Księga Pamiątkowa Garwolin

[str 187-193]

Moje przeżycia z września

Meir Herc

Z jidysz na czeski przełożył Michael Dunayevsky
Z czeskiego na polski przełożył Andrzej Ciesla

Ósmego i dziewiątego września 1939 roku niemieckie bomby zapalające zniszczyły całe centrum miasteczka. Pozostało w całości tylko kilka budynków :Urząd Podatkowy, budynek powiatu, koszary i na środku rynku kościół – symbol istniejącego kiedyś miasta.

W czasie bombardowania wszyscy mieszkańcy uciekli. Kiedy już Niemcy wkroczyli do Garwolina, kilkanaście rodzin z uratowanymi pierzynami powróciło i urządziło sobie lokum w domku na skraju miasta.

Wróciła również i moja rodzina. Przeczekaliśmy bombardowanie w wiosce Jagodne, u znanego chrześcijanina Wacka Grzegrzółki. Z bratem uciekaliśmy dalej aby nie wpaść w ręce Niemców. Dostaliśmy się do Żelechowa, który wtedy jeszcze nie był okupowany. Zatrzymaliśmy się tam u gościnnej rodziny żydowskiej, kuzynów garwoliniaka Jankela Rozenberga.

Nie musieliśmy długo czekać na Niemców, bo wkrótce i tam się pojawili. Było to przeddzień Rosz ha-Szana[1]. Pierwsze co zrobili to podpalili kilka żydowskich domów. Dwa dni później podpalili synagogę i w płomienie wepchnęli żelechowskiego Żyda – inwalidę (kulawego) pilnując aby się w niej spalił. Tamtej nocy spalili jeszcze kilka żydowskich domów. Płacz Żydów niósł się do niebios! Chrześcijanie pilnowali, aby ogień nie przeniósł się na ich domy i nie chcieli pomagać gasić żydowskich.

Kilka dni później Niemcy chodzili od domu do domu i zabierali wszystkich mężczyzn, tak Żydów jak i chrześcijan. Wzięli także mnie i brata. Setki Żydów zaprowadzili na plac, gdzie było już zebranych około kilku tysięcy. Zapewniono nas, że nic się nam nie stanie, pod warunkiem, że oddamy wszystko, co mamy przy sobie. Surowo zabroniono nam brać maszynek do golenia i innych ostrych narzędzi. Za ich posiadanie oraz za próbę ucieczki grożono karą śmierci.

Po odzieleniu od chrześcijan ustawiono nas w szeregi i zaczął się długi marsz.

Nie wiedzieliśmy, dokąd nas prowadzą. Na pierwszą noc nas zapędzili do kościoła w Stoczku. Kościół był za mały, aby pomieścić tysiące ludzi. Nie było miejsca, aby usiąść a nawet stać. Stłoczeni byliśmy jak śledzie. Wielu z nas traciło przytomność z gorąca i ciasnoty.

Z początku Polacy zachowywali się w stosunku do nas dobrze. Prosili, abyśmy utrzymali kościół w czystości. I tak się staraliśmy. Rano wypędzono nas z kościoła i znów nas popędzono dalej. Polacy jak tylko poczuli, że Niemcy odnoszą się trochę lepiej do nich niż do Żydów, zaczęli nas wyzywać i pokazywać Niemcom, kto z nas jest bogaty, kto ma pieniądze i kosztowności. Kończyło się na tym , że wskazanemu Żydowi odbierano wszystko, co miał. Mnie zabrali mały zegarek i trochę pieniędzy. Tak doszliśmy do Siedlec. W Siedlcach nocowaliśmy na rynku pod gołym niebiem.

Nazajutrz rano popędzili nas dalej. Polacy próbowali odebrać nam jedzenie, które wzięliśmy na drogę. To zdenerwowało nawet samych Niemców:”Brudasy Polacy”- krzyczeli-„Przecież jesteście w takiej samej sytuacji jak i ci Żydzi...”

Przed wyjściem z Siedlec Niemcy dali każdemu po trzy suchary i...kilka ciosów i kopniaków. Prowadzili nas pod bronia automatyczną. Dni były upalne. Gospodarze z wiosek, przez które przechodziliśmy, podawali nam wodę do picia. Tego kto się zatrzymał, zastrzelono. Wielu z nas zginęło po drodze. Zabitych usuwano na skraj drogi i pozostawiano leżących twarzą do ziemi.

Pamiętam jednego żelechowiaka z naszego szeregu, który cały czas szedł poboczem, z daleka od pozostałych. Niemiec cały czas go upominał. Wiedząc jednak, że jest on chory psychicznie i robi to nieświadomie, pozostawiał go w spokoju. Jak się później dowiedziałem, inny Niemiec go zastrzelił. Cały czas szedłem z bratem i czułem się dość dobrze. Aż naraz nogi zaczęły się mi uginać i pozostawałem w tyle. A to znaczyło śmierć. Syn Szolema Langera, Jechiel-Oszer oraz mój brat wzięli mnie pod ramiona, abym się nie przewrócił. I tak mnie między sobą prowadzili. Również mojego brata zaczęły boleć nogi, ale się trzymał i wszystkimi siłami podtrzymywał mnie aż do Węgrowa.

Do Węgrowa doszliśmy na wieczór Jom Kipur[2]. Przyprowadzili nas na wielki, pusty rynek. Doszliśmy ostatkiem sił. Padliśmy na ziemię i odpoczywaliśmy. Nagle w nocy zaczął padać silny deszcz. Nie mieliśmy się gdzie schować ani czym przykryć. Zmęczeni, głodni, przemoczeni siedzieliśmy tak w błocie aż do rana. W środku nocy do naszej grupy podszedł Niemiec, rzucił worek sucharów i szybko się oddalił. Kiedy się pojawił, wszyscy się przestraszyliśmy bo nie wiedzieliśmy co może chcieć w taką deszczową noc.

Wstaliśmy o wschodzie słońca. Niemcy pozwolili kilku ludziom przywieźć wodę z Węgrowa. Część z naszej grupy wykorzystała tę sytuację i kiedy pojechali z beczkami po wodę, ukryła się u węgrowskich Żydów. Bardzo wyczerpany nie tknąłem beczki, chociaż byłem wyznaczony do noszenia wody. Niektórych uciekinierów zastrzelono, ale mojemu bratu udało się uciec i schować u jakiejś żydowskiej rodziny.

Było to na Jom Kipur i brat poprosił tę rodzinę, aby również pomogła uciec i mnie. Powiedział im, że jestem wyczerpany i, że sam sobie nie poradzę.W tej rodzinie była młoda kobieta z rocznym dzieckiem, której mąż służył w polskim wojsku.Kobieta narażając swoje życie i życie dziecka odnalazła mnie wśród tysiąca innych ludzi.Powiedziała, abym trzymał dziecko, aby wyglądało, że jestem jej mężem.

Jeszcze ją poprosiliśmy o uratownie i Ajzyka Szermana, ale już nie chcąc narażać dziecka poszła sama i go przyprowdziła.Ci węgrowscy Żydzi byli bardzo serdecznymi ludźmi.

Ukrywaliśmy się u nich dwa dni.Rano po Jom Kipur Niemcy wzięli węgrowskiego rabina do pracy.Jakiś Niemiec skaleczył go kindżałem.Rabin miał cukrzycę i za dwa dni umarł.Z Węgrowa poszliśmy do Kałuszyna.Kałuszyn był również bardzo zbombardowany.Tam na ulicy widziałem zastrzeloną Sarę Jedwab.Z Kałuszyna poszliśmy spowrotem do Garwolina.

Postawiliśmy sobie drewnianą budę na miejscu, gdzie stał nasz dom.Wkrótce władze niemieckie ogłosiły, że w powiatowym mieście Garwolinie, nie będą tolerować Żydów.Ponieważ jednak chcieli jeszcze dostać od Żydów kontrybucje a także potrzebowali siły roboczej do prac przy usuwaniu gruzów z miasta, powołali Judenrat, który miał wykonywać niemieckie zarządzenia.

Musieliśmy także chodzić codziennie do pracy w koszarach.W pracy ubliżano nam i nas bito.Straszono, że kiedy przyjdzie SS wtedy dopiero poznamy prawdziwą udrękę.Już w pierwszych dniach okupacji, jeszcze zanim przyjechało SS, wojskowy samochód ciężarowy przejechał Gedalię Kacewa.A nie był to nieszczęśliwy wypadek.Niemcy specjalnie to zrobili, aby go zabić.Gedalia właśnie wracał z wioski, niósł trochę ziemniaków, które dostał od chłopa.

Kiedy do miasta przyjechało SS i żandarmeria zaczęło naprawdę się prawdziwe piekło.Wzięli nas do pracy w szabas 11 listopada, w rocznicę rozbrajania Niemców.Strasznie nas bili winiąc za tamtą klęskę Niemiec.Tego dnia cudem uszliśmy z życiem.Od Judenratu żądali cały czas wartościowych darów i kosztowności, strasząc najgorszym.To samo działo się kiedy ustanowiono administrację niemiecką z dr Freudenthalem jako starostą powiatu, który z wielką pedanterią wprowadzał wszystkie zarządzenia swoich zwierzchnich władz.Jego urzędnicy obławiali się żydowskim majątkiem twierdząc, że starosta powiatu nie chce w swoim mieście żadnych Żydów ale to tylko dzięki nim toleruje obecność nas kilkunastu.Tak więc duża liczba Żydów musiała opuścić miasto i tylko kilka rodzin, w tym i moja, zapłaciła za możliwość pozostania w Garwolinie.

Starosta powiatowy dr Freudenthal jeździł codziennie na konne przejażdżki po mieście, a kiedy napotkał Żyda, najpierw wkładał rękawiczkę i wymierzał mu policzek.Mieszkał przy Alei Żwirki i Wigury i tą Aleją nie śmiał przejść żaden Żyd.Pewnego razu żona starosty spotkała w Alei Żyda. Blondynka, ”czysta aryjka” od razu pobiegła do męża i poskarżyła się na bezczelność Żyda, który odważył się przejść Aleją.Natychmiast posłano po zastępcę Judenratu.Judenrat surowo zabronił Żydom aby już nigdy więcej nie odważyli się przechodzić Aleją, bo spadną na nich nieszczęścia.

Co kilka tygodni przyjeżdżali do starostwa przedstawiciele Judenratów z okolicznych miast.Wracali do domów z nowymi zarządzeniami.Przejeżdżając musieli ze sobą przywieźć urzędnikom różne prezenty jak np.klejnoty czy drogie futra, którzy tamci z kolei posyłali swoim żonom do „ojczyzny”.

Pewnego razu jeden z urzędników zażądał od żelechowskiego Judenratu pięknego wierzchowca.W Żelechowie takiego konia nie było i Judenrat zwrócił się do Jankela Rozenberga (który wtedy mieszkał w Warszawie)i ten z pomocą swoich dzieci takiego konia załatwił.

W Garwolinie nie można było założyć getta, bo całe miasto było spalone, a ocaleli Żydzi mieszkali na różnych jego krańcach.

Ponieważ jeden z żandarmów uwziął się na mnie i mi dokuczał, dłużej nie mogłem już pozostać w Garwolinie i odszedłem do Warszawy, do getta.Zatrzymałem się przez dłuższy czas u mojego dalekiego kuzyna.Z początku w gettcie było jeszcze dość jedzenia i na pewno bym podzielił los wszystkich tamtych Żydów, gdyby nie...Pewnego razu złapali mnie do pracy i ten dzień zadecydował o moim dalszym losie.Pracowaliśmy cały dzień bici przez Niemców.Jeden z nas upadł z wyczerpania i Niemcy nie pozwolili nam mu pomóc.Wtedy zdecydowałem się uciec z getta za wszelką cenę. Po wielkich staraniach i zapłaceniu dużej sumy pieniędzy przemycili nas z getta i wróciłem do Garwolina.

Pewnego razu Lejb Rotfus, przewodniczący Judenratu, rozmawiając z nami wspomniał o nowym komendancie żandarmerii:”To niezły człowiek.Austriak..” Na dowód tego przytoczył zdarzenie, które miało świadczyć o szlachetności nowego komendanta.

Siedząc na balkonie komendant zauważył jakąś kobietę z dzieckiem.Poznał, że jest nietutejsza.Wybiegł na ulicę, zaprowadził ją do Judenratu i polecił dać im jeść.Dziecku kupił nawet torebkę cukierków...Później, kiedy zarządzenia przeciwko Żydom się zaostrzyły, ten sam komendant żandarmerii własnoręcznie zastrzelił dwie siostry, u których znaleziono trochę ziemniaków i chleb.Ten„dobry” Austryjak przyszedł do aresztu, by je zastrzelić osobiście...„Prawo jest prawem” stwierdził spokojnym tonem.

Musi się podkreślić wielkie oddanie z jakim przewodniczący Judenratu Lejbl Rotfus starał się ratować Żydów.Ryzykując własnym życiem poświęcał się tej sprawie całkowicie.Zorganizował kuchnię, gdzie codziennie wydawano zupę.Z dwoma pomocnikami obchodził okolice i grzebał według obrządku leżących przy drogach zastrzelonych Żydów.Codziennie także przychodził do kuchni i posyłał zupę ludziom, którzy wstydzili się po nią przychodzić.Pewnego dnia Lejb Rotfus przyszedł do gminy i powiedział, że jest chory i nie może więcej pełnić funkcji przewodniczącego.Na jego miejsce wybrano Herszla Federmana.Wtedy nasza sytuacja była jeszcze znośna.Tych kilka pozostałych w mieście żydowskich rodzin myślało, że już ich z Garwolina nie wygonią.

Kiedy wybuchła wojna rosyjsko-niemiecka w czerwcu 1941 roku, starosta zawołał malarza Abrahama Gotfrida i nakazał mu namalować mapę Rosji.Mapę ustawiono na rynku.Starosta codziennie przyjeżdżał na koniu i wpinał flagi, które ukazywały parcie armii niemieckiej na wschód.Oznajmił: „Zanim dojedziemy do Moskwy, wy Żydzi znikniecie z Garwolina”.I tak się też stało.Na początku listopada zarządził, aby do 10.XI nie pozostał w Garwolinie ani jeden Żyd.Po tym terminie za przebywanie na terenie miasta groziła śmierć.

I tak ta reszta Żydów opuściła miasteczko i rozproszyła się po okolicy.Niektórzy odeszli do Żelechowa, Parysowa czy Sobolewa.Ja ze swoją rodziną odszedłem do Parysowa, gdzie przyjęła nas miejscowa rodzina.

Gmina, która liczyła kilkaset Żydów, znana była w polskich kręgach chasydzkich ze swojego dworu chasydzkiego i parysowskiego rebego.

Miasteczko nie ucierpiało na skutek wojny, ponieważ leżało z dala od głównych tras komunikacyjnych i nie miało żadnego znaczenia strategicznego.W pierwszych dniach okupacji nie było tam w ogóle Niemców.Pobożni mieszkańcy wierzyli, że w Parysowie nic się nie może stać, ponieważ miasto otrzymało błogosławieństwo od wielkiego, sędziwego rabina reb.Abrahama Staszowera.Podobno kiedy opuszczał miasto, powiedział, że w tej gminie nigdy nic złego się nie stanie.Wszyscy w to uwierzyli.

Żydzi parysowscy byli nastawieni przyjaźnie.Przyjęli uciekinierów z Garwolina jak swoich rodzonych braci.Getto w Parysowie wyglądało tak, że po jednej stronie ulicy mieszkali Żydzi, a po drugiej stronie tej samej ulicy chrześcijanie.Za przejście na chrześcijańską stronę groziła kara śmierci.Do Garwolina mogli jeździć tylko członkowie Judenratu.

Co tydzień przyjeżdżali przedstawiciele Judenratów z okolicy po nowe rozporzadzenia i zawozili łapówki.Informowali też innych gdzie leżą Żydzi zastrzeleni za naruszenie zakazu opuszczaniu getta.Obok takiego zastrzelonego prawie zawsze leżała torba z kilkoma ziemniakami czy kawałkiem chleba, darowanymi przez chłopów ze wsi.Judenrat dysponował aresztem mieszczącym się na policji.Codziennie przychodzili nowi Żydzi wypędzeni ze wsi i miasteczek z całego powiatu.Pamiętam, że pewnego dnia doszła do Judenratu wiadomość o wysiedlaniu Żydów ze Stoczka.Wszyscy, którzy mieli chociaż trochę wolnego miejsca, starali się ich przyjąć do siebie.Kiedy obserwowałem zbliżających się do Parysowa stoczkowskich uciekinierów i usłyszałem strzał, wiedziałem, że padł Żyd.Później zbieraliśmy i chowaliśmy tych wszystkich zastrzelonych.W tej małej gminie zgromadziło się wtedy ponad 10 tysięcy Żydów.Trudno sobie wyobrazić panujący tam głód.Ludzie umierali z głodu, bo wstydzili się wyciągnąć rękę...Niedaleko od nas mieszkał Mechel Wajnblit.Zawsze nas uprzejmie witał, a nikt nie wiedział, że ten Żyd umiera z głodu.Jego żona Etke była również pogodna i dlatego myśleliśmy, że mają jedzenie.Aż pewnego razu moja mama przyszła do domu z ulicy i powiedziała, że Mechel umarł.Jego żona by prawdopodobnie również wkrótce po nim zmarła, gdyby się nią nie zainteresowano.

Głód dokucza człowiekowi najbardziej na początku.Ciało puchnie, głowa się powiększa jak arbuz, traci się apetyt i... nadchodzi śmierć...Raz spotkałem Arję Tregera.Widzę, że ma spuchniętą głowę i mówię:”Arje, przecież widzę, że głodujesz.Dlaczego nie pójdziesz do ludzi i nie poprosisz o jedzenie.” Arje się strasznie rozpłakał:”Nigdzie nie można zarobić.Żebrać nie umiem” Wkrótce zmarł.

Kiedyś znów spotkałem żonę Szmuela, synową Szamaja Melameda.Pochodziła z dobrej żyrardowskiej rodziny.Była bogata.Kiedy była z synem w Garwolinie opiekował się tam nimi Herszel Federman.Tutaj w Parysowie nie mogła sobie sama poradzić i z synem zaczęli chodzić po domach po prośbie.Kiedy matka coś dostała, syn jej to zawsze zabierał.Matka popłakiwała:”Zabiera mi i ten ostatni kawałek” Syn był taki głodny, że wszystko jej wyrywał z rąk.

Pewnego razu przyszedł Herszel Lajfer (stało nas wtedy kilkoro) i łkał:”Boże, Boże dlaczego mnie oszczędziłeś” Było widzieć, że dzisiaj jeszcze nie miał nic w ustach.Takich jak on było bardzo dużo.Umierali z głodu dlatego, że wstydzili się prosić o jedzenie.Wielu Żydów nie wychodziło z domu, aby się nie wydało, że głodują.Anioł śmierci zapanował nad gettem!

W niemieckim specjalnym oddziale Sonderkommando służyli przede wszystkim volksdeustche, którzy znali polski.Codziennie przyjeżdżali z Garwolina przeprowadzać rewizje w żydowskich domach i zabierali wszystko co się dało.Płacz ludzi się niósł do nieba!To oni właśnie zabijali ludzi po drogach.W garwolińskiej żandarmerii był jeden volksdeutsch który pochodził z Żyrardowa.Zawsze przyjeżdżał do Parysowa szukać czegoś co by mógł potem posłać do „ojczyzny”.Pewnego razu byłem świadkiem zdarzenia, którego nigdy nie zapomnę.Ten żandarm złapał po chrześcijańskiej stronie ulicy Żyda, którego znał z Żyradowa.Znalazł u niego kawałek chleba, który ten dostał od jakiegoś chrześcijanina.Złapany Żyd bardzo go prosił, przypominał mu co wszystko dobre co dla niego kiedyś zrobił....Nie odpowiadając ani słowem, żandarm go wyprowadził za miasto i zastrzelił.

Co rano furmanka bractwa pogrzebowego objeżdżała getto, zbierała pomordowanych i odwoziła na cmentarz żydowski.Zdarzało się, że żywy spał z martwym cała noc i o tym nie wiedział.Dopiero rano nie mogąc się dobudzić śpiącego, zauważył, że brat, przyjaciel czy kuzyn nie żyje.

Judenrat co rano wyznaczał kto pójdzie i do jakiej pracy.Posyłali do pracy na drodze, do łupania kamieni itp.Pracowało się blisko miasta.Później zaczęto posyłać do obozu pracy w Wildze, położonej 15 kilometrów od Parysowa.W czasie łapanek do pracy działy się sceny rozdzierające serca.Nie tyle baliśmy się samego obozu co możliwości, że się już stamtąd nie wrócimy.Niemcy żądali siły do pracy i Judenrat, jak już zaznaczyłem, wyznaczał kto i dokąd pójdzie.Mieszkańcy się chowali i żydowska policja łapała biegiem uciekających ludzi.Złapano również i mojego brata Oszera-Niech pamięć jego będzie błogosławiona! Nie pomogły ani prośby ani łapówki.

Z każdym dniem sytuacja się pogarszała.Do tak małego miasteczka przez cały czas napływali nowi uciekinierzy z okolicy.Ich liczbę wkrótce się szacowało na 15-cie tysięcy.Mieszkali po komorach i w najróżniejszych pomieszczeniach.Nie było ani kawałka wolnego miejsca.Ta ciasnota rozpętała epidemie tyfusu i biegunek.Ludzie padali jak muchy.

Coraz częściej mówiło się o Treblince.Jednak Żydzi cały czas mieli nadzieję, że Niemcy nie zdążą uskutecznić swojego planu.Taka sytuacja panowała aż do Sukot 1942.

Pamiętam kiedy odmawiałem Kol Nidre[3], w jakimś mieszkaniu.Nigdy nie zapomnę tamtej gorącej modlitwy:  "Wszystkie ślubowania i zobowiązania .niechaj będą zniesione, rozwiązane, unieważnione, zniszczone, odwołane!“  Z płaczu traciliśmy siły.Kobiety już nie mogły więcej rozpaczać.Wtedy to zmarła jedna około trzydziestoletnia kobieta, pochodząca z Warszawy.

Na Sukot 1942 dotarły do nas wieści, że wysiedlane są całe miasta, a Żydów ładują do wagonów i odwożą do Treblinki.Nie trudno sobie wyobrazić te noce i dni pełne strachu.

Parysowski Judenrat przywiózł ze starostwa „dobrą wiadomość”, że nam się nic nie stanie.Że będzie się budować nową drogę i potrzebni będą robotnicy.Urzędnicy starostwa nawet zamówili dla nich gumowce co oznaczało.że Parysów będzie oszczędzony.Wszyscy się trochę uspokoili.Ale w najbliższą niedzielę, pierwszego nieświątecznego dnia Sukot, dotarło do miasta kilkunastu Żydów z Sobieni Jezior[4], którym udało się uciec.Opowiadali, że wysiedlają Żydów z Sobieni Jezior i wywożą do Treblinki.

Wybuchła panika.Wiedzieliśmy, że zbliża się nasz koniec.Zrozumieliśmy także dlaczego straż pożarna jest w stanie pogotowia.

Z godziny na godzinę czekaliśmy co się stanie.Wielu uciekło do obozu koło Chyżyn, trzy kilometry od Parysowa.Byli tacy, którzy przyjmowali wszystko ze spokojem.Pamiętam, że kiedy spotkałem Abrahama Wódkę i zapytałem go co zrobimy, odpowiedział zwracając oczy ku niebu :”Kiedy zawoła, musi się iść”.

Ja również zdecydowałem się uciec pod osłoną nocy.Ludzie golili brody i owijali głowy w chustki, aby nie można było poznać, że są Żydami.

Mieszkaliśmy u parysowskiego Żyda Icchoka Bekera.Zrobił nam pod dachem dobrze zamaskowaną kryjówkę.Nie można było poznać, że tam leżą schowani ludzie.Przygotowaliśmy także trochę prowiantu w nadziei, że za kilka dni się coś stanie...

Na poddaszu schowani byli moi rodzice, brat, trzy siostry i dwoje dzieci-razem ośmioro ludzi.Ja, mój brat Izrael i szwagier Joszua Karpman, czekaliśmy aż się ściemni aby móc uciec.Najstarsza siostra Pesia powiedziała:”Ja muszę zostać bo mam dwoje dzieci i z nimi nie mogę uciekać, chociaż mąż mnie zmusza abym szła.Pomóż mu.Ma wielu znajomych chrześcijan i może się uratuje.”

Zanim się ściemniło było widać ożywienie na drogach.Polska policja wyszła do ulic i zaczęli także przyjeżdżać kaci Niemcy.Wyła syrena strażacka.Morderczy dźwięk tamtej syreny prześladuje mnie do dzisiaj.Z jaką radością puszczano tą syrenę! Polskie szumowiny wyszły do ulic rozglądając się co by wyrabować.Policja z Parysowa i okolic okrążyła getto aby nie uciekano.Niemiecka żandarmeria i straż w wyjściowych mundurach także zajęły pozycje.Poczuliśmy się jak w hermetycznie zamkniętym kręgu bez wyjścia.Jakiś chrześcijanin powiedział, że w Pilawie (stacja kolejowa 9 km od Parysowa) stoją już wagony przygotowane na Żydów.

Wybuchła panika nie do opisania! Ci, którzy mieli znajomych Polaków oddawali im co mieli jeszcze wartościowego.Polacy sami po to przychodzili a polska policja udawała, że tego nie widzi.Niech wszyscy wiedzą jak Polacy pomagali Niemcom w naszej likwidacji!

Wszedłem do kryjówki pożegnać się z bliskimi.Siedziała tam moja cała rodzina.Żegnałem się z uczuciem, że może widzę ich już po raz ostatni.Matka powiedziała mi nazwiska chrześcijan, u których zostawiła rzeczy i kosztowności.Z bratem i szwagrem zaczęliśmy się rozglądać , którędy uciec z getta.

Ściemniło się.Polscy policjanci i Niemcy kręcili się tam i spowrotem pilnując aby nikt nie przebiegł przez ulicę na pole.Jak już wspomniałem getto w Parysowie nie było zamknięte i wystarczyło przeskoczyć na drugą stronę ulicy aby znaleźć się poza gettem.

Kiedy było już dobrze ciemno i kiedy przygotowywaliśmy się do skoku, usłyszałem nagle, że ktoś mnie cicho woła po imieniu.Rozejrzałem się dookoła a to była Rochcze Toper (Wasornic) z dwojgiem dzieci.Powiedziała mi, że jej mąż, który pracuje w Garwolinie w żandarmerii, prosił o zwolnienie aby mógł wraz z nią i dziećmi iść do tego samego wagonu.Obiecali mu i kazali przyjść jutro rano do Parysowa.Pożegnaliśmy się.Jeszcze nam pomogła bo obserwowała policjanta, który pilnował naszego odcinka ulicy.Kiedy się oddalił dała nam znak a my we trojkę przebiegliśmy na drugą stronę ulicy i na pole.Jakiś chrześcijan krzyczał za nami dlaczego uciekamy ale my biegliśmy co sił w nogach.Biegliśmy tak bardzo długo a kiedy się zatrzymalismy aby złapać oddech, zauważyliśmy cienie postaci.Poznaliśmy, że to Żydzi.Podeszli do nas Icchcok Hofenberg, Fraja Wajnblut i Lejwa Rotfus.Razem szliśmy jeszcze ładny kawałek drogi.Na skrzyżowaniu się rozeszlismy.Brat, Karpman i Rotfus poszli w inną stronę a ja poszedłem drogą, w kierunku stacji kolejowej w Garwolinie.

Po północy zapukałem do znajomego chrześcijanina.Przestraszył się, ale kiedy usłyszał moje nazwisko poszedł naradzić się z żoną.Pozwolił mi przespać się na strychu.To małżeństwo było bezdzietne i kiedy nagle usłyszałem płacz dziecka wytłumaczył mi, że znaleźli dziecko na stacji kolejowej kiedy przejeżdżały wagony z Żydami.Zdecydowali z żoną, że go wezmą.

Rano gospodarz poszedł do innego mojego znajomego w sąsiedniej wiosce, aby tamten przeprowadził mnie do obozu w Chyżynach.U niego nie mogłem pozostać bo się oboje bali.

Ten mój drugi znajomy przyszedł z młodym wieśniakiem i przedstawił mu mnie jako uczciwego człowieka.Powiedział abym zapłacił tyle a tyle za przeprowadzenie i pocieszył że wszystko będzie dobrze.

Rzeczywiście młody wieśniak przyszedł po mnie w nocy.Miał ze sobą rower.Poszedłem za nim.Szliśmy tak dłuższy czas aż w jakiejś wiosce zatrzymaliśmy się na odpoczynek.Zasłyszałem, że z kimś szeptem rozmawia.

Po odpoczynku poszliśmy dalej. Naraz młody wieśniak krzyknął, że ktoś nas śledzi i uciekł.

Za chwilę pojawiło sie obok mnie dwóch chuliganów, którzy zaczęli mnie poszturchiwać.”Jesteś już dzisiaj jedenastym Żydem, którego oddamy Niemcom”- powiedzieli.Długo ich prosiłem i przemawiałem im do sumienia.W końcu mnie całego przeszukali, zabrali wszystko co miałem, ściągnęli mi buty z cholewami.Zostawili tylko pieniądze na bochenek chleba i odeszli.

Nie znałem drogi do Chyżyn.Była noc.Ciemno.Stałem bosy.Pomyślałem:zapukam do pierwszych napotkanych drzwi.Doszedłem do domu z wielkim gankiem i pięknie pomalowanym płotem.”Dobry dom”-pomyślałem.

Kiedy zapukałem wyszedł człowiek wysoki dwa metry.

Przepraszam pana, zgubiłem się w drodze do Chyżyn.Proszę, niech mi Pan pomoże”.

„Janek!” zawołał.Ze stodoły wyszedł typ potwora i przybliżył się do mnie.

Pozbądź się go!” rozkazał mu pan.Potwór już mnie gdzieś ciągnie.Poczułem zapach morderstwa.Zacząłem krzyczeć do nieba.Z domu wyszła pani i długo ich przekonywała aby mnie puścili.

Nie zabijaj go.Niech idzie!”.Gospodarz posłuchał żony.Później dowiedziałem się, że był sołtysem tamtej wioski.

Znów zostałem sam na sam z nocą.Co robić?Zapukałem do drugiego domu.Była to mała, biedna chałupka.Wieśniak pokazał mi kierunek do obozu i dał mi jeszcze kawałek chleba.Już się rozwidniało.

W obozie spotkałem Judela Wódkę.Tam było prawdziwe piekło.Judel załatwił mi parę butów.Zacząłem pracować w obozie.

Brud, wszy, epidemie.Wszędzie chorzy i martwi.Do pracy chodziło się o szóstej rano.Pracowało się w wodzie.Strażnikami byli chuligani różnej maści.Co wieczór ciągnęliśmy do obozu za sobą wielu martwych.

Mojsze Hofenberg mi ustąpił trochę miejsca na spanie.Spotkałem tam młodego chłopca z Parysowa (nie pamiętam nazwiska), który nie mógł mówić.Od kilku dni miał w gardle kulkę po tym jak strzelano do niego w Parysowie.Męczył się kilka dni zanim umarł.

Liczba chorych i umarłych zwiększała sie z dnia na dzień i sytuacja stawała się nie do zniesienia.

Po trzech tygodniach odnalazł mnie młody chrześcijanin i przekazał mi kartkę od Jehoszuy Briwa, który informował mnie, że znalazł dobrą kryjówkę w Jagodnym i jeśli mam pieniądze to gospodarz po mnie przyjedzie Nie miałem przy sobie żadnych pieniędzy, ale pomyślałem, że może dostanę jeszcze coś za rzeczy, które zostawiliśmy u znajomych chrześcijan.

Za dwa dni przyjechał po mnie gospodarz i zawiózł mnie do kryjówki, która była dobrze zamaskowaną jamą w chlewku.Siedziało nas tam sześciu.Nikt z wioski nie wiedział o naszej obecności.Nie głodowaliśmy.Gospodarz przynosił nam jedzenie, kiedy dawał świniom jeść.Płaciłem mu co miesiąc pieniędzmi, które przez posłańca przysyłali mi ci znajomi chrześcijanie.

W tej jamie „przeleżeliśmy” 23 miesiące.W pewnym okresie gospodarz się czegoś przestraszył i chciał, abyśmy odeszli.Na szczęście ruszyła ofensywa rosyjska, który go powstrzymała od tej drastycznej decyzji.

27 lipca 1944 rano usłyszeliśmy silną kanonadę.Strzelanina trwała cały dzień.Nasz chlew się zapalił i ledwie co zdążyliśmy go opuścić.Koń, , który był tam przywiązany, spalił się.Wybiegliśmy w pole i schowaliśmy się w zbożu.Przesiedzieliśmy tam do wieczora, kiedy to Rosjanie weszli do wioski.

Po dwóch dniach poszliśmy do Garwolina.Mieliśmy szczęście, bo podobno w tego dnia kiedy odeszliśmy, szukała nas AK.

W Garwolinie dowiedziałem się o tragicznej śmierci mojej rodziny.Niemcy podobno przeszukali cały dom, ale nikogo nie znaleźli i odeszli.Polscy strażacy jeszcze raz przeszukali dom i znaleźli cała rodzinę, którą oddali w ręce Niemców.Tatę i mojego brata Szymona Niemcy zastrzelili na miejscu.Kobiety i dzieci przewieźli do aresztu.Razem było około trzydziestu kobiet i dzieci.Między innymi była i Chana Hermanowicz (Chana Wowy) i jej córka Rajzla.

Na Hoszana Raba wyprowadzili wszystkie na pole i tam je rozstrzelali.Była tam moja matka, dwie siostry i dwoje dzieci siostry Pesi.

Rozstrzelanych pozostawiono w dole koło stodoły i przykazano właścicielce, aby nie ważyła się przenieść zwłok na inne miejsce.Tego morderstwa dokonała niemiecka żandarmeria razem z polska policją.

Mój brat Oszer uciekł z obozu w Wildze i ukrywał się u chłopa.Kiedy zachorował, chłop wywiózł go z wioski i pozostawił na drodze.Przejeżdżający żandarmi odwieźli do Garwolina i tam zastrzelili.

Po wyzwoleniu do Garwolina wrócili Żydzi, którzy albo ukrywali się po okolicznych wioskach, albo przeżyli na aryjskich papierach.Zrobiliśmy wszystko, aby im pomóc.Załatwiliśmy jedzenie i kwaterunek.Grupa garwoliniaków, między innymi i Szmuel Laksman zabrali się energicznie do polepszenia sytuacji garwolińskich ocalałych. Cmentarz był całkowicie zdemolowany.Z macew Niemcy czy Polacy zrobili trotuary.Laksman sam wyjmował te nagrobne kamienie i odwoził je na właściwe miejsce.Z pomocą JOINTu interweniował u władz o pozwolenie i pomoc przy ekshumacji rozstrzelanych koło stodoły w Parysowie.Postarał się o trumny i pomocników i przeprowadzono ekshumację.Policja pilnowała, aby wszystko przebiegało w najlepszym porządku.Wszyscy ekshumowani byli przewiezieni na cmentarz Gęsiówka[5] w Warszawie.

Mojego ojca i brata również przewieziono w trumnach do Warszawy.

Na cmentarzu w Warszawie złożono wszystkich w dwóch grobach obok siebie.Mój ojciec i brat leżą w jednym grobie a w drugim są pochowane kobiety i dzieci.

Wyrządziłbym niewyobrażalną krzywdę, gdybym nie podkreślił, że między Polakami znaleźli się tacy, którzy pomagali Żydom.Ja przeżyłem tylko dzięki kilkunastu Polakom, którzy sprzedawali nasze towary a pieniądze mnie przysyłali.Wiedzieli nawet w której wiosce się ukrywam a jednak nie wydali...

Z tymi szlachetnymi chrześcijanami jestem w kontakcie do dnia dzisiejszego.

Przypisy

  1. hebr. początek roku).Święto Nowego Roku obchodzone pierwszego i drugiego dnia miesiąca tiszri (wrzesień-październik Return
  2. hebr. Dzień Pojednania) Uważany za najważniejszy i najbardziej uroczysty dzień roku.Obchodzony dziesiątego dnia miesiąca tiszri.Return
  3. aram. "wszystkie ślubowania") - modlitwa , będąca jedną z najświętszych żydowskich modlitw, jest prośbą o unieważnienie ślubów złożonych Bogu nieświadomie lub pod przymusem. Wyraża ona głęboką świadomość faktu, że człowiek nigdy nie jest w stanie w pełni dotrzymać zobowiązań, obietnic i   ślubów złożonych Bogu.Return
  4. Sobienie Jeziory w oryginale Sobin Return
  5. cmentarz Gęsiówka , cmentarz żydowski przy ulicy Okopowej Return
Księga Pamiątkowa Garwolin


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Garwolin, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Binny Lewis
This web page created by Max G. Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 8 Oct 2010 by LA