|
Urodziłam się u schyłku I wojny światowej i bardzo mało zapamiętałam z najwcześniejszego dzieciństwa. Wciąż mam jednak przed oczami nasz dom rodzinny za mostem na Starym Mieście. Domy były parterowe, a ulice – wąskie i niezbyt czyste. Codziennie główną ulicą miasta ciągnęły furmanki przywożące dębiczanom żywność z okolicznych wiosek. Każdego poranka i popołudnia obok naszego sklepu przy głównej ulicy przechodziły z tornistrami na plecach dzieci wszystkich roczników.
Nasz sklep znajdował się niedaleko szkoły powszechnej, gdzie w owym czasie chłopcy i dziewczęta uczyli się w osobnych budynkach. Nowy kościół z niebotyczną iglicą wieży znajdował się naprzeciw naszego domu. Wciąż mam w uszach ów czysty i mocny ton dzwonów w majowe dni, kiedy religijni chrześcijanie chodzili się modlić wcześnie rano i wieczorem. Ich modlitwy odbywały się przy wtórze śpiewów i organów i mieszały się z ćwierkaniem ptaków i dzwonieniem dzwonów – tworząc cudowną harmonię, która głęboko odcisnęła się w mojej pamięci, mimo iż byłam wtedy małą dziewczynką, tęskniącą za ojczyzną, za Ziemią Izraela – leżącą tak daleko, lecz tak bliską memu sercu. Była to ojczyzna nieznana, lecz wytęskniona od najmłodszych lat.
W pobliżu naszego domu było wielkie pole mieniące się barwami przeróżnych kwiatów. Tam najbardziej lubiłam się bawić. I właśnie tam, wśród polnych kwiatów i złotych kłosów pszenicy, po cichu wyrażałam moje cierpienie, cierpienie młodej Żydówki rzuconej w obce miejsce, poniewieranej i prześladowanej tylko dlatego, że jest Żydówką.
Owe doświadczenia, wspólne dla wszystkich Żydówek w mieście, były pożywką dla pó¼niejszych ruchów młodzieżowych, które ukształtowały naszą drogę ku dorosłości.
Żydowska młodzież w Dębicy należała w przeważającej mierze do różnych organizacji syjonistycznych, choć byli i tacy, którzy zasilali inne prądy społeczne rozpowszechnione wśród polskiego żydostwa.
Oprócz młodzieżowej organizacji ogólnosyjonistycznej „Gordonia”[1], prawicowej i lewicowej frakcji „Poale Cijon”[2], w mieście działały: „Agudas Jisroel”[3], „Bund”[4] oraz podziemna komórka młodzieży komunistycznej. Jednak najsilniejszym ruchem był związek skautowy „Hanoar Hacijoni”[5]. Wielu jego członków umiało nie tylko przemawiać, lecz również realizować stawiane zadania. Opuścili wygodne mieszkania rodziców i dokonali „aliji”[6] do Ziemi[7], aby prowadzić „życie znoju i wolności”. Moja dusza została ukształtowana w młodości właśnie przez takich ludzi. Nauczyli mnie szanować „życie znoju i wolności”, chodzić wśród gojów z podniesioną głową i nie poddawać się opresjom.
Pamiętam pochody z okazji 3 maja, polskiego święta narodowego, które w czasach rządów Piłsudskiego organizowano z wielką pompą. My, młodzież żydowska, wówczas jeszcze ucząca się w polskiej szkole powszechnej, należeliśmy już do żydowskiej organizacji skautowskiej. Nosiliśmy skautowskie mundurki z wielką dumą i trzymając w ręku niebiesko-białe flagi narodowe maszerowaliśmy ramię w ramię z polską młodzieżą w pochodzie trzeciomajowym. Nigdy nie zapomnę, jak cieszyły się z tego moje – niestety już nieżyjące – przyjaciółki błogosławionej pamięci: Mina Schuldenfrei – córka Joela, Rajzel Polaner, Dincia Mahler od zegarmistrza na Starym Mieście, Belka Siedlisker – córka Gedalii, Mina Lisza – córka Ziszy oraz Mańka Balsam. Były wtedy takie szczęśliwe: „No i popatrz, Edka, jak dalekośmy zaszli! My, Żydzi, możemy maszerować pod naszymi barwami narodowymi wraz z Polakami.”. Dodawały: „Ech, zrobić „aliję” i poczuć się we własnej ojczy¼nie jak oni!”.
O, tak! To było marzenie każdej z nas. O to się modliła każda z nas. W ten sposób marzyłyśmy, walczyłyśmy, łączyłyśmy siły na rzecz pracy pionierskiej, wyjeżdżałyśmy na obozy hachszarowe[8] i wychowywałyśmy najmłodsze pokolenie w duchu syjonizmu.
W mojej grupie było kilka dziewcząt, których nazwiska pamiętam do dziś: Sala Chaim, Niusia Siedlisker, Ruchcia Kokok, Chajca Bronheim, Gusta Schuldenfrei, a także inne, których nazwiska zatarły się w mojej pamięci. Wszystkie były ode mnie trzy lata młodsze, lecz bardzo dojrzałe duchowo. Jak one cierpiały z powodu złych relacji z chrześcijańskimi rówieśnikami! W czasach szkolnych przychodziły mi się wyżalić i znajdowały ukojenie w naszych zajęciach. W szabat rano wychodziłyśmy daleko poza miasto, aby na łonie natury strzasnąć z siebie jarzmo depresji. Długimi godzinami rozmawiałyśmy o dalekiej, ukochanej ojczy¼nie. Serca żydowskich dzieci biły w morzu zła, a ja – jako ich opiekunka – próbowałam im opisać, jak tylko umiałam najlepiej, jak wygląda inny, lepszy świat pionierów naszego narodu, którzy z pieśnią na ustach budowali kraj. Owe dyskusje kończyły się wspólnym śpiewaniem i tańczeniem hory[9]. Ciężko nam było potem powrócić z naszych leśnych czy polnych wycieczek. Wracałyśmy do szarej rzeczywistości bez entuzjazmu, nie było do czego się spieszyć.
Sobotnie zimowe wieczory były dla nas czasem szczęśliwości i spokoju. Zbieraliśmy się w centrali naszej organizacji, siadaliśmy przy kominku, śpiewając pieśni sławiące Ziemię i snując opowieści o żywotach pionierów. Zapominaliśmy o świecie, który nas otaczał. Panowała atmosfera jedności i przyja¼ni. Nasze świętowanie trwało często do pó¼na w nocy. Czasami Szulek Taffet przynosił skrzypce i grał, a Rywka Taub śpiewała. Było cudownie.
W szabasowe wieczory, zwłaszcza zimą, kiedy śnieg skrzypiał pod nogami przechodniów, wstawaliśmy od stołów naszych rodziców i biegliśmy do naszej tarbutowej szkoły[10]. Zbierali się w niej wszyscy uczestnicy kursów hebrajskich, słuchając czytań z Biblii. Następnie wyjaśniano nam znaczenie poszczególnych fragmentów lub też zaczynaliśmy ożywioną dyskusję na temat którejś z omawianych kwestii. Takie debaty trwały czasami wiele godzin. W ten sposób opanowywaliśmy mówiony hebrajski. Pamiętam mądre wykłady Pinchasa Landera, który mieszka obecnie w Izraelu. Bardzo je lubiłam. Przypominam sobie również emocje, które towarzyszyły mi podczas przygotowań do pierwszej hebrajskiej prelekcji. O, jakże byłam szczęśliwa, że mogę wyrazić swoje myśli w języku mojego ludu.
Pó¼niej naziści rozpętali wojnę, która okazała się straszliwym doświadczeniem dla całej ludzkości. Z okrucieństwem przetrzebili nasze tchnące radością życia i stawiające sobie wysokie cele szeregi. Jakże wielu z nas spłonęło w piecach obozów śmierci! Jak wielu zostało uwięzionych i zamęczonych w obozach koncentracyjnych! Cudem ocalała nas tylko garstka, w tym i ja.
W odróżnieniu od tych, którzy zginęli, mieliśmy zaszczyt być świadkami powstania państwa Izrael. Dlatego przynajmniej zapamiętajmy ich z miłością i należnym szacunkiem.
W bombardowaniu tym zginęło kilku mieszkańców miasta i ludzie natychmiast zaczęli w panice uciekać do okolicznych wiosek. Większość Żydów ze Starego Miasta uciekła do Wólki[3] i Wiewiórki. Żydzi z Nowego Miasta uciekli w kierunku £ysej Góry oraz do Stobiernej, Stasiówki i Nied¼wiady. Kiedy nazajutrz powrócili do domów, aby zabrać dobytek, stwierdzili, że większość ruchomości została zagrabiona przez gojów z pobliskich i dalszych wiosek. W grabieży tej wzięli również udział sąsiedzi z miasta.
W wielkim zamieszaniu członkowie rodzin zaczęli się gubić i szukać nawzajem. Zanim się poznajdowali, mijało czasem kilka dni. Most na Wisłoce został zniszczony przez bomby, więc aby dostać się na drugi brzeg, należało przeprawić się promem. Bombardowania trwały.[26]
Władze miejskie uległy rozwiązaniu i nikt nie pilnował porządku publicznego, aż do wejścia niemieckiej armii w piątek, 8 września.[27]
W czasie, gdy uchod¼cy z Dębicy szukali schronienia na wsi, zaczęła krążyć plotka, że Niemcy mordują wszystkich napotkanych Żydów płci męskiej. Ludzie zaczęli natychmiast uciekać na wschód. Część uchod¼ców zdołała przekroczyć linię Sanu, która tymczasem została zdobyta przez niemiecką armię. Inni – schwytani przez Niemców w drodze – rezygnowali z ucieczki i wracali tam, skąd przyszli. Początkowo jedynie kobiety miały dość odwagi, aby powrócić do miasta, lecz pó¼niej zaczęli powracać także mężczy¼ni. Zastali splądrowane i zrujnowane domostwa, które mimo wszystko dawały chwilę wytchnienia. Wydawało się, że śmiertelne niebezpieczeństwo zagrażające Żydom zostało chwilowo zażegnane, bo w owym czasie Niemcy nie grabili i nie mordowali. Zadowalali się porywaniem Żydów z ulic i z domów – zmuszając ich do sprzątania w niemieckich instytucjach. Z pomocą przyszli tu goje, którzy wskazywali Niemcom, gdzie znajdują się Żydzi.
Po około dwóch tygodniach od czasu zajęcia miasta były burmistrz Michał Staroń został wezwany przez Niemców do ponownego objęcia stanowiska szefa władz miejskich.
Pewnego szabasowego wieczoru do siedziby starostwa został wezwany Towja (Tobiasz) Zucker wraz z kilkoma innymi Żydami. Zostali przyjęci przez esesmanów z rzeszowskiego komanda, którzy poinformowali ich, że muszą dostarczyć Niemcom do rana określoną ilość kompletów pościeli, i że w wypadku niespełnienia tego rozkazu Żydów czeka sroga kara. Owej nocy specjalna grupa obeszła żydowskie domy i przekazała Niemcom według rozkazu wszystko, czego żądali.
Na spotkaniu tym zapoczątkowano „żydowski rząd” mający sprawować władzę nad ludnością żydowską, który w pó¼niejszym okresie przekształcił się w Judenrat. Za radą Staronia na stanowisko przewodniczącego tego ciała został wybrany Towja Zucker – najbardziej szanowany obywatel żydowski, który został w mieście po ucieczce do Rosji Abrahama Goldmana, prezesa gminy żydowskiej w Dębicy.[28]
Natychmiast po wejściu Niemców do Dębicy szkoły publiczne otrzymały zakaz nauczania dzieci pochodzenia żydowskiego. Polskie gimnazjum – jedyne w mieście – zostało zamknięte. Pozamykano chedery, a dzieci uczyły się prywatnie w domach nauczycieli lub w miarę możliwości u swoich rodziców. Osoby, które było na to stać, kupowały książki na własny użytek. Zwoje Tory wyniesiono z synagog i poukrywano w żydowskich domach.
Na początku okupacji Żydzi z Tarnobrzega (Dzikowa) i Rozwadowa zostali przepędzeni na drugi brzeg Sanu. Mimo iż większość pozostała w rosyjskiej strefie, to jednak niektórzy powrócili i otrzymali pozwolenie na zamieszkanie w swoich dawnych miejscowościach – dzięki wstawiennictwu dębickiego Judenratu oraz wspomnianego naczelnika okręgu. Żydzi z Mielca nie mieli takiego szczęścia. Uciekli, sprowokowani przez Niemców zaraz po zajęciu miasta, kiedy ci zamordowali kilkadziesięcioro Żydów zgromadzonych w mykwie.
Na początku okupacji Niemcy nie stosowali praktycznie żadnych szczególnych restrykcji wobec przedsiębiorców żydowskich w Dębicy. Miejscowi Żydzi mogli poruszać się swobodnie nawet koleją i bez przeszkód przywozić towar od tarnowskich hurtowników, aż do połowy roku 1940. Zaopatrywali również niemieckie wojsko, otrzymując normalne, uczciwe wynagrodzenie.
Niemcy nie interesowali się zbytnio dębickim biznesem, gdyż w mieście funkcjonował tylko jeden niemiecki sklep, którego właścicielem był Niemiec Haze. Na dodatek handlował jedynie towarami żelaznymi.
Ogólnie rzecz biorąc w Dębicy nie notowano wówczas żadnych przypadków grabieży i mordów na Żydach ani ze strony Niemców, ani Polaków.
Jedynym rozporządzeniem odnoszącym się do Żydów w owym czasie był „obowiązek pracy” realizowany poprzez Judenrat. Uchwalono go za radą przedwojennego burmistrza Staronia, któremu naziści powierzyli na krótko władzę nad miastem na początku okupacji. Odtąd Judenrat wysyłał Żydów do pracy na rzecz Niemców, kiedy tylko zgłaszali taką potrzebę – po to, aby uchronić ich przed łapankami dokonywanymi przez wojsko na początku okupacji. Żydzi pracowali w biurach i w koszarach, zamiatali ulice, usuwali gruz po bombardowaniach itp. Niemcy przystali więc z chęcią na propozycję Staronia.
Doszło do tego, że młodzi Żydzi szukali pracy w oficjalnych placówkach z uwagi na fakt, że byli tam traktowani po ludzku. Otrzymywali również pozwolenia na pracę, aby uniknąć wojskowych łapanek do pracy w innych miejscach.
W zimie, na przełomie 1939 i 1940 r., zaczęto organizować ucieczki z obszaru kontrolowanego przez Niemców na tereny zajęte przez Rosjan. W ten właśnie sposób na tereny pod kontrolą Rosjan przedostało się kilkadziesięcioro młodych ludzi z okupowanej Dębicy. Niemcy wiedzieli o tym, lecz nie reagowali. Za to Rosjanie wyłapywali uciekinierów, zamykali ich w więzieniach i przesłuchiwali, oskarżając o szpiegowanie na rzecz Niemiec.
Jednak w chwili, gdy do uciekinierów z Zachodniej Galicji dotarły informacje o tym, jak się na terenach niemieckich sprawy mają, tzn. że po początkowym zamieszaniu nawiązano z Niemcami dobre stosunki, latem 1940 r. fala uciekinierów ruszyła w odwrotnym kierunku: Żydzi wrócili do swoich miejscowości, mimo iż znajdowały się pod niemiecką okupacją. Nie uszło to uwadze rosyjskich władz, które nie mogły zrozumieć, jak ktoś może chcieć wrócić na tereny kontrolowane przez nazistów. Rosjanie utworzyli specjalne biuro rejestracyjne dla Żydów, którzy chcieli wrócić, a następnie wywie¼li ich w głąb Rosji, dzięki czemu wielu ocalało.
W owym czasie urzędujący w Krakowie Generalny Gubernator Frank wydał rozkaz, w myśl którego wszyscy Żydzi zostali zobowiązani do noszenia białej opaski z zieloną lub niebieską gwiazdą Dawida na prawym ramieniu. Dębiccy Żydzi zrozumieli, że znale¼li się w pułapce, z której nie ma wyjścia.
W czasie spisu utworzono specjalny urząd, którego zadaniem było przydzielanie do pracy wszystkich nadających się do tego osób. Grupa młodych Polaków została zesłana na roboty do Niemiec. Żydzi byli natomiast zatrudniani przy miejscowych robotach – w porozumieniu z Judenratem. Urzędem kierował rodowity Niemiec, członek Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej. Anszel Taub, syn Natana, pośredniczył w kontaktach Judenratu z urzędem pracy. Początkowo płacono mu za tę pracę, mimo iż był Żydem. Oczywiście, w mieście było trochę biedoty żydowskiej, która chętnie przyjmowała płatną pracę. Zgodnie z prawem, każdy Żyd musiał przepracować kilka dni w tygodniu. Judenrat zgodził się na układ wymienny: za ustaloną sumę można było się wykupić od pracy przydzielonej na dany dzień, a pieniądze trafiały do osoby, która zgadzała się przejąć pracę.
Kiedy rozniosła się wieść o finansowych korzyściach czerpanych przez Judenrat przy pośrednictwie pracy, wybuchły konflikty wokół prezesury Judenratu. Towja Zucker został odsunięty (lub według innych sam zrezygnował) z zajmowanego urzędu, a na jego miejsce wybrano Josełe (Józefa) Tauba, syna Natana.
Głównym zadaniem zleconym przez Niemców była rozbudowa węzłów komunikacyjnych i budowa gigantycznych zakładów taboru kolejowego. Jak się pó¼niej okazało, było to związane z niemieckimi planami inwazji na Związek Sowiecki. Już przed wojną Dębica stała się ważnym ośrodkiem komunikacyjnym, a Niemcy znacznie go rozbudowali. Wszystkie budynki wzniesione w mieście w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego zostały przejęte i zaadaptowane przez Niemców na magazyny mieszczące zapasy wyposażenia i uzbrojenia dla niemieckiego wojska.
W czerwcu 1940 r. zorganizowano pierwszą łapankę do obozu pracy w Pustkowie. Osoby, które nie mogły udowodnić, że pracują w instytucji rządowej lub wojskowej, były wysyłane do obozu i tam więzione. Do Pustkowa zwożono również Żydów z innych miast w Galicji, jak również z Kongresówki.
Dębicki Judenrat miał mnóstwo roboty. Ludzie zwracali się o uwolnienie uwięzionych, próbując przekupić szefa obozu. Naczelnikiem obozu pracy dla Żydów był SS-Oberscharführer Kopps[6] i Judenrat wiedział, jak z nim „prowadzić interesy”. Niemiec wydawał swoim żołnierzom rozkaz zwolnienia poszczególnych Żydów, którzy wracali do Dębicy i rozchodzili się do swoich domów.
Z uwagi na to, że Pustków leży jedynie ok. 10 km od Dębicy, Żydzi utrzymywali w mieście kontakty z esesmanami prowadzącymi obóz. Już na wstępie postanowiono, że Judenrat będzie zaopatrywał żydowski obóz w wyżywienie oraz prowadził kuchnię na jego terenie. Wkrótce ustanowiono nową organizację pracy przymusowej dla Żydów zwaną w jidysz „Zelbsthelfe” (Samopomoc). Organizacja miała swoje siedziby w Krakowie i w Dębicy, a kierował nią Izaak Shachner, zięć Gecela Laufbahna. Od czasu do czasu organizacja otrzymywała dostawy cukru i wieprzowiny, które miała rozdzielać wśród Żydów przebywających w obozie oraz członków Rady Miejskiej. Jako że Żydzi nie mogli jeść wieprzowiny, „Zelbsthelfe” wymieniała ją z Radą Miejską na cukier. Ta miała rozdysponować wieprzowinę wśród ludności polskiej, a w zamian Żydzi mieli otrzymywać partię cukru, choć – rzecz jasna – Polacy lepiej wychodzili na tej zamianie. „Zelbsthelfe” zorganizowała pierwszą darmową kuchnię w mieście w piwnicy Talmud-Tory[7].
Żydzi musieli opuścić swoje mieszkania i domy, zostawić sklepy i warsztaty – budowane i zakładane w mieście na przestrzeni stuleci – i zaczęli się gnie¼dzić na wyznaczonym terenie, który przecinała tylko jedna, najmniejsza spośród wszystkich ulic miasta – „Tepper Gesel”, poszerzonym o pas przylegający do koszar piechoty, gdzie stacjonowało SS.
Opuszczone przez Żydów domostwa, sklepy i warsztaty zajęli polscy sąsiedzi – na mocy rozporządzenia wydanego przez magistrat.
W czasie przeprowadzki do getta Żydzi usiłowali sprzedać to, co mogli, a resztę zostawiali w domach dla nowych lokatorów, nie wymagając zapłaty. Budynki istniejące przy „Tepper Gesel” oczywiście nie mogły pomieścić tak dużej populacji, więc dobudowywano specjalne baraki, z których każdy mieścił dwadzieścia osób. Mieszkania w getcie były przydzielane przez Judenrat w oparciu o indywidualne potrzeby, lecz istniała określona ilość metrów kwadratowych przypadających na daną osobę. Panowało olbrzymie przeludnienie. A jednak należy podkreślić, że w getcie przez długi czas nie wybuchła żadna epidemia. Pomoc medyczną nieśli doktorzy: Mantzer z Andrychowa oraz Idek (Jehuda) Thau z Dębicy, syn Simchy Thaua, którzy utworzyli w getcie izbę chorych i kierowali jej pracą.
Po przeprowadzce do getta dębiccy Żydzi stracili kontakt ze światem zewnętrznym. Odtąd nie wolno im było pokazywać się poza gettem bez specjalnego pozwolenia. Zabroniono kontaktów biznesowych a nawet wymiany listów.
Zdecydowana większość dębickich Żydów pracowała przy robotach publicznych, zwłaszcza przy rozbudowie stacji kolejowej, a także na płatnych stanowiskach w firmach niemieckich. Zmieniły się, co oczywiste, zasady prowadzenia działalności gospodarczej. Nie było już mowy o klasycznych transakcjach handlowych czy zleceniach porad prawnych. Odtąd Żydzi byli traktowani jako prywatna własność Gestapo.
Po utworzeniu getta w Dębicy oraz w innych galicyjskich miastach odpowiedzialność związana z zarządzaniem ludnością żydowską została przeniesiona z władz lokalnych na Gestapo. Szefem Gestapo w Dębicy od początku okupacji nazistowskiej, aż do likwidacji getta był Niemiec z Wiednia Julius Garbler.
Pierwszą rzeczą, od jakiej Gestapo zaczynało swoją działalność w gettach, było oddzielenie osób nadających się do pracy od osób do pracy niezdolnych. Ludzie z tej drugiej grupy byli wysyłani do obozów śmierci w pierwszym rzędzie.
Do roku 1943 Żydów z Galicji i ze ¦ląska wysyłano do obozu śmierci w Bełżcu.
W Dębicy, podobnie jak w innych miastach, Gestapo szybko wymusiło zmianę składu Judenratu, aby ten lepiej wywiązywał się ze swoich nowych obowiązków. Na miejsce starych członków Judenratu powoływano w większości członków żydowskiej „Służby Porządkowej” („Ordnungs-Dienst”), którzy byli już wprawieni w wypełnianiu niemieckich rozkazów.
Garbler, szef dębickiego Gestapo, w swoich pierwszych kontaktach z Żydami postępował tak, jak wszyscy inni Niemcy, tj. próbował wydusić z nich maksimum z myślą o korzyściach osobistych. Często, stosując gro¼by, rozkazywał, aby Żydzi oddali mu różne rzeczy i żaden nigdy mu nie odmówił. Początkowo nie był brutalny i osobiście – aż do czasu pierwszej akcji w getcie – nie strzelał do swoich ofiar. W Dębicy był również policjant Schupo (Schutzpolizei) nazwiskiem Robert Urban[30], folksdojcz, który znęcał się nad Żydami na wiele sposobów. Przykładowo, osoby złapane bez pozwolenia poza obszarem getta (np. w pociągu) prowadził na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwał. Musiało się to, oczywiście, odbywać za wiedzą Garblera, który na co dzień sprawiał wrażenie uprzejmego i zawsze przestrzegał prawa i porządku. Garbler ukazał swoją prawdziwą twarz dopiero podczas pierwszej „akcji wysiedleńczej”, którą dowodził osobiście. Wówczas to zademonstrował wszystkie cechy charakterystyczne dla doświadczonego gestapowca.
Niemcy wysyłali Żydów – jak uprzednio – do wszelkiego typu robót poza terenem getta, w tym głównie do prac przy rozbudowie węzła kolejowego oraz przy budowie lokomotywowni – jednej z największych w Galicji.
Od chwili założenia getta miasto obiegały pogłoski, że Żydzi zostaną wywiezieni koleją na wschód. Nikt nie znał celu tych wywózek. Pierwszy transport, który Żydzi dębiccy znali nie tylko ze słyszenia, dotyczył Żydów z Wolbromia. Grupa dębickich Żydów, odesłana do robót kolejowych, rozmawiała z wywożonymi lud¼mi przez okienka w wagonach, kiedy pociąg zatrzymał się na kilka minut na stacji. Pogłoski te wzmagały strach i zamieszanie. Żydzi dębiccy zaczynali podejrzewać, że wkrótce nadejdzie czas i na nich. Tuż przed 29 czerwca 1942 r. Żydzi (oraz żydowscy apostaci) z Sędziszowa, Ropczyc, Wielopola, Pilzna, Radomyśla oraz z innych miejscowości regionu zostali zamknięci w dębickim getcie.
Na Żydów w getcie padł blady strach. Zaczęli szukać kryjówek poza terenem getta – u gojów, których znali lub opłacali. Niestety, w wielu przypadkach Polacy zdradzali ich kryjówki. Znalezionych odprowadzano na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwano.
W nocy 29 czerwca 1942 r. esesmani z komanda stworzonego specjalnie w celu likwidacji Żydów (Judenvernichtung Kommando) wraz z polską policją otoczyli getto. Garbler pojawił się w getcie wcześnie rano wraz ze swoimi lud¼mi i gestapowcami spoza Dębicy, w tym z Heinrichem Wakundą – dowódcą akcji likwidacyjnych galicyjskich Żydów oraz z urzędnikiem z Judenratu w celu zebrania pozwoleń na pracę (Arbeitskarte), które uprzednio wydał urząd pracy (Arbeitsamt). Zbiórka trwała do popołudnia.
Nazajutrz Józef Taub, prezes Judenratu, został wezwany na Gestapo, gdzie wydano mu polecenie zebrania wszystkich Żydów w celu przeprowadzenia selekcji i stwierdzenia, kto zostanie na miejscu, a kto zostanie wysłany – jak twierdzili gestapowcy – do pracy na wschodzie. Podpisane przez Gestapo pozwolenia na pracę miały zostać oddane jedynie tym osobom, które zostaną w getcie.
Judenrat wykonał gestapowskie polecenie z największą gorliwością. Po opuszczeniu budynku Gestapo Józef Taub poinformował wszystkich Żydów, że muszą się zebrać na ulicy pomiędzy domem Wolfa Adera a domem piekarza Szlomo Herschlaga[8]. Tak też się stało. O wyznaczonej godzinie większość mieszkańców getta, w tym również i ci, których przywieziono niedawno, zebrali się w wyznaczonym miejscu.
Po południu gestapowcy zasiedli za stołem w pobliżu Księżej £ąki, a mieszkańcy getta – jeden po drugim – przechodzili obok nich całymi rodzinami niczym owieczki[9]. Osoby, którym Gestapo podpisało i zwróciło pozwolenia na pracę, wracały na wyznaczone miejsce w getcie wraz z rodzinami. Osoby, którym nie zwrócono pozwoleń – czyli ci, którzy ukończyli 40-50 lat, jak również ci, którym gestapowska komisja nie uznała miejsca zatrudnienia – zostały zaprowadzone w inne miejsce, leżące w zagłębieniu terenu poniżej Księżej £ąki.
Po dokonaniu selekcji gestapowcy, przy udziale polskiej policji i żydowskiej „Służby Porządkowej”, zaczęli przeczesywać getto, aby sprawdzić, czy w domach i barakach nie ukrył się żaden Żyd. Znale¼li kilkadziesiąt osób, „które były na tyle bezczelne, że wolały się ukryć”. Zaprowadzono jest prosto na cmentarz i rozstrzelano na miejscu.
Owego dnia przybył duży transport kolejowy. Przywieziono wszystkich Żydów z Tarnobrzega i Rozwadowa. Zgromadzono ich na tzw. dolnym placu (poniżej Księżej £ąki). Gestapowiec odpowiedzialny za doprowadzenie nowo przybyłych na miejsce zbiórki, kierując się kaprysem, wybrał i skierował na górny plac tylko czterech lub pięciu mężczyzn z transportu.
Rozpadał się deszcz, a Księża £ąka zamieniła się w bagno. Żydzi z Dębicy, Sędziszowa, Ropczyc, Wielopola, Pilzna, Tarnobrzega i Rozwadowa czekali na rozkaz drżąc z przerażenia. Esesmańskie anioły śmierci pilnowały, aby tłum stał równo, podzieliwszy ludzi na kilka grup. Nagle rozległa się komenda: „Klęknąć!”. Potężny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci uklęknął w błocie.
Gestapowcy przechadzali się wśród rzędów klęczących ludzi i wybrali spośród nich około 180-200 osób. Esesmani umieścili ich na ciężarówkach i wywie¼li na skraj lasu porastającego £ysą Górę w Dębicy-Wolicy. Całą grupę zaprowadzono do lasu, tam rozstrzelano, po czym wrzucono do zbiorowej mogiły – wykopanej przez polskich junaków. Zwieńczeniem tej strasznej zbrodni był rozkaz, aby junacy zasypali mogiłę.
Miało to miejsce 7. dnia miesiąca Aw 5702 roku (21 lipca 1942 r.).
Spośród ludzi zebranych na dolnym placu wybrano wcześniej grupę, którą odesłano do Rzeszowa, do pracy w zakładach produkujących części do samolotów marki Messerschmitt. Niektórzy z tych ludzi przeżyli. Podobne szczęście miała grupa młodzieży wysłana do pracy w zakładach lotniczych w Mielcu (Flugzeugwerk). Trzecią grupę młodzieży wysłano do obozu pracy przymusowej w Pustkowie (Zwangsarbeitlager), który utworzono w okresie likwidacji Żydów mieleckich. Z grupy tej ocalała tylko jedna osoba – Izrael Reiner.
Finałem tych wydarzeń było wydane przez Gestapo rozporządzenie ostrzegające, że wszyscy Żydzi złapani bez podpisanego dokumentu zostaną natychmiast rozstrzelani. Oddział SS opuścił teren getta. Polska policja strzegła getta z zewnątrz, natomiast żydowska „Służba Porządkowa” – od wewnątrz.
Izrael Lejb Frankel, zięć Rubena (Rubelego) Klugera, prowadził tajną jeszywę. Był to młody mężczyzna po trzydziestce. Urodził się w miasteczku Rozodół[10]. Był chasydem bełzkim i studiował Torę, w tym „ukrytą Torę”[11], głównie w tarnowskich betmidraszach.
Kilka lat przed najazdem nazistów reb Izrael Lejb otworzył w Dębicy jesziwę[12] i jesziwa ta funkcjonowała, aż do wybuchu wojny. Po wkroczeniu nazistów do miasta dawni uczniowie reb Izraela Lejba zrezygnowali z nauki, więc zgromadził wokół siebie nową grupę młodych ludzi w wieku od 14 do 16 lat – głównie dzieci świeckich kamieniczników. Nauka odbywała się na strychu u Józefa Rosza w pobliżu domu rabina. Funkcjonowanie tej jesziwy w warunkach, jakie panowały w owym czasie, można uznać za faktyczne uświęcenie Imienia[13].
Jesziwa działała w ten sposób od wiosny 1940 r. do jesieni 1941 r., to znaczy do momentu, gdy zaczęły się łapanki do obozu w Pustkowie. Początkowo do Pustkowa wywieziono nawet samego reb Izraela Lejba, lecz niedługo potem zwolniono go za łapówkę.
Nauka zaczynała się codziennie o 8:30 rano od studiowania Gemary[14], talmudycznego Traktatu Szabat wraz z komentarzami Tosafot[15], komentarzami Rambama (Majmonidesa)[16] oraz Raszby[17]. W południe oraz w godzinach popołudniowych uczniowie powtarzali sobie poranny wykład. Wieczorami zaś w pojedynkę lub w grupach uczyli się przedmiotów ogólnych. Niektórzy z nich przygotowywali się do egzaminów wstępnych na studia. Rabin nie dostrzegał niczego złego w równoczesnym studiowaniu pism świętych i przedmiotów świeckich, gdyż sam odebrał świeckie wykształcenie i – jak mówiono – był ekspertem w dziedzinie literatury światowej. Miał gruntowne rozeznanie w sprawach ziemskich.
Reb Izrael Lejb podawał swoim uczniom nie tylko praktyczne wskazówki na temat żydowskiego prawa (halachy), lecz również tłumaczył im zagadnienia homiletyczne (agady talmudyczne) oraz wykładał, jak dążyć do poprawienia swojego charakteru (musar[18]). Dotykał również kwestii mistycznych. Pewnego razu, po napaści Hitlera na Rosję, grupa uczniów wraz z kolegami przyszła do reb Izraela Lejba z prośbą o opinię na temat zwycięstw, jakie odnosili hitlerowcy na wschodnim froncie – rozgłaszanych wszem i wobec na ulicach miasta. Wiadomości te napawały serca Żydów, szczególnie młodzieży żydowskiej, trwogą, gdyż wszyscy spodziewali się, że wojna Niemiec ze Związkiem Sowieckim zakończy się rychłą klęską nazistów. Reb Izrael Lejb wyjaśnił to tak: „Z praktycznego punktu widzenia zwycięstwa te są niczym innym jak tylko błahymi epizodami. Na poziomie mistycznym i religijnym jawią się bowiem jako zwiastuny wyzwolenia.” Zebrana młodzież zakończyła debatę pełna otuchy i nadziei. Ich mistrz był bowiem zawsze przepełniony radością i wiarą.
W czasie święta Pesach w 1942 r. Judenrat wysłał reb Izraela Lejba wraz z rodziną do Radomyśla Wielkiego. Za nim ruszyły dziesiątki innych rodzin. Celem tej przeprowadzki było – by tak rzec – zmniejszenie tłoku panującego w dębickim getcie. Jednakże już 5. dnia miesiąca Aw (19 lipca) reb Izrael Lejb powrócił do dębickiego getta wraz ze wszystkimi Żydami z Radomyśla. W czasie pierwszej „akcji wysiedleńczej” został wysłany wraz z grupą 200 dębickich Żydów do obozu karnego SS w Pustkowie, gdzie zmarł.
Wśród jego uczniów znajdowali się: dwaj synowie reb Jechezkiela Shocheta, syn piekarza Arona Jaakowa (cała trójka mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych), Cwi Lisza, Menachem Ofan[19] (mieszkający w Izraelu), Icchak Salomon, dwaj synowie Józefa Rotha i Icchak Epstein (wszyscy zostali pomordowani w Dębicy) oraz wielu innych.
Latem 1940 r. do Dębicy przybył uciekinier z Krakowa – reb Mosze Schmid. Miał około sześćdziesiąt lat i był jednym z największych znawców Tory w swoim mieście: należał do grona uczonych, którzy mieli licencję na egzaminowanie uczniów zdających na studia do Jesziwy Mędrców Lublina. Osiadłszy w Dębicy, dawał miejscowym uczniom cotygodniowe wykłady z dydaktyki talmudycznej (pilpul[20]) na tematy, które poznawali w kolejnych tygodniach. Wykładał do zimy 1941 r. Został wysiedlony do Radomyśla Wielkiego, lecz już nie wrócił do Dębicy. Nie chciał. Wyszedł na ulicę ze zwojem Tory i ogłosił, że nie chce wracać. Zastrzelili go naziści. Oddał swoją czystą duszę B-u, odmawiając Szema[21], owej niedzieli piątego Aw.
W dzień lub dwa po akcji osoby, którym udało się ukryć i nie zostały znalezione, zaczęły przedzierać się z powrotem do getta. Czynili to pod osłoną nocy lub wchodząc w grupie Żydów wracających z pracy.
Tymczasem Niemcy wydali rozporządzenie grożące Polakom rozstrzelaniem w wypadku stwierdzenia, że ukrywają Żydów lub udzielają im jakiejkolwiek pomocy.
Wznowiono negocjacje z naczelnymi władzami niemieckimi po to, aby wyrobić potrzebne dokumenty i pozwolenia dla powracających osób. Negocjatorami ze strony Judenratu byli – Anszel Taub oraz Immerglick (ten ostatni pochodził z Radomyśla Małego i był zięciem rze¼nika Mordechaja Goldfarba). Dokumenty ostatecznie zdobyto za pieniądze – pomimo ostrzeżeń Gestapo, że osoby schwytane bez dokumentów zostaną rozstrzelane. Józef Taub zwykł był w takich razach mówić: „To tylko pieniądze! To tylko pieniądze!” Proceder wyrabiania dokumentów za łapówki nie był rzecz jasna ewidencjonowany w aktach, gdyż w innym razie Niemcy mieliby dokładne dane na temat liczby przebywających w getcie Żydów.
Ludzie, którzy pozostali w getcie – w przeważającej mierze mężczy¼ni, lecz również pewna grupa kobiet – zatrudnieni byli przy robotach kolejowych oraz przy różnych tajnych pracach aż do do 7. lub 8. dnia miesiąca Tewet 5703 roku (15-16 grudnia 1943 r.). Kilkoro pracowało w powszechnie znanych miejscach. Życie w getcie poddane było reżimowi dnia pracy: rano grupy robocze opuszczały teren getta i po dziesięciogodzinnej dniówce – wracały.
Dębickie getto zwano obozem pracy (Arbeitslager). Teren ogrodzony drutem kolczastym znacznie się skurczył, gdyż oficjalnie pozostało w getcie jedynie około 600 osób. Za drutami była również pewna grupa ludzi, którzy przebywali w getcie nielegalnie. Ich liczba wzrastała w miarę napływu tych, którzy nie mogli się dłużej ukrywać poza gettem.
Warto w tym miejscu nadmienić, iż w okresie pomiędzy pierwszą a drugą „akcją wysiedleńczą” nie zanotowano doniesień na ukrywająych się Żydów.
W owym czasie Gestapo przekazało Judenratowi mieleckiego Żyda nazwiskiem Kaplan, którego zadaniem miało być szycie butów dla gestapowców.
Żadna z osób wysłanych na wschód nie dawała znaku życia i zaczęły krążyć pogłoski o obozie śmierci w Bełżcu. Ci, którzy pozostali w dębickim getcie, zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że ich własny koniec jest już blisko. Panowało straszne przeświadczenie, że nie przeżyje nikt.
Ludzie w getcie otrzymywali od Niemców bardzo małe racje żywnościowe. Dlatego jedzenie przeszmuglowywały osoby powracające z robót, jak również goje, którzy w zamian za przedmioty osobistego użytku, ubrania itp. prowadzili swoistą aprowizację.
7. lub 8. dnia miesiąca Tewet 5703 roku, czyli w przeddzień drugiej „akcji wysiedleńczej”, stało się jasne, że Niemcy przygotowywują ostateczną likwidację całego getta. Tym razem śmierć zajrzała do oczu i członkom Judenratu, którzy zaczęli szukać sposobów ratunku dla siebie i swoich rodzin.
W owym czasie Anszel Taub poinformał wszystkich członków rodzin Taub, Schuldenfrei i Schuss, że z powiadomienia, jakie otrzymał od naczelnika urzędu pracy (Arbeitsamtu), wynika, iż nazajutrz w getcie pozostaną jedynie osoby zatrudnione przy robotach kolejowych oraz przy innych pracach, jakie okażą się konieczne w obozie pracy przymusowej, który zostanie utworzony na miejscu dotychczasowego obozu pracy w getcie. Szefem nowego obozu będzie Immerglick, a jego pomocnikami – Witkower, zatrudniony jako sekretarz oraz Kaplan na stanowisku doradcy.
Ruben Siedlisker znajdował się pod nadzorem Muńka Schussa, który dopiero po usilnych naleganiach pozwolił Rubenowi pójść do przyjaciół i poinformować ich o tym, kto zostanie w getcie, a kto powinien uciekać. Osoby, które usłyszały te nowiny, i które miały szansę znale¼ć kryjówkę, uciekły z getta jeszcze tej samej nocy.
Tym razem akcja była bardzo krótka. Getto zostało otoczone przez ukraińską „Służbę Specjalną” (Sonder Dienst), której zadaniem było wykonanie „czarnej roboty”. Ponownie zebrano wszystkich Żydów tak, jak w czasie pierwszej akcji. Osoby wskazane przez Immerglicka (zarozumiałego, nieodpowiedzialnego, bez przerwy obracającego ozorem i pozbawionego uczuć rodzinnych osobnika) i jego pomocników jako siła robocza, niezbędna przy robotach kolejowych i innych koniecznych pracach, otrzymywały nowe zaświadczenia i wracały na miejsce zbiórki – tym razem jednak bez rodzin. Resztę odprowadzono na dolny plac w pobliżu mokradła i stamtąd załadowano na podstawione wagony. Ludzi ci zostali wysłani do Bełżca.
Pod koniec akcji Żydzi, którzy nie mogli już dłużej ukrywać się w swoich kryjówkach, jak również ci, którym udało się wyskoczyć z pociągów, powrócili do getta. Kilka osób wróciło nawet z £ańcuta. Powracali nocą, idąc wzdłuż dróg lub torów. Immerglick poinformował ich, że będą musieli opuścić teren getta-obozu, gdyż w innym wypadku wyda ich Gestapo. Zostało już tylko jedno miejsce ucieczki – getto w Bochni, które jeszcze funkcjonowało i gdzie – jak mówiły pogłoski – dawało się jeszcze jakoś przeżyć.
Naziści powtarzali pochodzącą z wiarygodnego ¼ródła informację, że odtąd miało zostać jedynie pięć gett: w Krakowie, Tarnowie, Bochni, Przemyślu i Rzeszowie. Najwyra¼niej próbowali zebrać Żydów w kilku wybranych miejscach. Żydzi dębiccy uciekali – początkowo głównie do Bochni – pociągiem, pieszo lub wszelkimi innymi sposobami z pomocą gojów, którzy otrzymywali za to wynagrodzenie.
Gestapo, przy pomocy Immerglicka i jego pomocników, którzy wcześniej byli członkami „Służby Porządkowej”, zaprowadzili grupę nielegalnie przebywających w obozie Żydów – około 52. osoby w podeszłym wieku, ludzi chorych oraz dzieci – do Talmud-Tory, stwarzając wrażenie, że urządzono tam dla nich szpital. Jednakże jeszcze tej samej nocy w budynku pojawili się Immerglick wraz ze „Służbą Porządkową” oraz Garbler i wymordowali całą grupę – jednego po drugim. Członkowie żydowskiej policji trzymali ofiary za ramiona, a Garbler strzelał. Dwa tygodnie pó¼niej jeden z owych żydowskich pomocników został bez powodu zastrzelony właśnie przez Garblera, stojąc na straży przy bramie wejściowej do obozu.
Polska policja kolejowa (Bahnpolizei), w skład której wchodzili młodzi chłopcy z Dębicy i okolicznych wsi, odegrała w tej zbrodni kluczową rolę. Jej członkowie również wcześniej strzelali do wszystkich osób znalezionych w pociągach lub w pobliżu torów, w których rozpoznali Żydów.
Po likwidacji obozu w Dębicy polska policja zaczęła prowadzić poszukiwania ukrywających się Żydów i rozstrzeliwała każdą wyciągniętą z kryjówki osobę. Wśród zabitych znalazły się całe rodziny Schussów oraz Taubów, które ukrywały się w lasach niedaleko Wielopola i Stasiówki. To właśnie polska policja prowadziła większość akcji poszukiwawczych ukrywających się Żydów. A jednak kilkoro osób przeżyło, w tym rodzina Faustów i Jechezkiel Shochet.
Przed wprowadzeniem grup do wagonów – jedna grupa w każdym wagonie – wydzielono spośród nich: około 150 głównie młodych osób, które odesłano do pracy w zakładach lotniczych w Rzeszowie, około 200 osób, które wysłano do obozu karnego SS w Pustkowie oraz grupę 40 młodych osób, które wysłano w niewiadome miejsce w pobliżu Dębicy. Resztę załadowano na wagony i wywieziono na wschód, najpewniej do obozu śmierci w Bełżcu.
W stupięćdziesięcioosobowej grupie wywiezionej do Rzeszowa znajdowało się 40. dębiczan. Grupa ta stanowiła trzon obozu przy Flugzeugfabrik Reichschauf („Reichschauf” to niemieckie określenie Rzeszowa). Dowódcą obozu był niejaki Alfred, dębiczanin, który osiadł w Niemczech, lecz wrócił do Polski przez Zbąszyń[24]. Asystowali mu Walter – również z Dębicy oraz Jurek – uciekinier z £odzi, który mieszkał w Dębicy w czasie wojny. Traktowali swoich pobratymców bardzo ¼le i zamordowali wielu w obozie.
Obóz ten istniał aż do momentu, gdy w czerwcu 1944 r. do Rzeszowa podeszli Rosjanie. Więziono w nim 500 osób, które tworzyły wysoko wykwalifikowaną kadrę tokarzy, wyrabiającą wysokie (bo sięgające 120%) normy. Właścicielem przedsiębiorstwa była niemiecka firma Heinkel.
W ostatniej chwili przed przeniesieniem obozu na wschód, żydowska Sonder Dienst udaremniła próbę ucieczki większej grupy wię¼niów. Jednakże siedemnastu osobom udało się zbiec.
Do czasu przeniesienia obozu spośród czterdziestu dębickich wię¼niów przeżyli prawie wszyscy. I ci przeżyli też przeniesienie do kolejnych obozów, nadal wykonując prace tokarskie dla firmy Heinkel. Rozmieszczono ich w trzynastu różnych obozach: w Płaszowie, Wieliczce (w fabryce samolotów), Flossenbergu (w Bawarii), Kolmar (we Francji), w tunelu oranienburskim, w Raunesweig (jednym z przedsiębiorstw Hermana Goeringa), w Neugamma w pobliżu Hamburga (w obozie głównym), Bremen oraz w Bergen-Belsen. Ten ostatni obóz wyzwolono 15 kwietnia 1945 r., jednak brytyjscy żołnierze zajęli się wię¼niami dopiero nazajutrz. Anglicy pojawili się w obozie w poniedziałek wieczór i rozdali wię¼niom po ćwiartce chleba oraz po puszce smalcu. Wię¼niowie nie jedli niczego przez wiele dni, więc po zjedzeniu chleba zachorowali na czerwonkę. Zmarły tysiące. Chorych zostawiono w barakach razem ze zmarłymi bez jakiejkolwiek pomocy. Dopiero blok 12. (tj. blok żydowski) wysłał delegację do rabina wojska brytyjskiego, która opisała mu istniejącą sytuację. Rabin wysłał z pomocą kilka sanitariuszek i sytuacja uległa poprawie. Wię¼niowie pozostawali w obozie jeszcze przez dwa tygodnie, zanim zostali stamtąd zabrani.
|
JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification. JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions. Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.
Dembitz, Poland
Yizkor Book Project
JewishGen Home Page
Copyright © 1999-2008 by JewishGen, Inc.
Updated 27 Aug 2006 by LA