« Previous Page Table of Contents Next Page »

{484}

Błogosławionej pamięci Jakub Berliner–Baniel

I.D. Bejt - Halewi i inne źródła

(Badacz i filozof)

{Fot. str. 484: Jakub Berliner–Baniel}

Jakub Berliner–Baniel urodził się swoim rodzicom Dawidowi Arie i Ruchamie dnia 9 kislew 5642 (1882) w Zgierzu. Rodzina jego była pobożna, o świetnych korzeniach, wywodziła się bowiem z rodu rabbiego Jom Towa Lipmana Hellera, autora „Tosafot Jom Tow”. Jakub był trzecim synem w rodzinie składającej się z sześciu synów i dwóch córek.

Od wczesnej młodości Jakub wyróżniał się w nauce i szybko został uznany za ucznia wybitnie zdolnego i pracowitego. Kiedy miał dziewięć lat, przeniósł się z chederu do Bejt Ha-Midraszu, aby tam studiować Torę wraz z dorosłymi. W wieku lat czternastu studiował pod kierunkiem rabina naszego miasta; zaczął także uczyć się języków obcych, matematyki i biznesu. Przez całe swe późniejsze życie miał łączyć Torę i tradycję z wiedzą ogólną; te dwie dziedziny uzupełniały się w jego umyśle i zgadzały.

„Podstawy jego duchowego i kulturalnego rozwoju wyrosły z wyjątkowej atmosfery jego rodzinnego miasta Zgierza - w czystym i zdrowym powietrzu pól i lasów, przesiąkniętym intelektualną unikalnością jego żydowskiej społeczności” (I.D. Bejt - Halewi: Jakub Baniel (Berliner), badacz i filozof, Niwim, Cooperative Center 5717/ 1957, Tel Awiw).

Wziąwszy na siebie jarzmo utrzymania rodziny przeprowadził się do Zgierza i rozpoczął pracę jako główny księgowy. W wolnym czasie dawał lekcje greki i łaciny. Jego biegłość w tych językach była fenomenalna. Poza hebrajskim, jidysz i językami klasycznymi znał także ormiański, polski, rosyjski, angielski, francuski i niemiecki.

Wśród wielu obowiązków Baniel znajdował jednak czas na pracę dla syjonizmu. Gniewało go, że jego brat Menachem wyprzedził go w aliji w roku 5671 (1911), jeszcze przed pierwszą wojną światową. Menachem, doświadczony robotnik rolny i dzielny wartownik, był jednym z pierwszych osadników w Atarot (Kalandia), a później jednym z założycieli Gan Szmul[1]. Był człowiekiem pracy i Tory, żyjącym w zgodzie z tradycjami rodzinnymi. Po dniu ciężkiej pracy znajdował jeszcze czas, by uczyć imigrantów hebrajskiego. Kochał go i szanował każdy, kto go poznał. Podczas pierwszej wojny światowej zaraził się żółtą febrą i umarł.

Jakub zrobił aliję w roku 5686 (1926) na fali Czwartej Aliji, wraz ze swą sześcioosobową rodziną. Jednak tylko z trudnością mógł zapewnić jej utrzymanie w erze Wielkiego Kryzysu, z którego Kraj długo nie mógł wyjść. Z tego powodu wiele osób wyjechało z Izraela. Tylko dzięki swemu bogatemu intelektowi udało mu się otrzymać pracę na pół etatu w komisji spółdzielczej Rady Miasta Tel Awiwu jako kierownik i audytor księgowości spółdzielczości.

Głęboka wiedza i zdolności Jakuba Baniela zaczęły wreszcie przynosić owoce. Księgowość traktował nie jako mechaniczne rozpracowywanie liczb i kont, ale jako naukę rządzącą się własnymi prawami. Wymagał, by osoby tej profesji studiowały i zgłębiały wewnętrzne znaczenia i zawartość liczb. „Liczby rządzą życiem i śmiercią” – mawiał. Wielu swych uczniów nauczył tak właśnie traktować księgowość – jako naukę samą w sobie.

Jak już powiedziano, Jakub Baniel nie był tylko księgowym. Życiem jego rządził reżim zawodowy. Nigdy nie przestawał się uczyć i prowadził szerokie badania. Owoce swych badań publikował w „LeSzonejnu” – organie komisji lingwistycznej, w kwartalniku „Tarbitz” Uniwersytetu Hebrajskiego, w miesięczniku „Synaj” wydawanym przez Mossad Haraw Kook, a także w wielu innych dziennikach i tygodnikach. Od czasu do czasu dawał także wykłady na temat swych badań. Na konwencji światowej naukowców żydowskich, która odbyła się w Jerozolimie w lecie 5607 (1947) pod auspicjami Uniwersytetu Hebrajskiego wygłosił wykład pt.: „Wzory czasowników w języku hebrajskim”. Wiele z jego artykułów naukowych znalazło się w jego książce „Niwim”, w rozdziale dotyczącym tłumaczeń. Jeden z nich, poświęcony cudownej dyskusji w Talmudzie jerozolimskim, zadedykował błogosławionej pamięci reb Izucherowi Szwarcowi, o którym pisze jako o „świetle społeczności żydowskiej Zgierza, mojego miasta rodzinnego”.

Pilnie pracował nad fundamentalnymi zasadami rozumienia Biblii i zagłębiał się w Talmud i Midrasz. Wielką satysfakcję sprawiało mu rozwikłanie jakiejś trudnej kwestii. W takich wypadkach natychmiast starał się przedstawić swoje nowe idee publiczności i rozpowszechniać je jak najszerzej. W dużej części postępy Jakuba w badaniach zawdzięczać należy wsparciu jego oddanej i wiernej żony Pessy Eliszewy, córki reb Lejbela Herzona ze Zgierza, która stała przy jego boku zachęcając do dalszej pracy.

Dom jego, miejsce spotkań uczonych, przesycony był Torą i nauką. Studio jego od podłogi do sufitu wypełniały półki z książkami. Mimo, że przyjmowano go w kołach inteligencji w Kraju, nie uważał się za zawodowego naukowca, specjalistę od Tory. Cechowała go wielka skromność i nigdy nie chełpił się swą bogatą wiedzą. Dystansował się od wszelkiej przesady i nie miał profesorskich manier. Zgłębiał Torę po to, by udzielać swojej wiedzy ludowi. Nigdy nie zatrzymywał swoich nowatorskich pomysłów dla siebie. Kiedy tylko uczynił nowe odkrycie, natychmiast śpieszył przedstawić je publiczności w sobie tylko właściwy sposób, spokojnie tłumacząc wszelkie zawiłości, nie negując opinii innych. Idei jego zawsze wysłuchiwano z wielką uwagą.

Trzymał się tradycji ojców i cenił je głęboko. Wypełniał praktyczne i międzyludzkie przykazania w sposób kompletnie bezpretensjonalny. Rodzinę swoją i gości zawsze witał pogodnym obliczem. Uczył dobra i wypełniał dobro.

Jakub Baniel był skromny i dyskretny, choć wielki w Torze i wiedzy. Znał się na filozofii. Publikował artykuły na temat judaizmu, języka i gramatyki hebrajskiej oraz podstawowych kreacji lingwistycznych opartych na porównaniach i logice. Opublikował wiele, ale jeszcze więcej jego dzieł nigdy nie ujrzało światła dnia. Nawet podczas ciężkiej choroby wciąż jeszcze przedstawiał krewnym i przyjaciołom swe głębokie, usystematyzowane idee badawcze, gotowe do kompilacji i publikacji, zadanie czekające na niego, kiedy tylko odzyska zdrowie…

Nie odzyskał jednak zdrowia. Podstępna choroba była silniejsza, okrutna i bezlitosna. Walczył z nią z całych sił, próbował ją ignorować i snuł plany literackie na przyszłość, nawet kiedy sytuacja była już bardzo groźna, a on leżał na łożu śmierci.

W szabat 19 kislew 5710 (1951) zasnął w swym cierpieniu i już się nie obudził. Niech dusza jego będzie związana w węzełku życia wiecznego.

(Z książki I.D. Bejt – Halewiego „Niwim” i inne źródła)


{486}

Menachem Berliner

Joszua Manoach

Choć mieszkałem w Zgierzu bardzo krótko, po dziś dzień miasto to ma miejsce w moim sercu. Był to mój ostatni przystanek w drodze ku nieznanemu. Stamtąd wyjechałem do Kraju i tam dojrzał mój syjonizm.

Przybyłem do domu Reichertów jako nauczyciel Zeliga. Jako mełamed, nie jako moreh[2]. Dom był wspólną własnością Zewa Michała z żoną Eidą i Zewa Eliasza z żoną Machlą. Żony były siostrami, a mężowie kuzynami. W momencie mojego przybycia, ponad sześćdziesiąt lat temu, pierwsza rodzina odwiedziła była Kraj już dwa razy, a druga raz. Brat Zewa Eliasza, Izrael Izaak (dziś znany raczej jako profesor Reichert), studiował w seminarium nauczycielskim w Jerozolimie. Córka jego Tamar uczyła się w szkole publicznej w Rechowot. Wszyscy oni byli Żydami – syjonistami, posłusznymi przykazaniom. Pakowanie walizek nie było dla nich problemem. I rzeczywiście, zrobili aliję natychmiast po pierwszej wojnie światowej.

{Fot. str. 487: Menachem Berliner}

Nie mogę nie opisać tu mojego pierwszego obiadu w domu Reichertów. Pamięć tego posiłku zawsze będzie ze mną. Obmyliśmy ręce i odmówiliśmy błogosławieństwo Ha-Motzie. Na stole były czarne oliwki, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Pani domu zaprosiła mnie do spróbowania oliwek. Włożyłem jedną do ust. Miała gorzki i nieprzyjemny smak i już miałem ją wypluć, kiedy zauważyłem, że oczy wszystkich zebranych były wpatrzone we mnie i pełne oczekiwania; zrozumiałem. Przeżułem oliwkę, połknąłem i wziąłem drugą. Wtedy wybuchnęli śmiechem, a ja się przyłączyłem do ogólnej wesołości. Teraz, kiedy przyzwyczaiłem się do smaku oliwek, mogę jeść je tuzinami. Pamiętam, z jakim pośpiechem zdjęto je ze stołu – był to kosztowny przysmak. Otrzymałem pierwszą lekcję ekonomiki Kraju, gdzie czarne i zielone oliwki stanowią ważną część każdego posiłku.

Jak poznałem mieszkańców Zgierza? Kiedy po raz pierwszy ich spotkałem? Nie mogę sobie przypomnieć. Najpierw byłem nauczycielem Zeliga Reicherta, jak już wspomniałem, a poza tym stałem się członkiem rodziny Koreców. Nie pamiętam szczegółów. Pamiętam jednak bardzo dobrze rodzinę Abrahama Klofelda. Odwiedzałem ich dom i przyjaźniłem się z ich starszymi dziećmi Aszerem i Leą. Ta rodzina zrobiła aliję. Pamiętam też ich ojca, tkacza, który po przybyciu do Kraju pracował przewożąc materiały budowlane na wielbłądzie. Przedstawiali oni unikalny obraz żydowskiej rodziny tego czasu, która całkowicie zmieniła swój sposobi życia i zewnętrzne atrybuty. Starali się zaaklimatyzować się w Kraju i zapuścić tam korzenie w ekstremalnym stopniu. Często myślałem o tej rodzinie, o ich synu i córce. Z jakiegoś powodu nie miałem z nimi kontaktu w Kraju. Jest to tajemnica, której nie potrafię rozwikłać. Pamięć moja strzeże jednak ich wspomnienia jako jedne z najcenniejszych.

Pamiętam reb Izuchera Szwarca, którego dom często odwiedzałem. Otrzymałem od niego list do doktora Kaminki, który wówczas mieszkał w metropolii, jaką był Wiedeń, z prośbą, aby wspomógł mnie w moich planach dotyczących aliji. Miał on przyjemne maniery i był zawsze pogodny. Był uczonym Żydem i przyjaźnił się z wieloma pisarzami, w tym z Nachumem Sokołowem. Głównym tematem rozmów między nami był Kraj Izraela.

Widzę to wszystko jak przez mgłę. Nie pamiętam nawet, jak poznałem Menachema Berlinera, z którym tak wiele mnie łączyło i z którym wiele razy spotkałem się w Kraju. Mam jednak przed oczami jego oblicze jak żywe. Jego mocny podbródek wyrażał siłę, moc i wiarę w siebie. Urodził się 14 aw 5651 (1891) i otrzymał żydowskie wykształcenie zorientowane na Torę; od młodości oddany był pracy dla ruchu syjonistycznego. Założył czytelnię, organizował kursy hebrajskiego i młodzieżowe grupy syjonistyczne.

Wyjechał ze Zgierza z jednym rublem w kieszeni. Przekroczył granicę niemiecką w Kaliszu. Jeden z jego braci wyruszył za nim w pościg. Menachem widział go w Kaliszu, ale brat nie widział jego. Przebył wówczas długą drogą i miał wiele przygód. Zatrzymano go w Berlinie, Wiedniu i wreszcie w Trieście. Tańczył z radości jak dziecko, kiedy wdrapał się na jeden z alpejskich szczytów w okolicy Triestu. Oto jego list z Triestu:

„Niedziela, 10 rano

Za dwie godziny wyjeżdżam. Muszę jechać na wybrzeże. Zanim opuszczę kraj mojego gorzkiego wygnania, unoszę ręce w przysiędze: przysięgam w imię mojego narodu, który cierpiał przez dwa tysiące lat; przysięgam na krew rozlaną jak woda; przysięgam na złamany miecz Jochanana i Bar Kochby[3]; przysięgam na dusze naszych ojców zabitych na uświęcenie Bożego Imienia; przysięgam na nowych Hasmoneuszy, których wydało nasze dwutysiącletnie wygnanie; przysięgam na moich dzielnych braci w Kraju Izraela; przysięgam na odrodzenie Ludu Izraela w naszym Kraju – że nigdy nie powrócę do diaspory i będę walczyć za nasz naród i kraj do ostatniej kropli krwi w górach Syjonu i w Jerozolimie”.

Była to czysta i niewiarygodna niewinność. Skąd wziął się u niego ten duch? Jak narodził się ten wewnętrzny płomień? Nie da się czytać tego listu bez emocji. Czytającego ogarniają ciepłe uczucia, które trudno strząsnąć. Takie to iskry wykrzesało odrodzenie narodu. Pojedyncze, rozproszone, jedna tu, druga tam – połączyły się wreszcie przyciągnięte trudną do zdefiniowania siłą. Tutaj, tutaj, nad błękitne morze. Więcej niż sześćdziesiąt lat minęło od tego czasu. Wydaje mi się, że to on był jednym z pierwszych zgierzan, którzy zrobili aliję.

Z Jaffy udał się do Petach Tikwy. Pozostał tam przez około sześć tygodni, a potem wyjechał do Rechowot, miejscowości oddalonej o dziewięć godzin drogi. Tam mieszkał, póki nie przeniósł się do Gan Szmul. Znalazł się wśród tych, którzy wezwani zostali do pracy w sadzie – mieli go powiększyć, zmeliorować, odbudować i oczywiście strzec.

Wciąż jeszcze mam dziesiątki listów, które napisał do mnie ze swojej podróży do Kraju, w których opisuje swoje doświadczenia i swoją pracę. Przedstawia w nich długi łańcuch zdarzeń, uczynków, spotkań i świątecznych dni. Promieniuje z nich jego dziarski duch, bezbrzeżna wiara i niepokalane ciepło. Był oddanym, wiernym i serdecznym przyjacielem. Bez wahania wyciągał rękę do tych, którzy potrzebowali pomocy. Miał dobre serce i otwartą dłoń.

„Nierzadko spłacał w sklepach długi przyjaciół i dzielił się z nimi wszystkim, co miał” – pisze błogosławionej pamięci A.M. Kolar, który pracował z nim w Gan Szmul, w „Dawar” (9 nisan 5700/ 1940) w dwudziestą piątą rocznicę jego śmierci.

Ofiarował 20 franków na rzecz periodyku Ha-Poel Ha-Cajr[4]. W tamtych czasach była to ogromna suma dla kogoś, kto zarabiał na życie pracą własnych rąk (pisał także do swych krewnych w diasporze, zachęcając ich do podobnej donacji).

Swych przyjaciół i znajomych zachęcał w listach do aliji. Kiedy bracia jego martwili się, ile pieniędzy kosztuje go wysyłanie takich listów, odpowiadał, że wierzy, iż listy te nie są bezsensowne i wywrą pożądany efekt, bo „słowa płynące z serca trafiają do serca”. Dlatego nie mógł nie pisać (zauważyć trzeba, że we wszystkich listach prosił, by odpowiedzi adresowano po hebrajsku, dodając tylko „Palestyna”).

„Wychodzę do pracy z radością i pełen energii” - pisze w jednym z listów. „Przyzwyczaiłem się do szpadla. Przyjaciele moi są zadziwieni, jak bardzo poprawił się mój wygląd, byłem bowiem całkiem blady, gdy tu przyjechałem”. W innym liście pisze: „Jestem tu bardzo szczęśliwy. Zostałem stworzony dla tego Kraju”.

Należy tu poświęcić kilka słów pracy Menachema.

Bardzo dużo pisze on o pracy przy pomocy szpadla i motyki. Ci, którzy wykonywali ten rodzaj pracy, nigdy jej nie zapomną. Ból pleców, pęcherze na dłoniach i ogólne zmęczenie, które towarzyszą wszystkim początkującym, szybko mijają. W pracy fizycznej jest coś szczególnego. Kiedy człowiek stoi pochylony kopiąc rowy albo przekopując sad narzędziem nazywanym „tachmir”, ogarnia go uczucie transcendencji, które napełnia go wewnętrzną pewnością i świadomością własnej wartości; oto pracujesz dla Kraju Izraela; oto przyzwyczaiłeś się do ciężkiej pracy i zarabiasz na swoje utrzymanie pracą własnych rąk; oto wypełniasz przykazanie „podboju poprzez pracę”, a praca Araba staje się pracą Hebrajczyka. Czyż nie po to zrobiłem aljię do Kraju?

Nasz Menachem ze swa nieograniczoną energią i inicjatywą, szybko stał się ekspertem od szpadla i zapracował sobie na tytuł Króla Szpadla[5]. Oczy jego były otwarte na wszystko, co działo się wokół niego, a ręka jego zawsze wspierała słabnących. Jeśli ktoś nie mógł dokończyć swojego przydziału pracy lub jeśli istniało niebezpieczeństwo, że ktoś mógłby zostać wypchnięty z szeregu przez Arabów, Menachem natychmiast się tam pojawiał, szybko i umiejętnie rozwiązywał problem i wracał na swoje miejsce.

Menachem zawsze umiał oszczędzać. Zawsze był pełen energii. Skąd zgierski tkacz brał taką energię? Miał silną wolę, silną żydowską wolę, by praca, którą wykonywał, była pracą hebrajską, aby udowodnić, że Żydzi nie boją się znoju. Był pełen entuzjazmu i niezwykle pracowity, nie uznawał żadnych kompromisów ze sobą. Pracował i odnosił sukcesy. Sam pokonywał swoje słabości. Jak już wspomniano, umiał dzielić się chlebem z innymi. Dłoń jego była zawsze wyciągnięta, a serce prawe. Warunki w owych czasach były inne niż dziś. Nie było takiej organizacji jak teraz. Nie istniały jeszcze organizacje pomocy wzajemnej. Były jednak gorące serca napełnione prawdą, a serce Menachema było jednym z lepszych.

{Fot. str. 490: Menachem Berliner jako wartownik}

Uważał za swój obowiązek udzielać się w każdej działalności podnoszącej status pracy hebrajskiej i żydowskiego robotnika, miłości Kraju i Ludu Izraela. Dlatego latem 5672 (1912) został strażnikiem winnic Rechowot (później napiszę więcej o jego zadaniach). Z pasją mówił o tym, jak służbą swoją wzmacnia Żydów przeciw Arabom. Kiedy zimą 5674 wezwano go do Gan Szmul, miejsca dotkniętego malarią, gdzie grupa robotników z Rechowot na nowo rozpoczynała pracę, a on miał osobiste powody, aby nie jechać (właśnie miała przybyć jego narzeczona Rachel) – jednak pojechał. Czy mógł uczynić inaczej? Pojechał wierząc w swą misję z całego serca. A.M.Kolar tak pisze o nim w wyżej wspomnianej pracy:

„Zimą roku 5674 Gan Szmul obsadzone było grupą robotników, w większości strażników z „Ha-Szomer” w Rechowot, którzy wraz z nim opuścili byli osadę. Poproszono Menachema, by przyłączył się do tej grupy. Odpowiedział na wezwanie, ponieważ potrzebni byli tam młodzi, oddani, pracowici ludzie. Rzucił się do pracy z całą gorliwością swego serca, nie żałując sił. Szybko stał się niezastąpioną postacią w Gan Szmul. W swych listach do rodziny z tego czasu, pełnych radości i entuzjazmu, drobiazgowo opisuje życie grupy, które nie zawsze było życiem odnowy i szczęścia. „Z jednej strony” – pisze – „wciąż ciągnie się wojna i są niezliczone ofiary; z drugiej strony – ze wszystkich tych grobów wyrasta hebrajskie życie. Żyję pracą i naturą, każdym kwiatem i drzewem”.

W tym pierwszym roku młodych z Gan Szmul dotknęło wiele wyzwań. Były to poważne wyzwania. Menachem często cierpiał na malarię i przyjmował ogromne ilości chininy. Podobnie jak inni, nie bardzo się tym przejmował: kiedy tylko gorączka opadała, wstawał z łóżka i szedł do pracy. Był kompletnie pochłonięty swą pracą i sadem.

Zawsze pierwszy opowiadał swym braciom o każdej nowości wokół nich: o nowym zwierzęciu lub ptaku zauważonym w okolicy; o nowo budowanych domach; o nowych członkach grupy; o nadchodzących żniwach; o tym, jaki był szczęśliwy w naszym „małym świecie”. Dusza jego nie znała jednak spokoju i marzyła o podróży do Galilei i zdobywaniu nowych terenów.

Jako doświadczony strażnik grał ważną rolę w systemie obrony Gan Szmul. Pierwsze miesiące pobytu grupy w Gan Szmul wypełnione były starciami z arabskimi sąsiadami, którzy często plądrowali okolicę. Nierzadko starali się przekradać nocą przez ogrodzenie i kradli co tylko mogli. Menachem wykonywał swoją wartowniczą misję z jak największą powagą i oddaniem. Pewnej nocy sąsiedzi, próbując zakraść się do sadu, zaatakowali go i drugiego strażnika. Menachem z przyjacielem odparli jednak najeźdźców, raniąc jednego w dłoń i zmusili ich do ucieczki.

Na Menachemie można było polegać. Był bezgranicznie odpowiedzialny. Zanim zakończę, chciałbym opowiedzieć o moim z nim spotkaniu.

Wiedział o moim przybyciu, ale nie przyszedł do portu, by mnie powitać. Zaskoczyło mnie to. Później dowiedziałem się, że pogryzł go był szakal. Ponieważ w Kraju nie było jeszcze Instytutu Pasteura, zabrano go do Kairu, by podać mu surowicę przeciw wściekliźnie. Listy z Kairu zdradzają nieoczekiwane rysy osobowości Menachema. Nie stać go było na porządny pokój w mieście. Nie dojadał. Jednak wytrwał. Sypiał gdziekolwiek i jadał w kuchniach dla biednych – w tanich i brudnych miejscach.

Ja dostałem pracę w winnicach Riszon Le-Cijon i tam oczekiwałem jego powrotu. Menachem dowiedział się o moim przybyciu i miejscu pracy, kiedy tylko dopłynął do Jaffy. Zamiast jednak pospieszyć do Riszon Le-Cijon na spotkanie ze mną, pojechał wprost do Rechowot, by kontynuować swą misję, pomimo pogryzień. Minęły całe tygodnie, zanim wyznaczyliśmy datę naszego spotkania – miałem przyjechać do niego do Rechowot w pewne piątkowe popołudnie po pracy.

Jehuda Gorodiski, chłop z Rechowot, [który po mnie przyjechał – Z.O'R.] , czekał, aż się przebiorę. Wziąłem poduszkę i koce, które przesłali Menachemowi jego rodzice i wyruszyliśmy w drogę wozem zaprzężonym w konia. Zamiast jechać najkrótszą i najprostszą drogą przez Nes Cijona, chłop wybrał trasę przez Beer Jaakow, której był ciekawy.

Zostawiłem poduszkę i koce u chłopa ([Menachem] zresztą nigdy się po nie zgłosił) i poszedłem zobaczyć się z szefem straży moszawy[6], by dowiedzieć się od niego, gdzie znajdę Menachema. Jest to długa historia i nie chcę tu wchodzić w detale; błogosławionej pamięci Mendel Portugali, jeden ze starszych strażników wskazał mi ścieżkę do winnicy, której Menachem miał strzec. Wyruszyłem w drogę. Już po kilku krokach spotkałem następnego strażnika, który skierował mnie do kolejnego, a ten znów do następnego. I tak przechodziłem z rąk do rąk aż doszedłem do winnicy Menachema. Ale Menachema nie było. Gdzie się mógł podziać? Przecież wiedząc, że przybyłem, powinien nadejść natychmiast. Zauważyłem, jak strażnicy szepczą między sobą, tak bym nie usłyszał. Chyba im się nie spodobałem. Miałem biały garnitur, białe buty i słomkowy kapelusz. Mieli się przede mną na baczności. Kto wie, jakiego to ukrytego gościa się spodziewali? Wreszcie zostawili mnie i poszli do swoich zajęć.

Noc była księżycowa. Nie ma słów, którymi można opisać księżyc rozświetlający pola migdałowców i winnej latorośli. Ogarnęła mnie i pochłonęła bezmierna nocna cisza. Nie było wiatru. Ani jeden liść nie szeleścił. Po raz pierwszy w życiu poczułem dotknięcie wieczności i byłem jak sparaliżowany. Stałem tak, cały zamieniony w uwagę. Cudowna cisza przemawiała do mojego serca. Ten bezmierny spokój uskrzydlił moją wyobraźnię. Nagle usłyszałem wycie szakali. Wzdrygnąłem się. Zadrżałem na całym ciele. Nigdy wcześniej nie słyszałem takiego wycia; docierało ono do najdalszych zakątków i dosięgało każdego ucha; brzmiało jak rozdzierający serce płacz dziecięcy, jak łkanie wycieńczonych cierpieniem, głos wołający o pomoc z taką intensywnością, że nie można go zlekceważyć nawet na jedną tysięczną sekundy.

Nigdy nie zapomnę tej nocy. Byłem młody. Były to moje pierwsze kroki w starej-nowej ojczyźnie. Jak błyskawica przeszła mi przez myśl cała przeszłość mojego ludu, wszystkie cierpienia, jakie przeszedł. Wszystko to było w tym wyciu. Zapomniałem o sobie i o tym, co mnie otaczało, byłem całkowicie pochłonięty tym, co czułem. Od tego momentu minęło ponad 59 lat, pamiętam jednak każdą chwilę, jakby wszystko to działo się teraz. Oto jestem, cały zamieniony w słuch i naprężony uwagą…

Poczułem się zmęczony. Wspiąłem się po drabinie na strych, gdzie Menachem sypiał, wyciągnąłem zmaltretowany materac i usiadłem na nim. Potem położyłem się, zapatrzony w niebo, w gwiazdy Kraju Izraela. Najwidoczniej ogarnął mnie sen. Nagle – bang! bang! bang! Trzy strzały rewolwerowe rozległy się tuż nad moim uchem. Nagle rozbudzony zerwałem się na równe nogi. Wpadłem wprost w ramiona Menachema. Uściskał mnie i ucałował, na twarzy jego radosny uśmiech.

Gdzie się podziewał tak długo? Otóż poszedł po mnie do Nes Cijona. Stał na drodze i czekał na mnie. Był z nim drugi wartownik. Tutejsi strażnicy, usłyszawszy, że z Riszon Le-Cijon przyjeżdża przyjaciel Menachema z jego rodzinnego miasta, uzgodnili, żeby nikomu nie mówić o tej wizycie ani o tym, że Menachem opuści swój posterunek. Żadnemu obcemu nie wolno było mówić, gdzie jest; koledzy mieli podzielić między siebie jego rewir aż do jego powrotu. Ja, jak już wcześniej wspomniałem, jechałem przez Beer Jaakow i dlatego się nie spotkaliśmy. Menachem czekał długo, bo nie mógł sobie wyobrazić, że mógłbym nie przyjechać; martwił się, że się po drodze zgubiłem, i że pojawiłbym się w chwilę po jego odejściu, gdyby zrezygnował z czekania.

Opowiedział mi o wewnętrznym dylemacie między swoimi obowiązkami a troską o mnie. Pozwolił sobie na opuszczenie posterunku, bo myślał, że wróci przed nadejściem nocy. Gdyby wiedział, co się stanie, nie poszedłby. Gryzło go sumienie w związku z tym uczynkiem, który nie był do końca uczciwy. Tylko cudem w czasie jego nieobecności nie pojawił się tej nocy żaden obcy, jeździec ani strażnik. Nie został złapany. Cały ten incydent leżał mu jednak na sercu.

Kiedy długo nie wracał, koledzy zaczęli się o niego martwić. Co się stało? Dlaczego nie wraca? Miał daleką drogę – półtorej do dwóch godzin. Kiedy wreszcie dotarł do pierwszej linii warty winnicy od strony Nes Cijona, powiedziano mu, ze ktoś czeka na niego przy jego namiocie. Przykucnął, zobaczył moją twarz, ucieszył się i tak, jak powiedziałem, wypalił trzy strzały.

Nasza radość była bez granic. Objęci wpół obeszliśmy jego rewir ani na chwilę nie przerywając rozmowy. Obnażaliśmy przed sobą nasze dusze. A raczej – Menachem obnażał swoją duszę przede mną. Był w Kraju już od dziewięciu miesięcy! Miał o czym mówić. Niewiele zresztą mówił o sobie. Raczej o tym, co się tu działo, co miało nadejść i co minęło. Co i rusz zapominał, że jest na służbie i podnosił głos. Tak rozmawialiśmy do rana.

Było to moje pierwsze spotkanie z Menachemem Berlinerem w Kraju. Byliśmy młodzi, w tym samym wieku. Minęło od tego czasu ponad 59 lat. Ja żyję, a on, Menachem, gdzie dziś jest?

Oto, co A.M. Kolar napisał o końcu Menachema:

„Pewnego dnia, na początku miesiąca adar 5675 (1915), Menachem wrócił z pracy w środku dnia z wysoką gorączką. Natychmiast wzięto go do szpitala w Haderze. Pozostał tam kilka dni i wkrótce rozpoznano objawy żółtej febry. Powierzono go opiece dra Hillela Jaffy w szpitalu w Zichron Jaakow, świetnego lekarza, eksperta od febry. Jego troska nie zdała się jednak na nic. Menachem znosił chorobę ze spokojem. Nie skarżył się i niewiele mówił. Z przyjemnością, jak zwykle, powitał grupę odwiedzających go przyjaciół. Nie przestał się interesować wszystkim, co działo się w Gan Szmul. Jego silny organizm wreszcie się jednak poddał i w piątkowe popołudnie 19 adar 5675 oddał swego czystego ducha. Miał 23 i pół roku”.

Powiedziano mi, że walczył ze śmiercią przez trzy dni i trzy noce. Jego silne serce nie chciało ustąpić i dać się pokonać. Dr Jaffa był zaskoczony siłą tego serca i długo nie mógł zapomnieć tego chorego, któremu życie było tak miłe i słodkie, że nie chciał się z nim rozdzielać. Dr Jaffa opłakiwał go z całego serca.

Tak zostaliśmy z Menachemem rozdzieleni. Jest on połączony łańcuchem pokoleń z naszym narodem, Ludem Izraela. Wstąpił w ciemność naszego ludu, jak mówi Pismo: „i skonał; i został przyłączony do przodków swoich” (Rdz 49,33).

Niech pamięć jego będzie błogosławieństwem.

Pochowany jest na cmentarzu w Zichron Jaakow.

Jeszua Manoach, Degania Alef.

Oto tekst inskrypcji na nagrobku Menachema Berlinera na cmentarzu w Zichron Jaakow:

Tu spoczywa młodzieniec
Menachem syn Dawida Berlinera
Który zmarł na żółtą febrę 19 adar 5675
Drogiemu przyjacielowi – pomnik ten od grupy z Gan Szmul
Niech dusza jego będzie związana w węzełku życia wiecznego.

Sunday, March 25, 2007


{494}

Rabbi Chanoch Henich Ehrson

P. S.

Uczony i autor wielu książek. Znany w naszym mieście jako „Żółty Henich”. Był żonaty z Elką, właścicielką sklepu mięsnego (Elką Rzeźnikową), uczciwą kobietą znaną z wielkiego serca i hojności. Rabbi Chanoch Henich był jednym z czcigodniejszych chasydów z Góry Kalwarii. W każdy szabat przychodzili do niego studenci jesziwy na egzamin. Był przełożonym szkoły Jesodej Hatora w latach 5778-5779 (1918-19). Zmarł na początku lat dwudziestych.

Następujące jego książki zostały wydane przed pierwszą wojną światową: 1) Chanukat Hatora, 2) Kol Eliahu (o Gaonie z Wilna), 3) Minchat Chanoch, 4) Gan Rawe (o Torze), 5) Moca Majim (o wariacjach w poszczególnych wersjach).


{494}

Błogosławionej pamięci reb Józef Białostocki

P. S.

Znany był jako Józef Szmula Chasyda, czyli zięć reb Szmula Chasyda.

Sam był również gorliwym chasydem z Góry Kalwarii. Tora i chasydyzm były całym jego światem przez wszystkie dni jego życia; czujnym okiem przyglądał się młodym ludziom czuwając, by szli w ślady ojców, a nie schodzili na bezdroża.

Książka jego, krótka lecz treściwa, nosi tytuł: „Mesora Gedola”. Pisze w niej o traktacie Chagiga; książka zawiera „słowa naszych rabbich z różnych stron, ujęte w podobne formy językowe poprzez łączenie wyrazów i odniesień w zgodzie z komentatorami” (z przedmowy). Opublikowana została w Piotrkowie w roku 5693. Poza aprobatą rabina miejskiego rabbi Szlomo Jehudy Ha-Kohena i jego brata Izaaka Menachema Ha-Kohena otrzymała również aprobatę admorów z Góry Kalwarii, Sochaczewa, Sokołowa, Strykowa, rabbiego M. Szapiry z Lublina, rabbi Menachema Zemby z Pragi i innych.

Autora pochłonął holokaust. Niech Bóg pomści jego krew.


{495}

Błogosławionej pamięci Abraham Chaim Michelson

P. S.

Urodził się w roku 5646 (1886) jako syn chasydzkiego bibliografa rabbiego Cwi Jechezkiela Michelsona, rabina Płońska i Warszawy. Był zięciem reb Barucha Niekricza, mieszkańca naszego miasta.

W młodości zdecydował się pójść w ślady ojca i zaczął pracować nad kronikami, opowieściami i słowami Tory o rabinach i admorach. Pisał o największych rabinach tamtych czasów.

Przez wiele lat był sekretarzem naszej społeczności. Należał do inteligencji naszego miasta i kochał książkę hebrajską. Pobłogosławiony był wielkim poczuciem humoru. Jego agady nierzadko obiegały całe miasto.

Napisał między innymi: „Szemen Hatow” (5665/ 1905), monografię o rabbim Szmelke Horowicu, rabinie Nikolsburga i jego bracie rabbim Pinchasie Horowicu, rabinie Frankfurtu nad Menem; „Dower Szalom” (5671/ 1911) o admorze rabbim Szalomie z Bełzu i jego synu rabbim Joszui; „Oel Elimelech” o admorze rabbim Elimelechu z Leżajska; „Ohel Rebbe” o admorze rabbim Jakubie Izaaku Horowicu, Choze z Lublina; „Ateret Menachem” i „Ohel Naftali”, powstałe w Zgierzu.

Zmarł w czasach Zagłady. Niech Bóg pomści jego śmierć.

P.S.


{495}

Abraham Morgensztern

Fabian Grynberg – Green

W każdym polskim mieście byli ludzie obdarzeni większą niż inni wrażliwością na los biedaków i na ograniczanie praw zamożniejszych mieszkańców; uważali oni za obelgę, że Żydzi byli w tym kraju obywatelami drugiej kategorii, bez pełnych praw. Ludzie ci doszli do wniosku, że w atmosferze nienawiści i ucisku jedyną drogą była samoorganizacja. Powstawały więc organizacje wystarczająco silne, by mówić własnym głosem i działać na szeroką skalę: żądać więcej praw, zwalczać antysemityzm, brać udział w rozszerzaniu prawodawstwa w kierunku ochrony żydowskiej przeszłości. Były to postulaty na miarę tamtych czasów.

W Warszawie założono wielką instytucję, której celem była organizacja życia żydowskiego w całym kraju. Potrzebni byli chętni do prowadzenia lokalnych biur we wszystkich dzielnicach.

W naszym mieście znalazła się taka osoba. Był to Abraham Morgensztern – niskiego wzrostu, ale, jakby dla zrekompensowania sobie za wątłą posturę, niezwykle energiczny organizator. Działał we wszystkich żydowskich instytucjach – czy to jako założyciel, czy jako przewodniczący lub wiceprzewodniczący.

W momentach kryzysowych, jakie nieraz zdarzają się w instytucjach społecznych, zawsze występował w imieniu danej organizacji. Czuł wewnętrzny przymus, potrzebę niesienia pomocy wszystkim warstwom żydowskiej ludności Zgierza.

Także młodzi mieli w nim przyjaciela. Założył dla nich organizację turystyczną. Nie zaniedbywał przy tym kulturalnych zainteresowań części Zgierzan. Przez długi czas aktywnie działał w „Ha-Zamir”, śpiewając hebrajskie i żydowskie pieśni. Odbywały się także odczyty z udziałem znanych pisarzy takich jak Hillel Cejtlin, Izaak Kacenelson, dr Mokdoni, wydawca I. Unger i inni.

Abraham Morgensztern bardzo dobrze znał żydowskie życie Zgierza. Jego wieloletnia działalność jako radnego miejskiego dostarczyła mu danych do rozległej korespondencji dotyczącej życia żydowskiego (i nie tylko) w Zgierzu, publikowanej w „Lodzer Tagblatt” pod pseudonimem „Amen”.

Powyższy tekst miał za zadanie sportretować osobę, która oddała całe swe życie żydowskiej społeczności Zgierza, nierzadko zaniedbując własne interesy.

Imię jego powinno zostać wyryte złotymi literami na pomniku zgierskiego żydostwa.

Fabian Grynberg – Green


{497}

Reb Jehuda Lejb Szarański

Hillel Zeidman (z książki „Eileh Ezkera”)

{Fot. str. 497: reb Jehuda Lejb Szarański}

Reb Jehuda Lejb (Lejbel) Szarański urodził się w roku 1886 w Zgierzu. Ojcem jego był reb Beniamin, syn pochodzącego z Litwy reb Izaaka, który przybył do Zgierza z miasta Kowna wraz z masą litewskich Żydów zainteresowanych nowymi możliwościami otwierającymi się w regionie łódzkim za sprawą właśnie powstającego przemysłu włókienniczego. Reb Izaak, ogólnie znany jako reb Icze Kowner, był uczonym chasydem, najpierw wyznawcą rebego kockiego, a potem rebego z Góry Kalwarii. Był wnukiem reb Zacharii Mendla z Jarosławowa i potomkiem Gaona z Wilna.

Choć Lejb wzrósł w świecie chasydyzmu, jego sposób myślenia zawsze ciążył ku „alternatywnym” drogom intelektualnym. Wykazywał tendencje aktywisty i bojownika. Z gorącym entuzjazmem wstąpił do obozu Mizrachi, choć jego otoczenie, sztibł i rebe wraz z Agudą Izrael było w stanie świętej wojny przeciwko Mizrachi i nieubłaganie sprzeciwiało się jej ideom i działalności.

Lejb Szarański wyróżniał się swoją aktywnością także wśród społeczności żydowskiej Warszawy, która grała najważniejszą rolę w życiu Żydów w Polsce. Jak w soczewce odbijały się w niej wszelkie tarcia międzyfrakcyjne i stosunek żydowskiej ulicy do spraw społeczności. Społeczność warszawska służyła reszcie Żydów polskich za przykład i wskazywała drogę.

Lejb przeprowadził się do Warszawy w przededniu pierwszej wojny światowej i założył tam własne przedsiębiorstwo. W czasie wojny (1914) wciągnął się w sprawy społeczności i został wybrany do zarządu Mizrachi. Jego ogniste, bardzo emocjonalne mowy ujawniały spory talent polemiczny. Wypracował sobie silną pozycję wśród społeczności żydowskiej i stał się jednym z jej najbardziej się wyróżniających przedstawicieli. Udzielał się w kampanii wyborczej do Sejmu i w wyborach na Kongres Syjonistyczny. W roku 5681/1921 sam został wybrany, by reprezentować Polskę na kongresie w Bazylei; brał udział także w późniejszych kongresach z ramienia partii Mizrachi. W roku 1933 został członkiem Agencji Żydowskiej[7], a na ostatnim kongresie w sierpniu 1939, w przeddzień holokaustu, wyróżnił się jako jeden z najdynamiczniejszych reprezentantów i prawa ręka Herszela Farbsztejna, przywódcy Mizrachi w Polsce.

{Fotokopia str. 498: świadectwo „Bojownika przeciwko nazizmowi” Jehudy Lejba Szarańskiego”}[8]

Od czasu do czasu publikował artykuły na temat czasu. Znamionowała je logika i jasność. Swoim niezłomnym charakterem zdobył sobie w partii opinię osoby walczącej i niełatwo dającej za wygraną. Jego chasydzkie powiązania często chroniły go przed zbytnim uwikłaniem się w walki międzyfrakcyjne. Często spierał się nie tylko z kolegami partyjnymi, ale i z sobą samym i swymi przekonaniami, nieraz podzielonymi, sztywnymi i bezkompromisowymi.

W piekle getta warszawskiego był jednym z tych, którzy nawoływali do rewolty i powstania. Na spotkaniu w domu rebego sochaczewskiego, w którym uczestniczyły najwybitniejsze postacie społeczności, większość zebranych wyraziła opinię, że należy się powstrzymać z akcją zbrojną, uzbroić się wiarą w Boga i nie walczyć z potężnym rządem, który podbił niemal cały świat. Rewolta mogłaby przyspieszyć koniec, a tymczasem należy oczekiwać ocalenia od Boga. Lejb odpowiedział ostro: „Jestem, tak jak i wy, dobrym Żydem, który wierzy niezłomnie w Boską Opatrzność, ale Żydzi Polski, wspólnym wysiłkiem nazistów i Polaków, wpadli w śmiertelną pułapkę wiodącą do destrukcji Izraela – i to jest rozstrzygający argument. Powinniśmy przynajmniej umrzeć z honorem”.

Oddał się do dyspozycji zwolennikom powstania. Nawiązał kontakty z podziemną organizacją Polskiej Partii Robotniczej, która miała wesprzeć powstanie, ale w końcu nie dostarczyła broni.

Anielewicz i jego towarzysze początkowo wahali się, czy mogą mu zaufać i dopuścić do konspiracji. Był starzejącym się, brodatym Żydem i wywodził się spośród tych, którzy nie lubili powstań. Czy będzie pasował do obozu bojowców, składającego się głównie z młodych kobiet i mężczyzn? Lejb z ochotą rzucił się do pracy. Szybko stał się ekspertem w sprawach broni i brał na siebie najniebezpieczniejsze zadania. Kiedyś zastrzelił dwóch Niemców i ciężko zranił rękę podczas wymiany ognia.

Kiedy zaczęły się „akcje” [likwidacja getta – Z.O'R.], biegał po całym getcie, by ostrzec Żydów o prawdziwym celu wywózek i załamywał ręce nad ich krótkowzrocznością. Najbardziej gniewali go najzamożniejsi, którzy wciąż jeszcze myśleli, że przeżyją i zaszywali w ubraniach pieniądze i drogie kamienie. Szarański błagał, by wszystko co mieli, złoto, diamenty i całą resztę, oddali raczej na kupno broni. Za wygórowaną cenę można było kupić broń od Polaków. Nieraz siłą zmuszał Żydów, by odstąpili pieniądze na cele powstania i przez to kilka razy stanął twarzą w twarz ze śmiercią.

Wreszcie schwytało go SS. Szarański próbował rzucić w esesmana granatem, ale nie udało mu się i granat wybuchł mu w ręce.

Jego żona Dwora, córka chasyda reb Mendla Blausztejna z Żyrardowa, także została zamordowana, wraz z ich trzema córkami.

(z książki „Eileh Ezkera” Hillela Zeidmana)

« Previous Page Table of Contents Next Page »



  1. kibuc niedaleko Hajfy (Z.O'R.) Return
  2. oba słowa oznaczają nauczyciela, ale mełamed to określenie nauczyciela w szkole elementarnej, w tradycyjnym, chederowym stylu (J.L.) Return
  3. Jochanan ben Zakaj (I w.n.e.) – główna postać okresu rabinicznego po zburzeniu Drugiej świątyni; Jochanan opowiadał się za poddaniem oblężonej Jerozolimy Rzymianom, lecz zeloci się na to nie zgodzili. Jego zwolennicy wynieśli go więc z miasta w trumnie i zaprowadzili do Wespazjana, któremu Jochanan przepowiedział, że zostanie cesarzem. Kiedy nadeszły wieści potwierdzające tę wróżbę„ Wespazjan zaproponował Jochananowi nagrodę. Jochanan poprosił wówczas, by Wespazjan oszczędził rabiniczną akademię w Jawne i gdy sanktuarium jerozolimskie legło w gruzach, tam właśnie odbudował wraz ze swoimi uczonymi kolegami judaizm. Szymon Bar Kochba (II w.n.e.) – przywódca rewolty żydostwa palestyńskiego przeciw Rzymianom w latach 132-5 (Z.O'R.) Return
  4. Młodzi Robotnicy – partia syjonistyczna (Z.O'R.) Return
  5. gra słowna: po angielsku szpadel to „spade”, ale „spades” oznacza także znak „pik” w kartach. „King of Spades” znaczy więc „Król Szpadla”, ale i „Król Pik” (Z.O'R.)Return
  6. rodzaj spółdzielni rolników w Izraelu, której członkowie utrzymują się dzięki pracy na wspólnej ziemi. Różni się od kibucu tym, że wspólnota dotyczy wyłącznie pracy. W innych dziedzinach życia członkowie moszawy mają zupełną swobodę (Z.O'R.) Return
  7. organizacja syjonistyczna, powstała w 1923 jako Agencja Żydowska na rzecz Palestyny. Początkowo organ samorządu ludności żydowskiej i oficjalny przedstawiciel Żydów palestyńskich wobec rządu Wielkiej Brytanii. W roku 1929 w czasie XVI Kongresu Syjonistycznego w Zurichu stała się organem wykonawczym światowej Organizacji Syjonistycznej (Z.O'R.) Return
  8. z datą 27 nissan 5627 (Jom Ha-Szoa)/ 7 maja 1967, wydany przez Państwo Izrael Return


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Zgierz, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Director, Lance Ackerfeld
This web page created by Max Heffler

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 25 Mar 2007 by MGH