Księga Pamiątkowa Garwolin

[str 205-206]

Kiedy wybuchła wojna

Cyrel MINC(Paryż)

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

Pamiętam wybuch wojny. A czy w ogóle rozum dziecka jest zdolny zrozumieć to okropne słowo –wojna? Pamiętam jak doznałam szoku, kiedy musieliśmy opuścić nasze kochane miasteczko Garwolin. Zgasła wtedy nadzieja na życie. Chociaż w Garwolinie nie było łatwo z uwagi na panujący tam antysemityzm, to i tak było to nasze drogie miasto bo tam się urodziliśmy i wzrastaliśmy. Miasteczko pełne żydowskich rzemieślników, organizacji żydowskich, długoletnich tradycji i fantastycznej, spragnionej wiedzy młodzieży.

Niemcy wszystko to zniszczyli jednym ciosem. Potem nastąpiły okropne dni. Nigdy nie zapomnę spuchniętych z głodu Żydów w Garwolinie i w żelechowskim gettcie. Nie zapomnę palenia naszych świętych ksiąg. Dwa lata spędzone w żelechowskim gettcie pozostawiły okropne wspomnienia. Bardzo dobrze pamiętam ostatnie święta w 1942 roku. Dzień Jom Kipur-najświętszy dzień dla Żydów niemccy mordercy wybrali specjalnie, aby zbeszcześcić to co było dla najświętsze. Na sukot otoczyli getto i zaczęła się jego likwidacja. Wszyscy Żydzi musieli wyjść na plac. Zapanowała panika. Kobiety płakały, dzieci krzyczały, bo na pewno swoim dziecięcym instynktem wyczuwały niebezpieczeństwo. Niemcy wykrzykiwali, bili i strzelali do ludzi. Kto nie mógł szybko wypełnić ich bandyckich poleceń, był od razu zastrzelony. Żydowskie życie nie miało żadnej wartości.

Udało mi się uciec i w czasie tułaczki spotkałam swojego ojca i siostrę Fajgę. Resztę naszej rodziny wywieziono i zginęli w obozie w Treblince.

Wyczerpani długą wędrowką oddaliśmy się w niemieckie ręce. Wraz z 30 innymi Żydami pracowaliśmy w majątku pilnowani i bici przez Niemców i Ukraińców. Wyniszczeni fizycznie i psychicznie znaleźliśmy wszyscyjeszcze tyle siły, aby pewnej nocy uciec. Retoryczne pytanie:czy mieliśmy inne wyjście?

Żadne drzwi przed nami się nie otworzyły. Gonieni jak zwierzęta, bez możliwości ratunku, ale z ogromną chęcią do życia. Za jedyne drzwi, które się przed nami otworzyły musieliśmy zapłacić ogromną cenę.

Około dwóch miesięcy przechowywał nas gospodarz Pajkowski. Za kąt w jego ”stodole” zapłaciliśmy wielka sumę pieniędzy. Raz dziennie przynosił nam wodę, a raz w tygodniu chleb. Zawsze z tym samym ironicznym uśmiechem i tym samym refrenem:”Dlaczego tak się rwiecie do życia? My Polacy was nienawidzimy. Niemcy do was strzelają. Nikt was nie chce”

Każde jego słowo raniło jak ostrze noża. ”Nikt was nie chce”- moje proste dziecinne myślenie nie mógło się pogodzić z taką logiką. ”Czy to przestępstwo być Żydem? ”Cierpieliśmy psychiczne.

Chcieliśmy krzyczeć, aby cały świat dowiedział się o żydowskich męczarniach.

Skąd mogłam w tamtej niebezpiecznej sytuacji wiedzieć, że z siostra Fajgą będziemy miały szczęście to wszystko przeżyć, spotkać Żydów, a także jeszcze zobaczyć na własne oczy fantastyczne żydowskie państwo, państwo Izrael...

Gospodarz przechowywał nas dwa miesiące. Przygotowywał plan aby nas zgładzić.

Pewnego dnia „zbawiciel” wywołał nas z kryjówki. Od razu zrozumieliśmy o co chodzi. Z młodym mordercą stanęliśmy twarzą w twarz. Jego zwierzęce oczy pałały pragnieniem krwi. W ręku trzymał siekierę....

Nie wiem jak długo się z nim szarpaliśmy. Straciłam przytomność po pierwszym ciosie siekierą w głowę. Tatę zabił, a siostrze udało się uciec. Po kilku godzinach odnalazłyśmy się.

Śmierć ojca pozostawiła głęboką ranę w naszych sercach.

Tak upływały moje najpiękniejsze lata młodości. W strachu i bólu.

Pogodziłyśmy się zmyślą, że nie ma innego wyjścia, że musimy umrzeć.

Położyłyśmy się w polu. Nogi już nas dalej nie niosły. Słońce świeciło, ptaki śpiewały. Co jest warte życie bez wolności, bez rodziny, bez najmniejszych szans na przeżycie. Czekałyśmy na śmierć. Może zjedzą nas zwierzęta.

Naraz usłyszałyśmy kroki. Nie miałyśmy siły aby odwrócić głowy. Byłyśmy takie zobojętniałe. Trzy żydowskie słowa, które ułyszałyśmy„Nie są, martwe” zelektryzowały naszeobolałe i na pół martwe ciała. Ani piękno przyrody, ani śpiew ptaków, ani majestatyczny blask słońca nie miały w sobie tyle siły, ile te trzy żydowskie słowa...

Gdzieś się podziało zmęczenie. Nasze serca napełniły się radością: są jeszcze Żydzi! I jacy Żydzi – bohaterowie. Po trzech godzinach marszu spotkaliśmy całe grupy Żydów, którzy byli gotowi bronić żydowskiego honoru.

Najpierw chciałyśmy się pomścić na Polaku, który zamordował nam ojca. Szkoda, że go nie spotkałyśmy. Spaliliśmy mu dom i wzięliśmy krowy.

Dwa lata byłyśmy w partyzantce biorąc udział w wielu akcjach sabotażowych. Walcząc razem z bohaterskimi żydowskimi partyzantami, mściliśmy się za nasze pomordowane rodziny i za sześć milionów dusz.

Z czcią i uszanowaniem wspominam moją zamordowaną rodzinę: rodziców Dawida i Rochlę Minc. Moich braci Izraela i Awruma oraz siostry Ryfkę i Itele


[str 208-221]

Na aryjskiej stronie

Chana Karpman-Rozenberg (Tel- Aviv)

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego przełożył Andrzej Ciesla

Pewnego jesiennego wieczoru 1942 roku w święta Sukkot,SS-mani i policja okrążyli miasto Żelechów,aby rano wywieźć Żydów do obozu zagłady w Treblince.Zostawiłam swoją siostrę Rajlę i Gnendel wraz z dzieckiem (wtedy już moja cała rodzina była w obozie pracy w Wildze) i wyszłam z miasta.

Nie wiedząc co zrobić szłam i szłam bez przerwy,bez odpoczynku,aż doszłam do lasu.

Bardzo zmęczona,z obtartymi nogami padłam na ziemię i od razu usnęłam.Obudziła mnie silna strzelanina dochodząca z miasta.Był już dzień .Zaczęłam się zastanawiać nad swoją sytuacją – byłam sama w lesie,w okolicy,gdzie nikogo nie znałam.Wybuchnęłam płaczem i sama nie wiem,jak długo tak płakałam.Wyczerpana i zmęczona słysząc cały czas strzelaninę przeleżałam tak dwa dni.Później dowiedziałam się,że to wykańczali ukrywających się Żydów.Nagle usłyszałam rozmowę w oddali w jidysz.Nie miałam nic do stracenia.Zaczęłam krzyczeć:”Hop!hop!”.Idąc za odpowiadającym głosem,wyszłam z lasu i zobaczyłam kuzynkę siostrzenicy mojego ojca Frajdel,córkę wujka Ajzyka i jej szwagra „Rymarza”.Powiedzieli,że idą do Zadybia,do majątku Piaskowskiego,gdzie jest niewielki obóz pracy dla kilku rodzin i wezmą mnie tam jako swoją córkę.Zgodziłam się pójść ,mimo,że serce mi się sciskało z żalu za rodziną.

W Zadybiu każdemu przydzielili pracę.Ja pracowałam przy młocce cepami.Dostawałam codziennie jedzenie,a to był chleb z cebulą.

Według niemieckich,teutońskich zasad,rodzina mogła się składać tylko z czterech osób.Wszystkich pozostałych likwidowano.

Był między nami szewc Rykier,chyba z Żelechowa.Jego rodzina składała się z sześciu dusz. Jedno ich dziecko wzięła inna rodzina,a jeszcze jedno ukrywali.Puławska żandarmeria przyjeżdżała co tydzień aby nas policzyć.

Raz w czwartek przyszła rządczyni,Ukrainka i powiedziała,że ktoś doniósł do żandarmerii,iż nie jestem córką „Rymarza” i mnie zastrzelą.Kilka razy próbowałam uciec,ale majątek był dobrze pilnowany przez „czarnych”.Nie widząc wyjścia,już pogodziłam się z losem.Pomyślałam :”Wcześniej czy później i tak mnie zabiją,to niech się to stanie jak najprędzej”.

Wieczorem w sobotę przyjechała żandarmeria.Zrobiono zbiórkę,aby nas policzyć.Mnie od razu wyciągnęli z szeregu.Nagle jeden z żandarmów zauważył, że żona Mojszego Rykiera chowa coś pod chustą.Podszedł do niej i wyciągnął spod chusty około 10 lub 12- letnią dziewczynkę.Zastrzelili ją na miejscu,a mnie wepchnęli spowrotem do szeregu.Pociemniało mi w oczach i zaczęłam się trząść ze strachu.

W poniedziałki często nie pracowaliśmy.Wtedy sprzątaliśmy i doprowadzaliśmy się do porządku.Pewnej niedzieli,już po myciu,siedząc na drodze,cicho płakałam..Właśnie przechodził obok chrześcijanin i zapytał dlaczego płaczę i skąd jestem.Powiedziałam,że z Garwolina a moi rodzice są w obozie w Wildze itd.Wysłuchawszy mnie powiedział,że mnie zna,a on jest nauczycielem i że nazywa się Osial.Zaproponował mi pomoc.Powiedział,że za kilka dni pojedzie do magistratu i porozmawia z urzędnikiem ,żeby wyrobił mi aryjskie papiery.

Ponieważ bał się,że do chwili wyrobienia papierów mogą nas już zlikwidować,dał mi adres swojej siostry mieszkającej w pobliskiej wiosce.Kdyby się coś działo,miałam do niej uciekać i powołać się na niego.

Tak się też stało.Za kilka dni w nocy przebudziło nad dzwonienie dzwonów,które zawsze budziły nas do pracy.Furmanki były przygotowane,aby nas odwieźć na pociąg do obozu śmierci w Treblince.Była ciemna noc.Padał drobny deszcz a zimno przenikało aż do szpiku kości.Idąc w stronę furmanki skoczyłam w bok i zaczęłam szybko uciekać.Powstało zamieszanie.Kulki latały mi koło uszu.Byłam boso,miałam na sobie tylko koszulę i palto,którym się przykrywałam.To wszystko co wzięłam ze sobą to.Kulki świszczały nade mną więc położyłam się na ziemi i doczołgałam się do szopy z sianem.Zagrzebałam się w siano i nasłuchiwałam szczekania psów.Tak leżałam bardzo długo.

Niemcy mnie nie znalezli,odjechali ze swoimi ofiarami.Kiedy zaczęło się rozwidniać,zauważyłam światło w chłopskiej chacie.Poszłam w stronę tego światła.

Chłopka,która mi otworzyła, popatrzyła na mnie z politowaniem:”Na pewno uratowałaś się dzisiejszej nocy.Pokażę ci,gdzie mieszka siostra nauczyciela,tylko odejdź stąd szybko,bo boję się,że cię ktoś zobaczy”.

Siostra Osiala mieszkała przy polnej drodze pod lasem.Poszłam do niej i powołałam się na jej brata Osiala.Przyjęła mnie,nakarmiła i schowała do piwnicy.

Najpierw poprosiłam jej męża,aby poszedł do młynarza Gołaszewskiego,do Gończyc i przyniósł mi jakieś ubranie.Poszedł chętnie i naprawdę przyniósł mi buty,sukienkę i palto.

Za dwa dni przyjechał Osial i zabrał mnie do siebie.Wyrobił mi papiery na nazwisko Marianny Osialowej, zmarłej córki jego brata.

Gdy odpoczęłam poszliśmy do sołtysa do Górzna,bo u niego mieliśmy zboże.Serdecznie się pożegnałam z nauczycielem.Prosił mnie,abym często pisała i powiedział,że jak będzie tylko mógł to mi zawsze pomoże.

Po kilkudniowym pobycie u sołtysa odeszłam do sąsiedniej wioski,do gospodarza Czpila,który również miał nasze zboże.Czpil przechowywał mnie w komorze,której wejście zamaskowal szafą.W nocy przynosili mi jedzenie.Ten gospodarz często namawiał mnie do samobójstwa.”Do czego takie życie”- mówił -„Przecież jesteś całkiem sama!”.

Domyśliłam się,że chce się mnie pozbyć,aby przywłaszczyć zboże.Zaczęłam myśleć o tym aby stąd odejść.

We wtorek w nocy psy bardzo szczekały.Pomyślałam,że to napewno żandarmeria wpadła na mój ślad.Otworzyły się drzwi w pomieszczeniu obok mojej kryjówki.Pani Czpilowa odsunęła szafę i zawołała mnie do kuchni.Powiedziała,że właśnie przechodzili partyzanci i był między nimi jeden handlarz drobiem z Garwolina Mojsze Chotinger,syn Szlojmy Judla.Poprosiłam wieśniaków,aby mi pozwolili pójść do partyzantów,z którymi już dawno chciałam nawiązać kontakt,ale nigdzie ich nie spotkałam.Jednak Czpil mi nie pozwolił.

Pewnego razu w niedzielę,kiedy wszyscy poszli do kościoła,otworzyłam drzwi komory.Znalazłam swój plecak,wrzuciłam do niego pół chleba,zostawiłam list z podziękowaniem za opiekę i odeszłam .Chodziłam od wioski do wioski do naszych dawnych klientów i prosiłam,aby mnie ukryli.Wszyscy przenocowali mnie tylko jedną noc,ale nie chcieli dłużej.

Miałam zamiar dostać się do Wilgi,gdzie żyła jeszcze cała moja rodzina.

Jeden inteligenty wieśniak,technik drogowy,wziął ode mnie list i pojechał do moich rodziców do Wilgi.Wrócił z odpowiedzią .Ojciec prosił mnie,abym nie szła do Wilgi ,ale pojechała do Warszawy jako chrześcijanka.”W obozie nikt nie jest pewny jutrzejszego dnia ,a newet dzisiejszego.A tam w Warszawie wierzę,że przeżyjesz” -pisał

Tym listem od rodziców technik sprawił mi wielką radość chociaż pomieszaną ze łzami.Ojciec mi także radził abym się zwróciła do chrześcijanina Lenarczyka,u którego zostawili wszystkio złoto i dolary,które jeszcze mieli.Lenarczyk często woził im do Wilgi jedzenie.On pochodził z Woli Rębkowskiej, ale mieszkał w Warszawie.Był urzędnikiem na Poczcie Głównej,na Placu Napoleona.Jego szwagier Kurpiewski był folksdojczem.

Lenarczyk miał „szerokie plecy” to znaczy,miał wielkie znajomości.Możliwe,że też był folksdojczem.

Ojciec mi również radził ,abym się zatrzymała w warszawskim gettcie.Tam był jeszcze jego brat Jankew z dziećmi:Herszem,Sore,Gedalią,i Lejblem z żoną Kajlą Hochberg - i Abraham-Oszer Nachman.

Zbierałam się na odwagę i zaczęłam myśleć o Warszawie.

(Ale nie uprzedzajmy wydarzeń)

Tymczasem byłam jeszcze na wsi u technika.Zrobiłam jak mi tata poradził i wyruszyłam w drogę do Warszawy.Szłam wieczorami i wcześnie rano.Doszłam do Gończyc do młynarza Gołaszewskiego.

Młynarz był bardzo bogatym człowiekiem i miał także mieszkanie w Warszawie.

Po jednodniowym pobycie u młynarza sam mnie odprowadził na pociąg do Łaskarzewa.Szliśmy przez pola i lasy omijając bliższy Sobolew,ponieważ tam była żandarmeria a w Łaskarzewie przeprowadzano kontrole sporadycznie.

Kiedy szczęśliwie doszliśmy na stację,Gołaszewski kupił bilet,dał mi parę złotych i list do żony swojego kuzyna,Marysi Kozłowskiej,z prośbą aby mnie przyjęła.

Pociąg był pełen szmuglerów z okolicy,którzy wieźli do Warszawy masło,jajka,wieprzowinę i inną żywność.Wielu z nich było z Garwolina i bardzo dobrze mnie znali.Szeptali między sobą ale zachowywali się poprawnie.Udawali,że mnie nie znają i mnie nie zaczepiali.

Ja również udawałam szmuglerkę.Trzymałam w ręku koszyk z jajkami,okryłam się chustką i starałam się,aby mnie nikt nie poznał.

W Warszawie zaczęło się dla mnie nowe piekło.W środku nocy nie miałam dokąd pójść.Nie wolno było się poruszać po mieście ze względu na godzinę policyjną.A pozostać na dworcu,szczególnie dla mnie byłoby bardzo niebezpieczne,kdyż gestapo często tu przychodziło.Zabierano szmuglerom towar,bito ich i często też aresztowano.

Zauważyłam,że kilku szmuglerów przechodzi przez dziurę w murze,którą można się było dostać na Aleje Jerozolimskie.Tak i ja poszłam za nimi.Weszliśmy do stróża,któremu płaciło się za przeczekanie u niego nocy.

Rano po godzinie policyjnej,kiedy zaczęły jeździć tramwaje,wsiadłam i dojechałam na Mokotów na adres ,który dostałam od młynarza.Był to adres jego kuzynki.

Chrześcijanka przyjęła mnie chociaż nie bardzo chętnie.Ponieważ miała restaurację a także i kochanka,nie miała dość czasu na utrzymywanie mieszkania w czystości.Tak,że najpierw mi powiedziała abym posprzątała pokoje.Zabrało mi to kilka dni.Umiałam dobrze sprzątać.Jak tylko gospodyni zauważyła,że mam wolną chwilę,zaraz mnie posyłała abym sprzątała restaurację,myła podłogi i tak dalej.

Do restauracji często przychodzili Niemcy,ale jakoś nie zwracali na mnie uwagi.

Nie byłam u niej długo.Odesłała mnie do swojej matki,pani Kozłowskiej na Okopową,róg Leszno.

Z Okopowej codziennie widziałam jak Żydzi wychodzą z getta do pracy.Raz rozpoznałam znajomego handlarza,Tikulskiego który miał warsztat.Zaryzykowałam i przybliżyłam się do jego grupy(najczęściej chodzili w szyku).Poznał mnie i bardzo się ucieszyliśmy.Podałam mu kartkę dla mojego wujka Jakuba-Jankiela,którego prosiłam,aby mi poradził jak się dostać do getta.

Nazajutrz Tikulski przyniósł mi odpowiedź od wujka i jego synów,moich kuzynów Hersza i Gedalii.Wujek pisał,abym się nie ważyła wejść do getta.

U pani Kozłowskiej nie byłam długo,ponieważ ona się po prostu bała.Posłała mnie do piekarza na ulicę Krochmalną.Zaraz na drugi dzień rano,kiedy wyszłam coś kupić,przyjechało Gestapo i przeprowadziło u niego rewizję,szukając Żydów.Kiedy wróciłam po kilku godzinach,nie chcieli mnie nawet wpuścić do domu.

Byłam załamana.Nie miałam dokąd pójść.Żałowałam,że przyjechałam do Warszawy.Miałam za mało siły i odwagi,aby popełnić samobójstwo.Prosiłam Boga ,by mnie zastrzelił Niemiec,ale z tyłu,abym tego nie widziała.Idąc tak załamana,przypomniałam sobie nagle Kiszniewskiego i Starengę i jego żonę z domu Zalewską.Długo się nie namyślałam i zaraz do nich pojechałam.

Bardzo mi współczuli,ale nie wpuścili do domu,chociaż mieszkali w wielkim,bogatym a odebranym Żydom mieszkaniu.Starenga mnie posłał do swojej siostry na Grochów ale i ona mnie nie wpuściła.

Zbliżała się godzina policyjna.Głowa mi pękała.Nie wiedziałam dokąd iść.Gdybym wtedy miała jakieś proszki, na pewno bym się otruła.Próbowałam powstrzymać łzy,ale te same płynęły mi z oczu.

Bezradna, wsiadłam do tramwaju,który jechał do Warszawy.Siedziałam z twarzą zwróconą do okna,aby nikt nie zauważył moich podpuchniętych oczu,ale i tak poczułam na sobie wzrok kobiety.Spojrzałam na nią kątem oka.Wtedy nasze spojrzenia się spotkały.Kobieta nie wytrzymała i wykrzyknęła: „Ch...!”,ale nie dokończyła tego słowa.Dałam jej znak ,żeby była cicho.To była Janka Michalak,córka Rękawka.Kiedyś mieszkaliśmy u jej ojca.Jego dom stał obok bejt-midraszu i ja dorastałam z jej trojgiem dzieci:Ryśkiem,Melcią i Zbyszkiem.(Mieszkali tam też Abraham Wampan,Lejzer Blank,Jankiel Akerman,Jankiel Meglaz-Wolfowicz.Wszystkie te domy była własnością jej ojca Franciszka Rękawka.)

Pani Michalak wysiadła na pierwszym przystanku a ja za nią.Weszłyśmy do najbliższej bramy.Tutaj już

nie wytrzymałam i wybuchnęłam płaczem.Ona również miała łzy w oczach.Uspakajała mnie,gładziła i wypytywała jak dostałam się na Grochów.

Pani Michalak nie zostawiła mnie na ulicy, tylko zabrała mnie do domu.Wydawało mi się,że w tamtą ciemną noc nagle zaświeciło słońce.Poczułam się szczęśliwa.Dobrze się wyspałam i odpoczęłam. Rano,kiedy pani wróciła z zakupów cała się trzęsła ze strachu.Powiedziała mi,że wczoraj w nocy Gestapo było u siostry Staręgi i szukało żydowskiej dziewczyny z Garwolina.Nie tylko,że Staręga mnie nie przyjął, to jeszcze posłał za mną Gestapo.Pani Michalak trzęsła się ze strachu i nie wiedziała co dalej robić.

Przyszły jej dzieci:Melcia,moja koleżanka z młodości i Rysiek.Uspokoili matkę .Rysiek był trochę pijany tak jak i jego ojciec.Pomyślał pewnie,że będzie miał możliwość „szmalcowania” i będą z tego czerpać złoto.

Trzeciego dnia mojego pobytu u nich,poczułam w nocy jak Rysiek wyciąga spod poduszki moją torebkę.Udawałam,że nic nie czuję,ale było mi szkoda tego co w niej przechowywałam.

Nazajutrz zauważyłam,że podszewka w torebce jest rozpruta i brakuje spisu nazwisk,który mi dał ojciec na wypadek kdybym przeżyła i wiedziała co i u kogo mamy na przechowaniu.Bardzo się zdenerwowałam i nie wiedziałam co począć.Za kilka dni pojechałam do Warszawy.Wiedziałam,że handel się skupia koło Żelaznej Bramy.Dręczyła mnie tęsknota za rodziną i chciałam znaleźć jakiś kontakt,aby się coś o niej dowiedzieć.Mówiło się,że wszyscy Żydzi z Wilgi byli przewiezieni do Sobolewa .Niemcy obiecywali,że już tam ich zostawią.Martwiłam się także o spis nazwisk,który mi zabrali Rysiek z Melcią.

Przy Żelaznej Bramie spotkałam rzeczywiście wielu chrześcijan z Garwolina.Między innymi Benickich,Kałaskę,Ochniewicza itd.Wszyscy oni należeli do AK.Ucieszyli się na mój widok.

Bez obawy zaprosili mnie na obiad do pobliskiej restauracji.

Przy Żelaznej Bramie handlował też garwoliniak Zygmunt Gąsowski.Przed wojną był radcą prawnym Banku Rolniczego w Warszawie.Zaproponował,abym mu pomagała w handlu i tak zaczęłam zarabiać.Pracowałam przez dzień,a na noc jeździłam na Grochów.

Pewnego razu spotkał mnie Jan Pawliszewski i powiedział,że dzieci Janki Michalak mówiły,że mnie aresztowało Gestapo i zbierały kartki aby mnie wykupić.On sam dał im dwie kartki.Oczywiście powiedziałam,aby żadnych kartek nikt nie dawał.W Garwolinie od razu rozeszły się plotki,że córka Herszla Rozenberga handluje koło Żelaznej Bramy.Spotkał mnie tam również pewien garwoliński policjant,który jak się później dowiedziałam ukrywał Mejera Herca z całą grupą Żydow.Im również powiedział,że ja handluję koło Żelaznej Bramy.

 
 
Moja rodzina w Garwolinie

 

Kiedy dzieci Michalików powróciły z Garwolina bez kartek,zaczęły planować jak mnie zlikwidować.Janka,ich szlachetna matka temu jakoś temu zapobiegła.Dowiedziałam się o tym od ich małego synka,który się do mnie bardzo przywiązał.Często mi o wszystkim opowiadał.Chciałam zaraz uciec,ale przyśnił mi się mój brat i powiedział,abym nie uciekała,bo nic mi nie zrobią.

Mimo to zaczęłam pomału szukać nowego miejsca.Zwróciłam się do Lenarczyka,aby mi oddał część pieniędzy,które dał mój ojciec na przechowanie.Powiedziałam,że chcę znaleźć sobie nowe miejsce.Od czasu do czasu dostawałam od niego pewne sumy.

Lenarczyk często jeździł do moich rodziców do Wilgi a później do Sobolewa.Raz powiedział,że mój ojciec zachorował na tyfus.Rodzice przysłali przez niego list i prosili abym im posłała cytryny,cukier i inne artykuły spożywcze.Pisali także,że jest z nimi Dawid Bratsztajn,Ryfka Wampan z córką Cypojrą i mężem,który również zachorował na tyfus.Umówiłam się z Lenarczykiem,że mu to wszystko zaniosę w niedzielę o trzeciej po południu.Miał to odwieźć rodzicom w poniedziałek rano.

W niedzielę o trzeciej przyszłam na róg Marszałkowskiej i Koszykowej czy Kruczej,już dobrze nie pamiętam.Oddałam mu paczkę i list i prosiłam,że jak przywiezie odpowiedź to żeby mi oddał trochę pieniędzy.Lenarczyk mi powiedział,że w piątek był u niego mój kuzyn Abram Rozenberg(dzisiaj w Ameryce).Tylko,że Lenarczyk nie podał mojego adresu bo ja pomimo,że byłam z nim w stałym kontakcie nigdy go mu nie zdradziłam.Cały czas żyłam w ciągłym strachu.

Stojąc tak z Lenarczykiem,spojrzałam na dom naprzeciwko.Wydawało mi się,że tam oparty o ścianę stoi szwagier Lenarczyka Kurpiewski w brązowej czapce,a obok niego niemiecki oficer.Obaj mnie obserwowali.

Przez głowę przeleciała mi myśl:”Czyżby Lenarczyk mnie wydał?”.Nie mogłam w to uwierzyć.Ale pomyślałam,że może chce się mnie pozbyć,aby wziąć cały nasz majątek,który mój ojciec mu powierzył.

Pożegnałam się z Lenarczykiem i z duszą na ramieniu wskoczyłam do tramwaju,który jechał na Leszno,na Okopową.Chciałam pojechać do pani Kozłowskiej,która obiecała mi pomóc w szukaniu mieszkania.Odwróciłam głowę i zauważyłam w tramwaju tego samego gestapowca,który wcześniej stał z Kurpiewskim.Coraz bardziej się denerwowałam.Już widziałam siebie w pułapce.Wysiadłam koło Dworca Głównego na Chmielnej,gdzie szczególnie w niedzielę było dużo ludzi.Zmieszałam się z tłumem.Nagle poczułam silne uderzenie w ramię.Odwróciłam głowę.Przede mną stał ten gestapowiec,wysoki blondyn w złotych okularach.

„Jesteś Żydówka z Garwolina.Nazywasz się Rozenberg.Rodzice są w Sobolewie...”.

Ze spokojem pokazałam mu kenkartę.
„Wszystko sfałszowane”- zaryczał.
Myślałam,że mi serce wyskoczy.Stałam jak sparaliżowana.Nie byłam zdolna myśleć.Ciężko westchnęłam i położyłam rękę na sercu (tam nosiłam zdjęcie rodziców).

Bandyta to zauważył.Wciągnął mnie do bramy i zaczął przeszukiwać.Obmacał kołnierz od kapoty,w którym miałam zaszytych parę dolarów.ale nic nie znalazł.Był pijany i śmierdziało od niego jak z gorzelni.To na pewno Lenarczyk i Kurpiewski go upili.Był mocno zdenerwowany,myślę,że i na Lenarczyka.

Pytał mnie skąd się znamy z Lenarczykiem i czy on ma nasze pieniądze.Nagle zaczęłam trzeźwo myśleć: „Mamy u Lenarczyka tyle pieniędzy,żebyś mógł za nie kupić w Warszawie kilka domów”.

Chciałam całą uwagę niemieckiego bandyty skierować na Lenarczyka.Niemcy zabijali Żydów, zabierali ich majątki i nie oszczędzli również przechowywujących ich Polaków.

„Pójdziemy za tym Polakiem.Musi ci wszystko oddać”.powiedziałam Niemcowi,który dał przekonać i to mnie ocaliło.
Lenarczyk mieszkał na ulicy Piusa XI,w trójkącie Piusa XI-Koszykowa-Widok.Ulica Piusa była słabo oświetlona a przy numerze 11-tym było zupełnie ciemno.Na ulicy było mało przechodniów.Niemcy nie pokazywali się w takich zaułkach.Kiedy szliśmy z Chmielnej przez Marszałkowską ,pomyślałam o ucieczce do jakiegoś podwórka ale to mogło być niebezpieczne bo Niemcy obstawiali małe podwórka i przeprowadzali rewizje.Trucizny żadnej z sobą nie miałam,tak że pozostawało mi czekać na kulkę tego bandyty.

Kiedy doszliśmy na Piusa XI Niemiec posłam mnie na górę do Lenarczyka, abym przyniosła na dół pieniądze.Kiedy otworzyły się drzwi mieszkania,światło ze środka mnie całkiem oślepiło. Miałam wrażenie –że teraz,kiedy się mnie pozbyli,już się cieszą,że użyją życia za pieniądze,które im powierzył mój ojciec

Powiedziałam im prosto w oczy,że gestapowiec żąda ode mnie pieniędzy albo złota za to,że mnie puści.Kiedy tak błagałam podszedł do mnie szwagier Lenarczyka i wykopał z mieszkania.Zdjęłam zimowe buty aby mi było lżej uciekać.Najpierw musiałam zejść na dół do tego bandyty.

Powtórzyłam mu ,że Lenarczyk powiedział,iż Niemiec nie potrzebuje żadnych pieniędzy.W ten sposób chciałam go nastawić na Lenarczyka.Zaczęłam go prosić,aby mi pozwolił żyć.Trzymając w jednej ręce pistolet,drugą wymierzył mi taki policzek,że aż mi spadła czapka.Odepchnął mnie i poszedł przez bramę po jakiegoś Niemca,który by mnie przypilnował zanim nie wróci z Lenarczykiem.Chciał zabić dwa wróble jednym strzałem: mnie i może Lenarczyka po odebraniu mu pieniądzy.Był zły na niego bo nie powiedział,że ma nasze pieniądze.Nie znalazł żadnego Niemca i wymierzył do mnie pistoletem.Złapałam go za rękę mówiąc:”Panie oficerze przecież widzi Pan,że nie oszukuję.Nie ucieknę bo ma Pan moją kenkartę.Niech mi Pan pozwoli pójść na sąsiednie podwórko.Tam mieszka brat Lenarczyka.U niego mamy jeszcze więcej pieniędzy.I nie tylko my ale i wielu innych Żydów.On mi je na pewno odda,bo jest lepszy i bogatszy od swojego brata”

Wymachując kenkartą Niemiec powiedział:”Pamiętaj,bez tego nie zrobisz ani kroku!”Dał mi piętnaście minut na to,abym przyniosła pieniądze.Miałam także powiedzieć,aby zawołał swojego brata.„Ja z tego podwórka nie odejdę! Ja go nauczę!” „Ja wohl! ”powiedziałam „Proszę aby Pan po mojej śmierci odebrał od niego wszystkie pieniądze”.Uciekaj szybko i zaraz wracaj”- rozkazał bandyta i stanął koło schodów do Lenarczyka,czekając na mój powrót.

Kiedy wyszłam z bramy najpierw szłam pomału,aby mnie nie podejrzewał,że zamierzam uciec.Jak tylko wyszłam z podwórza.do dzisiejszego dnia nie wiem ,jakim sposobem znalazłam się po drugiej stronie.Wsiadłam do tramwaju i zaczęłam szukać pieniędzy na bilet ale nie mogłam znaleźć.Konduktor to zauważył i od razu zrozumiał sytuację.Poradził mi,abym wysiadła na pierwszym przystanku.Konduktorzy przeważnie nie wydawali Żydów tak,że zrobiłam to co mi poradził.Wysiadłam z tramwaju i szłam po warszawskich ulicach nawet nie czując,że mam podrapaną twarz,szyję i ręce.Na pewno sama się podrapałam z nerwów.

Z mocno bijącym sercem,mając uczucie,że mnie ktoś goni,bałam się odwrócić. Tak doszłam aż na Wolę, do szwagra młynarza Gołaszewskiego.którego siostra była ekspedientką w cukierni w Alejach Jerozolimskich.Zadzwoniłam w bramie na dozorcę.Powiedziałam,że idę do swojej kuzynki Stefanii.U Stefanii spotkałam całą rodzinę Gołaszewskich,która właśnie przyjechała z Gończyc.Kiedy powiedziałam im w jakiej sytuacji się znalazłam,wszyscy się przerazili.

Stefa zaprowadziła mnie do łazienki.Pomogła mi się umyć i dała mi inne ubranie.Tej nocy już nikt nie zmrużył oka.Wszyscy myśleli,że Niemcy są na moim tropie i w każdej chwili mogą po mnie przyjść.

Rano,kiedy skończyła się godzina policyjna,wszyscy ze strachu wyszli z domu i zostawili mnie samą.Gołaszewski obiecał,że pójdzie specjalnie do Lenarczyka,aby się coś o mnie dowiedzieć.Gołaszewski handlował dolarami i złotem,które mu dostarczał Lenarczyk.

Pozostawiona sama w domu,bałam się nawet przybliżyć do okna.Cały czas mi się zdawało,że mnie szukają.Stefa wróciła do domu wieczorem i powiedziała,że się trasznie bała przyjść i jeszcze w bramie upewniała się u dozorcy,czy w domu się nic nie działo...

Później przyszedł Gołaszewski.Dowiedział się ,że Lenarczyka aresztowali i zrobili u niego rewizję.Ten gestapowiec podobno czekał na mnie całą noc i powtarzał:”Przecież mam jej kenkartę!Musi wrócić!Bez karty nie może się poruszać!”

Kręciłem się jeszcze kilka tygodni,szukając kogoś,kto mógłby mi wyrobić nową kenkartę.Chciałam tylko pojechać do Sobolewa,do rodziców.Po tym strasznym zajściu pragnęłam jak najszybciej wyjechać z Warszawy.Ale bez kenkarty? Chociaż i z kenkartą groziła śmierć,ale bez niej byłoby jeszcze gorzej.

Nawiązałam kontakt z Janką Michalak i pojechałam do niej.Poradziła mi abym pojechała do Wawra,do byłego garwolińskiego listonosza Włodarczyka.Syn Janki Rysiek,mój kolega z młodych lat,był żonaty z jego córką.U nich bym mogła się zatrzymać na kilka dni.

Kiedy przyjechałam do Wawra,Włodarczyk polecił mnie innej rodzinie,której się przedstawiłam jako Rękawkówna z Garwolina.

W nocy zanim usnęłam bardzo mnie bolała głowa i chyba nawet we śnie skarżyłem sie swojej mamie.Kiedy się przebudziłam,zauważyłam,że chrześcijanka stoi nad moim łóżkiem i mi się przygląda.

„Wiesz”- powiedziała- „Mówiłaś przez sen obcym językiem.Myślę,że nie jesteś chrześcijanką”.

Nie chciało mi się mówić i nic jej na to nie odpowiedziałam.Po kilku godzinach,kiedy tylko nadarzyła się okazja,wzięłam swój pusty plecak i poszłam na pociąg elektryczny,aby wrócić do Warszawy.

W pociągu zauważyłam bruneta w wieku około 35 lat.Miał wielki toboł ze śniegowcami i jeszcze trzymał kilka par w rękach.Jego pognieciony kapelusz i podniesiony wytarty karakułowy kołnierz,wzbudzały we mnie zaufanie.Pomyślałam,że będę go śledzić.Kiedy wysiedliśmy z pociągu, poszłam za nim.Zatrzymałam go,przeprosiłam i zapytałam,czy zechce mnie wysłuchać.Weszliśmy do kawiarni na Dworcu Wschodnim.Zamówił dwie herbaty i zaczęliśmy rozmowę.Zapytałam go wprost :”Nie wyglądasz ani na zbyt bogatego ani na szczęśliwego.Może i Ty należysz do prześladowanego narodu?

Zrozumiał mnie od razu.Był żydowskim reżyserem i mieszkał z chrześcijańską studentką,jego przyjaciółką ze szkoły.Miał warsztat,w którym reperował gumowce,śniegowce i kalosze.Należał do podziemia.Nie zostawił mnie na ulicy.Najpierw na podstawie metryki urodzenia,którą dostałam od Osiala,próbował wyrobić mi nowa kenkartę.I rzeczywiście za kilka dni otrzymałam w magistracie na Wileńskiej,na Pradze kenkartę na nazwisko Apolonia Kowalska-Zaręba.Spałam w warsztacie na dwóch krzesłach.Raz w nocy przyśnił mi się płaczący ojciec. Powiedział do mnie :”Nie bój się,mnie zastrzelili za ciebie” i wskazał mi przestrzeloną skroń.

Z nowymi dokumentami w torebce zaczęłam znów chodzić pod Żelazną Bramę.Nie miałam już pieniędzy.Poleciłam Józefowi Kozłowskiemu,aby przysłał mi jedną kartkę przez Pawliszewskiego,który zawsze wiedział,gdzie przebywam.Kiedy mieszkałam u urzędnika bankowego Jakubowskiego i pracowałam w wytwórni papierosów na Kaliskiej,pani Jakubowska mi powiedziała,że mój wujek Pawliszewski mnie szukał i że zostawił dla mnie 100 złotych.Nawet się ucieszyła,że poznała wujka bo był do mnie podobny.Od tej pory zaczęłam ufać Pawliszewskiemu.

Każdy przeżyty dzień był męką i strachem.Były takie okresy,że pościłam w poniedziałki.Po takim poście źle się czułam i często chodziłam do doktora Koniga (garwoliniacy na pewno pamiętają grubego handlarza świń Koniga.Pochodził z Niemiec.Jego syn,ten właśnie doktor mieszkał w Warszawie na ulicy Widok).Był moim lekarzem i doradcą.Cały czas mieszkałam u urzędnika

bankowego Jakubowskiego,ale dlatego,że ciągle mówiłam jidysz przez sen,wstydziłam się i musiałam się stamtąd wyprowadzić.Chociaż nie byłam pewna,czy mnie w ogóle słyszą,ponieważ Jakubowski był trochę głuchy.Znów zaczęłam szukać mieszkania.Chodziłam często do swojej szkolnej koleżanki Helci,która mieszkała z dwojgiem dzieci i z niemieckim kochankiem na dziesięciu metrach kwadratowych.Często też chodziłam na Chmielną do dwóch córek Gołaszewskiego.Nie bały się i chodziły ze mną na spacery.

Na jednym z takich spacerów spotkał mnie Zając,parysowski nie-Żyd.Należał do ruchu oporu i ukrywał się w Warszawie.Był zatwardziałym antysemitą i pikieciarzem sklepów żydowskich za sanacji.Przedstawiłam się mu jako Rękawkówna.Powiedział,że mnie zna z Garwolina i dlatego pomyślałam,że mnie nie rozpoznał.Żyd puścił do mnie oczko.Raz na spacerze,kiedy byliśmy sami, Zając powiedział :”Halina,dużo o tym myślałem i doszedłem do wniosku,że jesteś za mądra i na pewno jesteś Żydówką.Jeżeli nie, to powiedz mi kto z garwolińskich chłopców i dziewcząt chodził do gimnazjum w Garwolinie a kto w Warszawie?”

Roześmiałam się i powiedziałam,że się musi leczyć na głowę.Znałam garwolińskie dzieci nie gorzej niż on.Zapytał mnie o mgr Pawka.W końcu się „przekonał”,że jestem jedną z córek Rękawka.Po raz drugi mi zaproponował,abyśmy pojechali do Warki,do jego brata,który był księdzem,ale nie chciałam nawet o tym słyszeć.Po prostu się go bałam.

Mój brat mi napisał,że ojciec czuje się lepiej i że wszyscy pragną się ze mną zobaczyć.Akurat tego dnia miałam wszystkiego dosyć,tego „szczęścia” i tych „cudów” Warszawy.Poczułam się naprawdę załamana nerwowo,psychicznie i moralnie.

I tak to pewnej niedzieli,z mieszanymi uczuciami,z lękiem i z radością dojechałam do Sobolewa.Wszystko nieważne!Przecież za chwilę zobaczę się ze swoją rodziną! Kiedy wysiadłam z pociągu dookoła panowała dziwna cisza.Zapytałam naiwnie jakąś chrześcijankę:”Gdzie są Żydzi?Przecież ich tutaj tyle było!”. „Nie pytaj” odpowiedziała „Na pewno nie jesteś tutejsza!Wczoraj wszystkich odprowadzili na śmierć”.

Getto wyglądało jak cmentarz.Szyby w oknach powybijane.Puste domy.Tego obrazu nigdy nie zapomnę.Nie zauważyłam ani jednej całej rzeczy.Stałam jak słup soli nie płacząc mnie śmiejąc się.W normalnych czasach na pewno by mnie odwieźli do szpitala wariatów.

Załzawionymi oczyma patrzyłam na to miejsce gdzie straciłam wszystkich i wszystko.Moje życie nie miało już sensu.Do Warszawy już nigdy nie pojechałam.Wędrowałam od wsi do wsi i pragnęłam się dostać do obozu gdzie byliby jeszcze Żydzi.

Z pomocą najmłodszej córki Wachowicz .która mieszkała z ryckim Żydem,dostałam się odrazu do obozu

I tak przechodząc z obozu do obozu doczekałam wyzwolenia.

Po wyzwoleniu szłam dzień i noc jak opętana ,aż doszłam do Pilawy.W środku nocy zapukałam do drzwi sołtysa.Pozwolił się przenocować na słomie.Rano poszłam dalej.W Garwolinie zaszłam do Rękawka „Wentylka”.Tam mi wyliczyli,kto z garwolińskich Żydów przeżył.Z mojej rodziny oczywiście nikt! Poszłam do naszego domu,z którego pozostał jedynie próg.Upadłam na pokryte sniegiem schody i załkałam.To samo zrobiłam u wujka Janiela,gdzie mieszkał również i wujek Aaron.Przy każdym progu u którego się zatrzymałam płakałam.

Kiedy tak leżałam przy jednym z domów,przechodził właśnie chrześcijanin Wajdyga. Zaprosił mnie do siebie i przekonywał abym dalej nie szła.Mnie coś gnało naprzód.

Nie spotkawszy żadnych Żydów poszłam najpierw do Łaskarzewa,potem do Sobolewa i Gończyc.W Gończycach zatrzymałam się u młynarza.Obiecał,że mi odda 50 kuponów na materiał,które przechowywał u niego mój ojciec.

W Żelechowie zatrzymałam się u Boruchowicza.Nigdy,przenigdy nie zapomnę Szymona Fajngezychta (mieszka w Costa Rica).Zaprosił mnie do siebie.Posiedzieliśmy bo mieliśmy o czym opowiadać.Wracając do domu Boruchowicza,zauważyłam w torebce woreczek.To Szymon włożył mi 10 tysięcy złotych.

Do Żelechowa przyjechał reb.Szymon Laksman.Namówił mnie,abym pojechała do Garwolina do swojego rodzinnego miasta.Wszyscy chrześcijanie mnie tam dobrze przyjęli,a nawet się cieszyli,że przeżyłam,ale nie chcieli oddać tego wszystkiego co im zostawiliśmy na przechowanie.Wszyscy mieli takie samo wytłumaczenie: ”Spaliło się!” Nawet młynarz Gołaszewski się wykręcił od oddania.

Pierwszym który mnie odszukał był doktor Świerz.Tak jak każdemu powracającemu z tej podróży Żydowi,również i mnie udzielił pomocy lekarskiej i dał mi list polecający do doktora Orłowskiego ze Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie,aby nie brał żadnych pieniędzy.

Mnie i mojemu mężowi Ben-Szmulowi Karpmanowi udało się jakoś ujść z życiem.On również wrócił z obozu chory i załamany.

W roku 1939 był zmobilizowany do armii polskiej.W czasie najazdu niemieckiego dostał się do niewoli.Po powrocie z obozu jenieckiego zabrali go do Wilgi i potem do innych obozów.

Kiedy wrócił po wojnie nie mógł ustać na nogach.Pomału dochodził do siebie.Do naszej aliji mieszkaliśmy w Warszawie.

Mąż był przeciwny zemście na Lenarczyku.”Niech zginie z innych rąk .” - ciągle mnie uspokajał.Bał się,aby tamtem nie zamordował mnie z pomocą AK,która nawet po wojnie mordowała ostatnich ocalałych Żydów.

24 listopada 1966 roku ku mojemu wielkiemu nieszczęściu mój mąż Ben-Szmuel zmarł na atak serca.

„Niech dusza jego zostanie związana w węzełku życia“.

Księga Pamiątkowa Garwolin


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Garwolin, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Lance Ackerfeld
This web page created by Max G. Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 17 Oct 2011 by MGH