzibę związków, co kończyło się prześladowaniami,aresztowaniami i innymi szykanami wymierzonych przeciwko robotnikom.Wiele razy te lokale zamykano, ale znów jest otwierano już pod inną nazwą.

Za drugiej strony dworu rebego biegła uliczka, uliczka biedoty żydowskiej,szewców,krawców,wikliniarzy,wielu biednych sklepików.Między innymi był tam i sklep „Białego Chaima”, gdzie za jeden grosz dało się już kupić kiszony ogórek z kwasem i kawałek chleba.To był przysmak, za którym się jeszcze dzisiaj czasem tęskni.Druga uliczka za dworem rebego słynęła z głębokiego błota po każdym deszczu.W nim miały dobre „kąpielisko” świnie chrześcijańskich sąsiadów.Była tam olejarnia Mojszego Welwela syna Jakela ,do której chłopi przynosili nasiona na olej.

 

Mosze Welwel syn Jakela

 

Olej wyciskało się przy pomocy konia,który chodził dookoła urządzenia.Dalej,na górze ,była garbarnia Oszera Iczego.Tam też przez pewien czas zbierała się młodzieżowa organizacja syjonistyczna.Nazwy żelechowskich ulic,które pozostały w mej pamięci oczywiście nie mają nic wspólnego z oficjalnymi nazwami,które nadawały im władze miejskie.Żydzi żelechowscy żyli własnym życiem i nazwy ulic ten styl odzwierciedlały.

 

Żelechowski świat

Na przykład mieliśmy czysto żydowską ulicę” łazieńską” .Tutaj koncentrował się, tak powiedziawszy –cały żelechowski prawdziwy świat.Na rogu była restauracja Aarona Psankiera (przez ostatnie lata na Senatorskiej),gdzie było często głośno i ciasno dzięki polskim chłopom i rzemieślnikom.Specjalnie w niedziele i wtorki wieczorem najwięcej żydowskich szewców i garbarzy przychodziło tu ,aby raczyć się ćwiartką gęsi,gęsią wątróbką czy szklaneczką piwa.Dalej mieszkało wielu krawców i była znana żelechowska łażnia ,w której palono w każdy piątek.

 

Warsztat szewski braci Fojgfeldów

 

Cały tydzień żelechowscy Żydzi jak i część Polaków czekała na łaźnię.Każdy w domu miał już przygotowane rózgi na chłostanie.W piątek dokładnie o 12-tej łaźnia zaczynała gwizdać jak lokomotywa.Gospodynie wtedy wiedziały ,że szabas jest u drzwi i spieszyły z jego przygotowaniem.Szewcy i krawcy odkładali nożyczki i żelazka i szli sobie używać łażnianych radości.Ogromne gorąco buchało od wielkich nagrzanych kamieni, na które polewało się wodę.Ludzie leżeli na niższych ławkach a grubsi na wyższych.Piszczeli z radości wychłostani rózgami,krzycząc chórem:”Dolej! Polej!”.

Oprócz łaźni także i w mykwie grzano wodę dla kobiet w poniedziałki , czwartki i w piątki wieczorem.My chłopcy z chederu,komu było sądzone przechodzić ulicą „łazieńską”,od czasu do czasu byliśmy szczypani przez kobiety wychodzące z łaźni i wracaliśmy do domu zapłakani z siniakami na rękach. A w domu jeszcze się z nas podśmiewano, kiedy opowiadaliśmy o tym wydarzeniu...

Blisko łaźni mieszkał jedyny w miasteczku żydowski mechanik.Nazywaliśmy go „Mejer mechanik”.Często reperował maszyny a później i rowery.O kilka domów dalej była jatka Zelika a blisko niego fabryka waty,gdzie często wata leżała rozciągnięta przez całą długość domu do wysuszenia.Tutaj mieszkała również Szewa, która handlowała mlekiem.Jej mleczne wyroby znane były w całym

Żelechowie.Przychodzili do niej często i kupcy z bardziej oddalonych ulic.Pamiętam święta ,kiedy dostawaliśmy często w domu szklankę „maślanki” z cienką warstwą śmietany na wierzchu ,którą kupowaliśmy u Szewy.Do tego nakroiło się „szczypiorku” i sera również od Szewy.I jak jeszcze mieliśmy bajgełe kupione u piekarki „Pesi Bajgełe”,to było jedzenie,którego jeszcze dzisiaj bym nie odmówił.

Trochę dalej mieszkał mełamed Kalmen Lejb – mój rebe,którego zawsze będę dobrze wspominał za to,że rzadko używał rózgi.Nauczył mnie dobrze hebrajskiego.W tym samym domu mieszkał Jochanan mełamed albo też „Jochanan gospodarz”,którego w mieście uważali za dobrego nauczyciela Tanachu ale za jeszcze większego łakomczucha.Często bił dzieci bez litości.Z Jochananem miałem dobre stosunki i często wykradałem się do niego do chederu ,aby uczyć się Księgi Proroków.Robiłem to i później ,kiedy byłem w drugiej klasie w Torze[3] u Dawida,zięcia Soni Szejnkiera a Johanan uczył tam najmłodsze dzieci.Chodziłem tam posłuchać jak uczy.

Na końcu ulicy było jeszcze kilka piekarni,kilka warsztatów wikliniarskich,krawców,szewców i innych żydowskich rzemieślników .Specjalnie chciałbym tutaj wspomnieć Manisza Pikolika –typowego uczciwego żelechowskiego żydowskiego rzemieślnika,bohatera poematu Jechiela Lerera „Mój dom”.

 

Targ i żydowscy kupcy

Całe miasteczko koncentrowało się wokół rynku,który był jego nerwem.Na środku rynku stała dziwna,czworokątna budowa,którą nazywano” ratuszem” a w jidysz „rothojz”.O ratuszu krążyły różne opowieści - kto był jego pierwszym właścicielem i kto go wybudował.W budynku mieli swoje sklepiki wyłącznie sami Żydzi:handlarze zbożem,artykułami żelaznymi,sprzedawcy mydła.

 

Rynek i ratusz

 

Na rogu budynku był znany w Żelechowie sklep ze śledziami i ogórkami,który prowadziła” firma ”śledziowa Frejdele”[4]. Chociaż w budynku był jeszcze i drugi sklep ze śledziami,którego właścicielem był aleksandryjski bogaty chasyd Icchok syna Lejbusza ,to jednak Frejdele cieszył się popularnością w całym mieście, tak między Żydami jak i chrześcijanami.W dzień targowy chłopi często kupowali u Icchoka,który oprócz śledzi sprzedawał także i mydło.

Icchok Lejbisza był wysokim Żydem w długiej kapocie,zawsze wyszmalcowanej.W mieście uważany był za wielkiego bogacza a także za wielkiego chciwca.Opowiadało się o nim,że kiedy w 1905 roku jego syn prześladowany przez policję chciał uciec zagranicę i poprosił ojca o pieniądze ten mu odmówił.Wtedy to syn „rewolucjonista” wyciągnął pistolet i straszył ojca,że go zastrzeli i siebie również.Icchok Lejbisza się strasznie wystraszył i dał synowi pieniądze.Ten złamał rewolwer,który był z czekolady i ojcu dał połowę....

Ratusz zamieszkiwała wyłącznie biedota ,oprócz bogatych rodzin Szyfmanów i rodziny Szalit,ich dzieci i wnuków Fajwla tkacza brokatu. Do mieszkań na górze wchodziło się po schodach z różnych stron i trzeba było się dobrze trzymać poręczy, aby nie złamać karku.Na górze na balach leżały deski po których wchodziło się do mieszkań.Przy chodzeniu wszystko się trzęsło pod nogami.Stamtąd spadła moja siostra Chana na kupę kamieni i bardzo się potłukła.Te zranienia potem odbiły się na jej zdrowiu.Malutkie mieszkanka , z wyjątkiem kilku krawców i krawcowych, zamieszkiwane były przez biedaków.Kiedy padał deszcz, nie starczało misek na podstawianie i wszystko w mieszkaniach zamiękało.

W szabas ,rynek zamieszkany w 99 % przez Żydów, był posprzątany i wyglądał naprawdę „szabasowo”.Przemykały po nim kobiety i mężczyzni idący albo na modlitwy albo z modlitw.W południe można było znów widzieć kobiety,które wracały od piekarza z dobrze zapakowanym „czulentem” ,aby nie wystygł.W lecie ,po szabasowym posiłku,małe grupki kobiet siadywały na kamiennych schodach przed drzwiami i gwarzyły o kłopotach z dziećmi,ich niekoszernych zainteresowaniach (książki) i o codziennych problemach.Wieczorem po szabasowej drzemce Żydzi spieszyli na minchu.A po zapadnięciu zmroku,po trzecim posiłku, rozlegał się śpiew ze sztybłów aleksandryjskich chasydów ,z domu Szepsa Chaima syna Szymona.

W niedzielę rynek ożywał dzięki chłopom,którzy przyjeżdżali z okolicznych wiosek do kościoła.Po kościele gromadzili się na rynku. Żydowskie handlarki, sprzedające bułki,owoce,cukierki ,próbowały i w niedzielę prowadzić swój kiepski interes,który często był zakłócany przez policję.Żydowskie sklepy bywały otwarte po cichu,od tyłu.Sklepikarze bali się polskiej policji,która im w niedzielę nie pozwalała handlować.Ale jakoś to dało się załatwić dając „w łapę” .

W poniedziałek rynek znów ożywał.Wcześnie rano furmani z miasteczka i okolic czekali na ludzi ,aby ich odwieźć na jarmark do Adamowa.Trochę później przyjeżdżał „autobus”, taki rodzaj omnibusu,którym kierował Melech Szarfharc,a który zabierał pasażerów do Warszawy.

 

Żelechowski autobus w dniu odjazdu Chany Brańskiej

 

We wtorek był dzień targowy, z którego żyła prawie połowa miasteczka.Wcześnie rano zaczynali przyjeżdżać wieśniacy z okolicznych wiosek,a także i Żydzi z innych miasteczek,handlarze kur,jajek,masła i innych towarów.

 

Welwel Fajwel i jego wspólnik

 

Cały rynek był wypełniony chłopskimi wozami z wyprzężonymi końmi.Dyszle dawano w górę, aby zabierały mniej miejsca.Tłok,młócenie maku z makówek ,gwar wieśniaków - to wszystko tworzyło pewnego rodzaju symfonię ,którą tylko żelechowiak mógł słyszeć .Po bokach rynku stali rolnicy z workami kartofli,wywiniętymi tak ,aby można było je lepiej widzieć.Tutaj przychodziła miasteczkowa biedota ,aby wytargować dla siebie lepszą cenę za ziemniaki,które często były dla nich jedynym pożywieniem przez cały tydzień.Targowali się z chłopami o parę groszy, aby jeszcze im zostało na tłuszcz do

okraszenia.Sprzedawano także tutaj buraki,cebulę i inne produkty rolnicze.Trochę bliżej kościoła szedł handel masłem,jajami,kurami.Bez ładu i składu stali tutaj z tacami zawieszonymi na szyi,żydowscy domokrążcy z Żelechowa i przyjezdni z okolicznych miasteczek.Stało tam jedynie kilku chrześcijańskich szewców z przenicowanymi butami.

Wtorek był także dobrym dniem dla handlarek,które sprzedawały puszki z cukierkami.Dzieci często płakały całymi godzinami ,aby dostać od matek po groszu na słodycze od Miriam Lejbeles.Była to mieszanka okrągłego groszku ,bobów i cukierków.

Część rynku od Soni Szejnker do Libisza Szejnkera zajmowały garnki.Większość z nich była ulepiona z gliny przez garncarzy,którzy mieszkali obok żydowskiego cmentarza.Trochę bez ładu stały budki z prosiętami.Często przechodzący Żydzi zatykali sobie nosy, aby nie czuć zapachu, bo tam się gotowało w garnkach wieprzowe wędliny.

Większość domów naokoło rynku to były sklepiki,większe czy mniejsze.Na kraju rynku w domu Frejdy Calki wchodziło się po kilku schodach na górę, gdzie był sklep zapełniony maką,solą i innymi towarami.W tym samym domu była „herbaciarnia” Temi Trajnewera,gdzie za jeden grosz można było dostać pół czajnika gotowanej wody.W zimie wieśniacy często zatrzymywali się tutaj na szklankę herbaty.Następny był dom Soni Szejnker z szynkiem,który w ostatnich latach wygladał już jak ruina.Mieszkały tam trzy siostry Dramlewicz,które poświęciły swoje zdrowie i wolność ruchowi robotniczemu.Ich szwagier a mój drogi kolega Jechiel Krukowicz...., dużo pomagał przy pracy organizacyjnej dla dobra sprawy robotniczej.

Przy rynku stał dom z cegły w którym był kiedyś gościniec.Nikt nie pamięta kiedy to było ,ale nazwa „oberża” pozostała.Potem była tam bardzo popularna rozlewnia wody sodowej Dawida Ażesa.Tam można było dostać najlepszą wodę sodową z sokiem,butelkę sody,kwas, a na szabas dzbanek z sodą,które się często już rozwoziło z kawałeczkami lodu, aby na tym się postawiło szabasową galaretę z ryby.

Wyrób tej sodowej wody był bardzo prosty.Żyd z czarną brodą kręcił kołem,coś tam cykało i to wyrabiało ulubiony napój.

W „oberży” na piętrze mieszkał znany każdemu Jidel Mendele (Goldfart)-introligator. Obłożony był zawsze pobożnymi i innymi książkami,do których, - jak mi mówił w sekrecie - zaglądał i część z nich jak te „Josele” Dinesona mu się bardzo podobała.Był bardzo dobrodusznym Żydem i łatwo mu przychodził płacz.Wiele łez przelał za” Joselów”.

 

Rodzina pisarza A. Wolfa Jasnego

 

Oprócz oprawiania książek,miał jeszcze inne „szlachetniejsze” zajęcie. Stowarzyszenie Psalmistów powierzyło mu budzenie wcześnie rano jego członków na recytowania Psalmów.A robił to tak:podchodził blisko okna, gdzie mieszkał członek stowarzyszenia i płaczącym tonem Ejchy[5] wywoławał :„Wstawajcie mili Żydkowie,służyć Stworzycielowi!”.Jego żałosna melodia jak żywo przypominała Ejchę,tak że wyciągała każdego z łóżka.Był on również zegarem dla wielu Żydów,którzy potrzebowali wcześnie wstać:

„Jeżeli Jidel Mendele woła na Psalmy to już czas wstawać”.

Jego żona,a matka naszego szanownego redaktora A.W.Jasnego dorabiała jeszcze handlując jabłkami,które wypełniały wszystkie kąty mieszkania.I mimo tego żródła dochodu brakowało im bardzo często pieniędzy na podstawowe utrzymanie.Często musieliśmy mu płacić wcześniej za książki,które wziął do wiązania z biblioteki związku rzemieślników.

W rogu rynku była restauracja Herszla Hepnera.Oprócz chrześcijan chodzili tam żydowscy szewcy,garbarze,którzy zrobiwszy dobry interes skoczyli udawali się na szklaneczkę piwa,gęsią wątróbkę czy nawet dobrą ćwiartkę gęsiny.Po szabasowej drzemce schodzili się tutaj rzemieślnicy.”Stawiali” beczułkę piwa,zakąszali pieprzonym grochem,czasem kilkoma śledziami i czarnym chlebem.

Z frontu była „farbiarnia” znana wśród Żydów i Polaków.Sam nie pamiętam, kiedy tam ostatnio farbowali ,ale ten sklep tak się nazywał.

Oprócz normalnego targowiska Żelechów miał jeszcze nieżydowski rynek , targ świński,na którym dwa razy w tygodniu handlowano świńmi.Kwiczenie prosiąt rozlegało się po wszystkich przyległych uliczkach,gdzie wyłącznie mieszkali Żydzi.

Przy rynku mieszkali żydowscy rzemieślnicy.Izrael Szmul Gontarz przez cały rok robił gonty.Na Tisze be-Aw[6] robił chłopcom z chederu drewniane miecze.Mieszkali także farabiarze,szklarze,szewcy i żydowski krawiec Jokele który szył[7] .Były i żydowskie sklepiki z sodą,mlekiem i różnymi warzywami.Pamiętam dobrze powroźnika z tej okolicy.My chłopcy, z chederu zawsze lubiliśmy się przyglądać jak konopie,które trzymał powroźnik w fartuchu przed sobą, i dzięki toczącemu się drewnianemu kołu przemieniał je w powrozy.

Potem mieszkał jeszcze krawiec i wikliniarze :Mojsze Dawid Rzeźnik szojchet i Lejzor Liper,szklarz.Obok domu szojcheta była mała uliczka i tam ciągle klepał młynek wyrabiający ze zboża kaszę.Na końcu uliczki mieszkała Cwija albo inaczej „Cwija starostka” (gabete).Bardziej znana była pod tym przezwiskiem.Każdy znał Cwiję w mieście jako zajmującą się pogrzebem kobiet i pilnującą w synagodze modlitw kobiet,które nie rozumiały hebrajskiego.

Na rynku było także i specjalne miejsce dla kuglarzy,którzy czasami przyjeżdżali do Żelechowa i chodzili wysoko po linie.

Jak we śnie przypominam sobie wielką demonstrację,która miała miejsce w 1905 roku. Wtedy akurat zaczynałem naukę u mełameda Lejba Kalmena.Pewnego dnia przyszedł „chromy Josek” – „bohater roku 1905” wyprowadził wszystkie dzieci na ulicę i poprowadził na demonstrację.Cieszyliśmy się,że nie musimy się uczyć i że maszerujemy jak wojsko.Po drodze zaprowadził nas do piekarni Mendela Hilechusa i zażądał ,aby każdy chłopiec dostał bułkę.Koniec wszystkiego nie był bardzo wesoły dlatego,że zaczęto krzyczeć,że idzie policja i wybuchła panika.Zapomniano o dzieciach.

Potęgował to wszystko jeszcze nasz płacz.Przybiegła wystraszona moja mama i zabrała mnie do domu


Tak oto powracają w moich myślach i przeplatają się w mojej pamięci ulice,wydarzenia,ludzie,którzy tu mieszkali,ciężko pracowali,żyli pełni nadziei,wiary i zginęli śmiercia Sprawiedliwych.Będą żyć w mojej pamięci tak długo,póki moje oczy nie zgasną.


Przypisy:

  1. Ha-zamir (hebr.skowronek) hebr. Związek Muzyczno-Dramatyczny Return
  2. Bikkur Cholim hebr.Odwiedzanie chorych.Bractwo którego członkowie odwiedzali chorych i troszczyli się o ich potrzeby Return
  3. Talmud Tora - religijna szkoła elementarna dla najuboższych dzieci Return
  4. gra słów w jidisz. „Śledziowa Frejdele” może także znaczyć „Radość ze śledzia”. (od tłum.) Return
  5. W czasie Tisza be-Aw odczytuje się w synagodze zwój Ejcha(Lamentacje proroka Jeremiasza)-powstały po zniszczeniu Pierwszej Świątyni Return
  6. Chłopcy z chederu mieli swoje własne święto cmentarne podczas Tisza Be-aw - odwiedzali wówczas cmentarz niosąc drewniane miecze". Return
  7. Tachrichim jidisz.Okrycie. Całun uszyty z nowego baiałego lnianego lub bawełnianego płótna w który ubierano zmarłego Return
Wyrazy w kursywie od tłumacza z czeskiego


[Str. 95]

Życie społeczne w czasie I wojny światowej

Jechiel Chybkiewicz (Kolumbia)

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

 

Sytuacja w miasteczku

Życie społeczne w Żelechowie zaczyna się na nowo w roku 1915,kiedy Rosjanie ewakuowali się z miasteczka.Przyjechało kilku młodzieńców z Warszawy.Pamiętam ich jeszcze dzisiaj.Jeden był gruby o poważnej twarzy w szarym kapeluszu przesuniętym na tył głowy.Ubrany w krótki garnitur w białe prążki z ostro zaprasowanymi kantami u spodni, miał zawsze założone do tyłu ręce.Nazywał się Izrael Icchok Jabłoń.

Chodził bardzo często z wysokim,chudym młodym człowiekiem o białej pociągłej twarzy z głęboko osadzonymi,uśmiechającymi się oczyma.Na swoich kanciastych ramionach nosił krótką,ciemnobrązową marynareczkę,która ledwo co zakrywała jego kolana.I dlatego jego długie nogi jeszcze bardziej rzucały się w oczy.U miejscowych żelechowskich chłopców rzadko widziało się taką krótką marynarkę.Nazywał się Izrael Icchok Haberman.Obaj pochodzili z Żelechowa.Przez długie lata pracowali w Warszawie jako kożusznicy. Wojna ich rzuciła znów do Żelechowa.

Prawie codziennie powracali żelechowiacy z wielkich miast.Z Łodzi przyjechał Iczele Klejman,człowiek małego wzrostu i bardzo uczuciowy,Chaim Jojsef Farber-tkacz,który już pracował na maszynie tkackiej w Łodzi –malutki,nawet z porządnym brzuszkiem,o czerwonej twarzy i małej jak księżyc główce.Należał już do starszych kawalerów.Miał ładny,dźwięczny głos i bardzo ładnie śpiewał o kobietach, a także przedstawiał piękne kantorskie kawałki oraz piosenki w jidysz.Sama radoscią było go słuchać , jak swoim wysokim głosem trylował jak kanarek.Wtedy połowa dziewcząt i chłopców stała pod jego oknami i zachwycała się każdym dźwiękiem i słowem.

Powrócił także Arn Princ(tak go nazywaliśmy) ze swoja rodziną: z Izraelem Hefnerem,eleganckim chłopcem,noszącym czarny twardy kapelusz,wysoki biały kołnierzyk i czarną apaszkę.Chodził zawsze z piękną laską ozdobioną błyszczącą srebrną rękojeścią.Jego twardy kapelusz był trzecim w Żelechowie po Libiszu Hochmanowi i Szmulowi Jaskisowi.Do rodziny Hefnerów należał także„Żółty Jechiel” ,”Żółta Fajgele”,Zośke i Mirele Hefner.Wszyscy oni dorastali w Warszawie.

 

Izrael Hefner

 

Izrael Hefner dał się poznać jako dobry tancerz.Kiedy się spotykali, to śpiewali i tańczyli.Gdy Izrael chwycił Zośkę do walczyka,to naprawdę było na co popatrzeć.

Całe miasteczko było wtedy bez pracy.Ucichło klepanie ciężkich szewskich młotków o grube podeszwy i ucichł akompaniament małych młotków w rękach młodych szewczyków, kiedy przybijali drewniane gwoździe do przygotowanych w podeszwach czterokątnych małych dziur.Ta muzyka,którą słychać było prawie z każdego żelechowskiego domu, z przyjściem Niemców naraz ucichła.Szewskie warsztaty przykryto brudnymi szewskimi fartuchami i odstawiono pod ścianę.Stołki szewskie postawiono do góry nogami.

Ciche uliczki miasteczka,które z wyjątkiem wczesnego rana kiedy to gospodynie szły po zakupy,teraz ożyły.Nie mając nic do pracy szewcy,krawcy,rymarze i garbarze kręcili się po mieście.Każde rzemiosło miało swoje miejsce spotkań.Szewcy gromadzili się na ulicy zadybskiej w domu Jankla Fingeryka ,gdzie mieszkał Salys.Rymarze i garbarze na ulicy Łaźniowej koło bejt-midraszu, a krawcy na ulicy Pałacowej,w oberży lub przy moście.Na szosie warszawskiej spotykali się tragarze i furmani.Wystawało się całymi dniami i rozmawiało o polityce i planowało „strategie wojenną”.

 

Ówczesna policja żydowska

Po raz pierwszy pojawiła się w Żelechowie „policja żydowska”.Bez broni i bez mundurów a tylko we własnych ubraniach.Policjant Mejlech Szarfharc chodził ubrany w krótką marynarkę,w żółtych butach z cholewami na nogach,w kościuszkowskiej czapce na bakier i z biczem w ręku.Biedny był Żyd,który poczuł jego bicz i z siniakami na plecach wracał do domu nie mogąc z bólu usnąć przez całą noc.Również w czasie okupacji hitlerowskich Niemiec Szarfharc uważał za swój psi obowiązek być policjantem w żelechowskim gettcie.

Drugim „niemieckim” policjantem w tamtym czasie był znany każdemu żydek.Chodził w długiej kapocie i żydowskiej mycce i zawsze nosił ze sobą cienki giętki bicz,którym wywijał na wszystkie strony ,aby wzbudzić szacunek.Od innych Żydów różnili się oni biało-czerwonymi opaskami na rękawach.

Początkowo wszyscy uważali ich za” swoich ludzi”, z którymi żyli i handlowali, ale później po ich zachowaniu poczuli do żydowskich policjantów nienawiść.Nie raz biegali oni po całej ulicy Pałacowej aż do magistratu szukając jakiegoś Żyda,któremu bez względu na wiek i pochodzenie ,mogliby „wlepić” ,albo przyłapać go na czymś .Wchodzili w grupę stojących,bladych Żydów i z szyderczym śmiechem szli dalej.Z czasem ludzie coraz bardziej bali się żydowskich policjantów i od nich stronili.

Pewnego rana,kiedy nasi żelechowscy Żydkowie szli na mały spacer po rynku,zobaczyli małego niemczyka ubranego w prawdziwy niemiecki mundurek, w małej miękkiej czapeczce na głowie.Opasany był żółtym szerokim paskiem, na którym wisiał bagnecik.Myśleli,że tego „Niemczura” przywieźli z Berlina ,ale kiedy przyjrzeli się jego twarzy, to zobaczyli,że to jest nasz Jankiel,nasz żelechowski „Niemczur”. Za chwilę cały Żelechów już wiedział,że dzięki Bogu mamy własnego Niemca!

 

Katastrofa gospodarcza i działalność kulturalna

W miasteczku codziennie pojawiają się nowe twarze.Stojąc koło mostu z innymi podobnymi „obijakami” , czekamy na furmanki z Sobolewa.Dzisiaj nie czeka się na sprzedających buty z cholewami ale na gości,którzy mogą nam przywieźć nowinki czy jakieś wieści z Warszawy.

Przyjeżdżają furmanki z różnymi ludźmi.Młodzież otoczyła jedną furmankę, na której siedziały ubrane „po miastowemu” dwie siksy.Po ich twarzach było jednak poznać,że są miejscowe.Na pewno były kilka pięknych lat w Warszawie służącymi, a teraz wróciły do domu.Obok nich siedział uśmiechnięty warszawski młodzieniec z gładko ogoloną brodą.Zsiadł z furmanki,pańskim gestem zapłacił chcąc pokazać wszystkim,że nie jest małomieszczański.Wiele rąk wyciągnęło się ,aby go przywitać, ale nikt do niego nie przemówił ,jedynie Jechiel Menis poklepał go po plecach i zapytał się:”Jesteś Awrum,syn Samuela Gonczara?Pamiętasz jak cię odwiozłem do Sobolewa, kiedy wyjeżdżałeś do Warszawy do pracy? Wtedy jeszcze byłem ślusarzem ,a dzisiaj jestem tragarzem”- powiedział smutnym głosem.Zabrzmiało to tak,jakby według niego zawód ślusarza był lepszy od zawodu tragarza.Wziął od niego walizkę, chociaż Awrum się bronił i mówił że mieszka tutaj blisko ,ale nic to nie pomagało.Jechiel Menis wziął bagaż na plecy i szybko się oddalił ,aby powiedzieć Izraelowi Gonczarowi,że przyjechał jego syn.

Doszedł Lejbel Jabłoń w ciemnych okularach.Ubrany w elegancką,pięknie wyprasowaną kapotę z laseczką wiszącą na ręku,wolnym krokiem podszedł do Awruma i zapytał:”Awrum Tuchbrach.Prawie cię już nie poznałem.Jak się masz? Co nowego w Warszawie?”.

Awrum się trochę wzdrygnął i odpowiedział:”Nic.Żadne wiadomości z Warszawy.Sytuacja jest zła.Nie ma pracy i nie ma do czego dziubnąć.Jednym słowem jest źle.A co tutaj nowego w Żelechowie? Co ze związkami? Co z ludźmi?”.

Lejbel się zamyślił i odpowiedział:”Jutro porozmawiamy na ten temat.W każdym razie chcemy coś z tym zrobić”.

Jeszcze zanim Rosjanie opuścili Żelechów, była tu mała grupka młodzieży,która zdobyła skądś potajemnie około 50-60 książek.Był to pierwszy dar książkowy dla biblioteki publicznej,która działała nielegalnie.Książki rozdzielało się między wspomnianą młodzieżą.Pewna ilość książek schowana na strychu

dlatego,że posiadanie wielu książek w okresie carskim mogło wywołać podejrzenie i pachniało to więzieniem.

Założycielami tajnej biblioteki byli:Awrum Justman,Manisz Waserman,Jechiel Tuchbroch i Awrum Kijewski.Była także i druga grupa,która miała do dyspozycji książki.Należeli do niej Nojech Waksman,Jojne Ojgu.Mordka Gotowizna,Icchok Waserman, i kilka dziewcząt z chasydzkich rodzin,które także już czytały książki.To była grupa syjonistyczna,która o nas wiedziała ,bo czasami wymienialiliśmy się książkami.

Chasydzi na tę młodzież patrzyli jak na bezbożników,na biedaków,którzy zeszli ze słusznej drogi. Natomiast robotnicy mieli dla nich wielki szacunek.Na szabes w czasie modlitwy często stawali na podwórku synagogi i prowadzili rozmowy.Od razu obstępowali ich zwykli ludzie i chwytali każde słowo .

Kilka miesięcy później zaczęło się publicznie mówić o powstaniu instytucji,która będzie prowadzić działalność kulturalną wśród młodzieży.Okazja ku temu była wtedy sprzyjająca pomimo,że panowała niemiecka władza wojskowa (nie można było ją porównywać z późniejszą okupacją hitlerowską).Czuliśmy się bardziej swobodni niż za władzy carskiej.Teraz mogło się wyjść z ukrycia i prowadzić legalną działalność kulturalną.

Zdecydowano zwołać zebranie większej ilości ludzi, bo liczono,że zbierze się tym sposobem większą ilość datków na fundusz organizacji kulturalnej.Pierwsze zebranie było zwołane po szabasowej wieczerzy w miejskiej łaźni, aby nikt nam tam nie przeszkadzał.Inicjatorami zebrania byli:Awrum Justman,Izrael Icchok Haberman,Manisz Waserman,Jechiel Tuchbroch,Izrael Kopyto,Izrael Icchok Jabłoń,Awrum Kijewski,Iczele Klejnman,Lejbusz Jabłon, Awrum Tuchbroch z Chaimem Ankermanem na czele,który był jednym z najbardziej znanych osób w mieście.Udzielał lekcji,pisał podania, a także sam się uczył.W miasteczku mówiło się,że ukończył cztery klasy gimnazjum.Mówił dobrze po rosyjsku, polsku i po niemiecku.Jego wygląd również budził sympatię.Blondyn o niebieskich oczach, bladej twarzy,z binoklem przyczepionym za uchem złotym łańcuszkiem.Ubierał się po żydowsku.Jego kolegami byli Arn Nodler i jego brat Jakub-student.

Na zebraniu zdecydowano założyć związek kulturalny.Była wybrana rada tymczasowa,która miała zająć się propagandą i utworzyć fundację dla znalezienia lokalu i zakupienia mebli.Zrozumiałe,że znaleźć lokal dla naszej instytucji kulturalnej było zadaniem trudnym.Nasi towarzysze,rzemieślnicy,nie mogli nam dać pomieszczenia w swoich ciasnych mieszkaniach.Zacni gospodarze znów nie chcieli nam wynająć lokalu na tak „niekoszerną” rzecz jaką była biblioteka.Dlatego musieliśmy naszą żydowsko-kulturalną instytucję umieścić u chrześcijan.

 

„Żydowski Związek Kulturalny w Żelechowie”

Pierwszą żydowską bibliotekę w Żelechowie otworzyliśmy w małym pomieszczeniu pełnym mebli.Była tam szafka zbita przez naszych rzemieślników i wielki długi stół oraz dwie długie,białe ławy.Na ścianach powiesiliśmy kilka małych obrazków L.Pereca,Szolera Asza,Dawida Pińskiego,Awruma Rajzena i Heinricha Heinego.Na stole rozłożyliśmy parę gazet i starych czasopism.Spotykaliśmy się co wieczór, kiedy robiło się już szaro.Często po cichu wkradało się do nas kilka dziewcząt z chasydzkich rodzin.Większość przychodzących to były szwaczki,które pracowały na siebie albo dla kogoś innego.Świeciła ciemna lampa,wisząca pośrodku sufitu.Siadaliśmy naokoło stołu.Manisz Waserman przyniósł kilka książek Pejzena,Pińskiego, i Edelsztafa.Każdy siedział zatopiony w książce po uszy i czytał.Było cicho i nie słyszało się ani słowa.Drzwi otwierało się po cichu i wchodził kolejny towarzysz.Dwie wielkie ławki szybko się zapełniały.Pojawiali się także ludzie z wielkich miast.Każdy z nich przyniósł pod ręką książkę.To byli sami organizatorzy Związku Kulturalnego.Cieszyli się,że ich praca się udała.Przechodzili pomału obok stołu i patrzyli, co kto czyta.Pytali ,czy czytana książka się podoba.Proste dziewczęta ,zarumienione odpowiadały wstydliwym głosem:„Bardzo piękna książka.Bardzo mi się podoba”.

Przychodzili: Izrael Icchok Jabłoń,Awrum Justman,Izrael Kopyto i inni.Od razu przechodzili do dyskusji o pisarzach i literaturze.Awrum Justman będzie miał na szabas referat o literaturze żydowskiej.Chaim Ankerman zaraz napisze ogłoszenie:”Na szabas 8 października w pomieszczeniu Biblioteki Żydowskiej będzie miał referat tow.Justman na temat:Awrum Rejzen i jego twórczość”.Jak tylko skończyła się dyskusja ,zaczynało się śpiewanie.Zrozumiałe,że najczęściej śpiewało się pieśni robotnicze ale i ludowe.Przypominało się ówczesne pieśni rewolucyjne z 1905 roku.Żelechów je dobrze pamiętał.Nasz śpiew przyciągał dużo młodzieży i starszych , głównie rzemieślników,którzy często stawali pod oknem i śpiewali razem z nami.

Całe miasto zaczęło mówić o powstaniu biblioteki.Chasydzi na czele z rabinem,byli bardzo zaniepokojone tym ,co się działo w mieście.Mówili,że dużo dzieci z chasydzkich rodzin jest demoralizowanych i że schodzą z prawej drogi.W lepszych domach zaczynało się szykanowanie chłopców i dziewcząt ,ale to nie bardzo pomagało.Szerzyły się plotki,że ci lepsi miastowi panowie szykują najazd na bibliotkę i zniszczenie wszystkiego, co tam jest.Oczekiwaliśmy,że coś takiego może się stać i przygotowywaliśmy się to walki.

W międzyczasie wzrastało zainteresowanie naszą biblioteką.Zaczęli do niej przychodzić ówcześni inteligenci z miasteczka:Arn Nodler,Frejde Justman,Nojech Waksman i inni.Pomieszczenie nasze zaczynało być małe i niewygodne.Codziennie zapisywali się nowi członkowie.Zaczynaliśmy myśleć o zajęciu jakiegoś całego domu.Zrobiliśmy wszystko ,co było tylko możliwe i z pomocą Arna Nodlera i jego przyjaciół z porządnych,bogatych rodzin,przeprowadziliśmy się do nowego domu z wieloma pomieszczeniami.Mieliśmy tam oddzielnie bibliotekę i czytelnię a także miejsce na czas wolny i pomieszczenie na zebrania.Zdobyliśmy nowe meble.Przynieśliśmy ładne portrety żydowskich i nie żydowskich pisarzy.Ozdobiliśmy wszystkie ściany obrazkami.Zorganizowaliśmy zbiórkę pieniędzy na zakup nowych książek i nasza biblioteka nabrała wyglądu przyjemnej instytucji kulturalnej.

Zwołane było pierwsze wielkie zebranie wszystkich członków.Odbywało się w sposób parlamentarny:prezydium,bilans,krytyka.Zapisywano się chętnie do zabierania głosu.Nie wiedzieliśmy nic o tym,że mamy swoich rzeczników siedzących w pierwszym rzędzie.Na kawałkach papieru zapisywali wszystko ,co przeciwnik mówił.Na koniec wybrano prezydium.Żelechowiacy pierwszy raz widzieli ,jak się przeprowadza zebranie w parlamentarny sposób ze wszystkimi szczegółami.Przewodniczącym był najwyższy ze wszystkich członków,silny,ładny i elegancko ubrany Arn Nadler. Sama jego postać i arystokratyczny wygląd wywoływały szacunek.

Przychodził co wieczór z jednym ze swoich kolegów,niskim i również elegancko ubranym żydowskim aptekarzem,którego nazwiska już nie pamiętam.

 

„Żydowski Związek Kulturalny w Żelechowie”

Umocniliśmy swoją pozycję i już nikt nam nie mógł nic zrobić.W naszym Związku wisi oprawione w ramki oficjalne pozwolenie od władz niemieckich.Do Związku Kulturalnego wciągnęła się cała żelechowska młodzież.Wszyscy traktowali pracę poważnie i sumiennie pełnili obowiązki jak : otwieranie na czas pomieszczeń,sprzątanie,utrzymywanie porządku w sali.Wszystko robiono ze świątobliwym entuzjazmem.W każdy piątek przychodziło siedmioro dyżurnych.Wycierali podłogi,myli okna itp.O takich dyżurach gorąco dyskutowało się na zebraniach kierownictwa.Wybierano bardziej widocznych i aktywnych członków.

Kierownictwo powołało różne sekcje:kulturalną,dramatyczną ,aby uczyć aktorstwa i sekcję dziennikarską dla rozpowszechniania wychodzącej wtedy bundowskiej gazety Lebens Fragen (Życiowe kłopoty).Arn Nadler kochał teatr i sam miał talent aktorski, dlatego się bardzo starał ,aby przy Związku Kulturtalnym w Żelechowie powstało dobre kółko dramatyczne.

 

Przygotowujemy teatr w jidysz

Arn Nadler zaczął organizować takie kółko dramatyczne z wielkim entuzjazmem.Przeegzaminował prawie całą młodzież, zanim wybrał grupę zdolnych chłopców i dziewcząt,którzy mieli zagrać w teatrze.Takimi zdolnymi okazali się:Izrael Icchok Haberman,Chaim Ankerman,Pejsach Papus,Jankiel Morawke,Sorele Kaner,Bejcze Gilburt,Frajde Justman i inni.Sam Arn Nadler był reżyserem.Pierwszą sztuką,którą zaczęliśmy przygotowywać była „Bar- Kochba”.[1]

Zaczęły się próby,które odbywały się za zamkniętymi drzwiami ,ale mieszkańcy i tak się zaraz dowiedzieli,że przygotowywujemy przedstawienie.Wieczorem ,kiedy odbywały się próby, przybywali ludzie i przez długie godziny pod drzwiami i podsłuchiwali każdy okrzyk i każdą piosenkę, którą tam śpiewano.Kiedy przyszła kapela Izraela Klezmera ,aby ćwiczyć z aktorami,połowa miasteczka stała pod oknami tak długo ,aż skończyła się próba.Po kilkunastu próbach „kawałki” z Bar-Kochby śpiewało się już po domach, gdzie zbierali się chłopcy i dziewczęta.

Wszystko było przygotowane do występu.Brakowało jedynie statystów na wojsko.Pewnego wieczoru w czasie próby wyszedł spocony i zaczerwieniony Arn Nadler i zawołał:”Koledzy,potrzebujemy na scenę żółnierzy!Kto się zgłasza na żołnierza?” Pierwszy zgłosił się Awrum Justman.Ja wziąłem z niego przykład.A po nas zgłosiło się jeszcze 50-ciu chłopców.Ustawiliśmy się w równym szeregu, jak do marszu.Arn Nadler zmierzył nas bystrym spojrzeniem i obejrzawszy szereg ,brał na bok za rękę tego, który mu się podobał.Wybrał 20-tu chłopców.My wybrani,byliśmy szczęśliwi. Bo czy jest to drobiazg być żołnierzami na scenie?A do tego jeszcze być na próbach? Wkrótce przyszedł rozkaz do żołnierzy żeby ” jutro dokładnie o 8-ej wieczorem przyszli na próbę to ich nauczą jak się maszeruje na scenie”.

Pożegnaliśmy się i autentycznie szczęśliwi poszliśmy do domu.Idąc po ulicy czuliśmy się zupełnie inaczej niż przedtem.Właściwie nie szliśmy ,ale maszerowaliśmy.Prowadził Awrum Justman jako najstarszy.Powiedział nam:”Chłopcy to nie jest żart.Musimy być odpowiedzialni.To jest teatr.Scena”.I każdy z nas czuł naprawdę wielką odpowiedzialność i przygotowywał się do występu przed „publicznością”.

 

Sprzedaź kotylionów organizacji Bund w 1918 roku [2]

 


Przypisy:

  1. Bar Kochba – hebr.Syn Gwiazdy.Przywódca ostatniego powstania Żydów przeciwko panowaniu Rzymian po ogłoszeniu przez Hadriana zarządzenia o budowie miasta na terenie zburzonej Jerozolimy oraz zakazu obrzezania. Return
  2. Chodzi prawdopodobnie o tzw „cegiełki” Return

Ksiega Pamięci


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Zelechow, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Binny Lewis
This web page created by Max Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 9 Apr 2016 by MGH