|
|
[56]
Translated by Ireneusz Socha
Donated by Jacek Dymitrowski Moje, sięgające czterdzieści lat wstecz, wspomnienia nt. pieczenia „strzeżonej macy” [1] w Dębicy z pewnością nie będą zawierały żadnych odkrywczych stwierdzeń. „Strzeżoną macę” pieczono bowiem w taki sam sposób we wszystkich miasteczkach Wschodniej Europy. Cóż zatem mógłbym dodać? Czyżby dębiccy chasydzi szli w tym względzie za przepisami jakiegoś odmiennego prawa lub przestrzegali jakiegoś zwyczaju, który był nieznany reszcie galicyjskich chasydów? A jednak wierzę, iż mój opis w minimalnym choćby stopniu pomoże uszczegółowić portret zgładzonych pokoleń, uzupełnić obraz tego wysublimowanego i świętego świata – ściśle powiązanego, podobnie jak w całej Galicji, ze świeckim życiem naszego miasteczka – o choćby mały punkcik.
Dziad mój – rabbi Chaim Szlezynger Bł. P., który był mohelem [2] w Dębicy – udawał się w pełni lata, w okresie żniw, do jednej z okolicznych wiosek, aby wraz z miejscowym rolnikiem żydowskim zebrać pszenicę na „strzeżoną macę” ze specjalnie wyznaczonej na ten cel części jego pola. Zbiorem tej pszenicy zajmował się wyłącznie mój dziad wraz z owym żydowskim gospodarzem.
Żęcie i młócka odbywały się z zachowaniem zasad rytualnej czystości, po czym ziarno zawijano w białe płótno. Było niekrochmalone, gdyż krochmal jest chamecem [3]. Dziadek przynosił tobołek z ziarnem do domu, a następnie umieszczał go w specjalnie wybranym miejscu na strychu chasydzkiej modlitewni – w pobliżu domu cadyka Altera Pechtera Bł.P. Tam własnoręcznie rozkładał ziarno na starannie wypranych białych prześcieradłach, aby właściwie wysuszyć pszenicę. W okresie pomiędzy świętami Purym i Pesach [4], kiedy ziarno zostało całkowicie wysuszone, dziad przystępował do wybierania szumin [5], które również bezwzględnie uznawano za chamec. Chcąc precyzyjnie wypełnić to przykazanie, należało ręcznie zbadać dokładnie całą pszenicę, bo tylko w ten sposób można było mieć pewność, że ani jedno zepsute ziarenko nie znalazło się w ziarnie przygotowywanym na macę.
Następnie pszenicę z wielką ostrożnością przenoszono do domu reb Józefa Lewiego, który uczył starszą młodzież. Reb Józef posiadał żarna, czyli ręczny młyn składający się z dwóch płaskich, kolistych kamieni umieszczonych jeden nad drugim – dolnego nieruchomego, a górnego obracanego ręcznie. I właśnie tam, u reb Józefa Lewiego na ulicy Kawęczyńskiej, odbywało się mielenie, przy którym zwykle pomagałem dziadkowi.
Z czasem doszedłem do wprawy w precyzyjnym wsypywaniu ziarna do otworu w górnym, poruszającym się podczas mielenia kamieniu. Bardzo uważałem, aby broń B-e, nie uronić ani ziarenka, gdyż ziarno to było dla nas skarbem cenniejszym od złota. Otrzymaną ze zmielonego ziarna mąkę zsypywaliśmy na wspomniane wcześniej, koszerne płótno, które związywaliśmy i zanosiliśmy z powrotem, zapewniając szczęście całemu domowi. Następnie uwiązywaliśmy tobołek na gwo¼dziu u powały, żeby dzieci, które mają pełno chamecu na rękach – broń B-e – nie dotknęły go.
Wieczorem, 14 dnia miesiąca nisan, pomiędzy minchą a maariw [6], przed rytuałem wyszukiwania i usuwania z domu resztek chamecu, dwudziestu chasydów z miejscowej modlitewni schodziło nad pobliski potok [7] zaczerpnąć majim szelanu [8] do pieczenia „strzeżonej macy”, trzymając nieużywane, drewniane kubełki w prawej dłoni, a porcelanowe pucharki w lewej. Zanosili wodę do modlitewni, przykrywali ją kawałkami śnieżnobiałego płótna i udawali się na nabożeństwo wieczorne.
Po wieczornym nabożeństwie „wodę, która stoi przez noc” przynoszono do domu reb Altera Pechtera, który sprawdzał, czy nie dostał się do niej ani okruszek chamecu. Ufano, że Reb Alter wraz z rodziną będzie strzegł „wody, która stoi przez noc” jak ¼renicy oka.
Następnego popołudnia, w wigilię Pesach, chasydzi zbierali się w specjalnie do tego celu przeznaczonej piekarni, którą kilka dni wcześniej oczyszczono i wykoszerowano. W piekarni była już „woda, która stoi przez noc” oraz mąka. Z desek złożono długi stół. Z samego rana przyniesiono zrobione z twardego drewna wałki do macowego ciasta. Na miejscu były również drewniane dziurkacze do robienia otworów w macy, jak również piekarskie łopaty służące do wyciągania jej z pieca. Wszystko było gotowe do rozpoczęcia „świętego dzieła” pieczenia macy w wigilię święta Pesach.
Odziani w jedwabne tuniki chasydzi stali z wałkami pod pachą – gotowi do spełnienia przykazania dotyczącego wypieku macy w wigilię Pesach. Niecierpliwie wyglądali dzieży z ciastem, które mieli zagniatać w pośpiechu, wspominając pośpiech, z jakim lud Izraela wychodził z Egiptu.
Reb Chaim Szlezynger zaczerpnął pierwszą porcję ciasta i rozdzielił ją wśród chasydów, którzy zostali poinstruowani, że – zgodnie z prawem religijnym – od zagniatania do wypieku nie powinno upłynąć więcej niż 18 minut. W czasie spełniania owej micwy [9] chasydzi śpiewali Hallel [10] z taką żarliwością, jakiej dziś nie umiemy już sobie nawet wyobrazić.
Kiedy podziurkowane ciasto macowe wchodziło do pieca, wszyscy mobilizowali piekarza wspólnym wołaniem: „Przez wzgląd na przykazanie o macy, wsad¼ macę do pieca!”.
Zakończenie wypieku „strzeżonej macy” świętowano, wznosząc toast „na zdrowie” specjalnie koszerowaną na Pesach śliwowicą i zagryzając jajkiem na miękko. Chasydzi błogosławili sobie wzajemnie słowami: „Gratulacje! B-g da, to samo zrobimy w przyszłym roku! Na przyszły rok w Jerozolimie!”. Każdy dostawał jeden lub dwa kawałki macy jako wynagrodzenie za pracę.
„Strzeżoną macę” zawijano w białe płótno, zanoszono do domów i umieszczano w specjalnym miejscu – tak, aby oddzielić ją od zwykłej macy, którą upieczono około dwa tygodnie wcześniej.
Tak oto, z należną pokorą i trwogą, chasydzi z modlitewni świętej gminy
dębickiej wypiekali macę w wigilię święta Pesach.
Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z
przekładu hebrajskiego oryginału na język angielski (The Baking of Matza
Shmura, tłum. i oprac. Jerrold Landau, http://www.jewishgen.org/yizkor/debica/Dembitz.html). [Sefer Dembic, s. 56, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964] za
pozwoleniem Pana Meira Goldmana i The JewishGen Inc. oraz
dzięki życzliwej pomocy Pani Joyce Field i Pana Marca Seidenfelda.
W połowie XIX wieku w Dębicy zaczęła stacjonować jednostka kawalerii, z której miejscowi Żydzi w niemałej mierze czerpali środki do życia. Rodzina Malterów prowadziła specjalną piekarnię, gdzie pieczono wojskowy chleb (tzw. „komis brojt”). Inni dostarczali mięso, a jeszcze inni obrok. Co więcej, w rodzinach kadry oficerskiej było wielu członków austriackiej arystokracji, którzy stanowili najlepszą klientelę żydowskich sklepikarzy.
Główne koszary mieściły się początkowo w budynku odnajmowanym od Żyda na rynku miasta. Ujeżdżalnia kawaleryjska (rajtszul) zajmowała całą długość pierzei i mieściła się na tyłach rynku. Żydowskie dzieci mieszkające w okolicy spędzały długie godziny, obserwując ćwiczenia je¼dzieckie. Kapitanowie często nasyłali na nie kawalerzystów, aby ci mogli nacieszyć oczy widokiem uciekającej w popłochu pejsatej gromadki.
Ale był taki czas w roku, kiedy to austriaccy oficerowie polegali na dobrej woli żydowskich chłopców z sąsiedztwa. W owym czasie cheder reb Nachuma, zwanego „nauczycielem z Tarnowa”, mieścił się w ubogiej lepiance obok rajtszulu. Zbliżało się święto Pesach, więc uczniowie uczyli się tekstu „Pieśni nad pieśniami” [1] oraz towarzyszącej mu chwytającej za serce melodii. Kiedy wydobywająca się przez otwarte okna pieśń dochodziła uszu kapitanów, przerywali na chwilę ćwiczenia i przystawali pod oknami chederu, aby posłuchać śpiewu. Pomocnik nauczyciela (belfer) zorientowawszy się, że goje lubią tę pieśń, pokazywał chłopcom, aby zaśpiewali głośniej. Nie trzeba było ich dwa razy prosić: z błyszczącymi oczami wznosili radosne pienia: „Szir – pieśń, haszirim – nad pieśniami. Wszystkie pieśni są święte, jednak ta pieśń jest święta wśród świętych. Wszystkie pieśni śpiewał król, lecz tę śpiewał król – syn króla. Wszystkie pieśni śpiewał prorok, lecz tę śpiewał prorok – syn proroka, król – syn króla i mędrzec – syn mędrca…”
To był jedynie początek, a oficerowie zaczęli wrzucać do chederu monety: przeważnie miedziaki, lecz zdarzały się i srebrne. W ten sposób belfer otrzymywał specjalną nagrodę za swój trud. Wówczas następował drugi wers. Jeden z chłopców zaczynał śpiewać, a reszta mu odpowiadała: „Jaszkejni” – „ucałuje mnie”, „miniszikot pihu” – „pocałunkami swych ust” i tak dalej. Kapitanom sprawiał radość widok pejsatych, niesfornych Żydków. Teraz widzieli ich w zupełnie innym świetle: w świetle świętej pieśni – ciepłej i żywej, poważnej i wzruszającej. Toteż znów sypnęli monetami, wznosząc okrzyki aprobaty i prosząc o bis. Był to dzień zwycięstwa małych Mojszków i Szlojmków nad rycerzami i szlachcicami z austriackiej kawalerii.
U schyłku XIX wieku poza miastem, niedaleko Wisłoki, zbudowano nowe, o wiele większe koszary. Kontakty wojska z miastem zostały tym samym znacznie ograniczone, jednak oficerowie przyjeżdżali popołudniami na rynek, zwłaszcza latem, napić się i uprzyjemnić sobie czas w restauracji goja Serednickiego, który zarabiał głównie na tym.
Siadywali przy stolikach wystawionych przed lokalem. Żydowskie dzieci lubiły się przyglądać oficerom, więc ci lubili się zabawiać ich kosztem. Przed wyjściem na świeże powietrze uzbrajali się w garście drobnych monet i syfony z wodą sodową.
Kiedy dzieci podchodziły bliżej, jeden z oficerów obsypywał je monetami. Dzieci zaczynały walczyć o pieniądze, kotłując się na ziemi i wzniecając tumany kurzu. Wyrywały sobie każdy grosz. Na to tylko czekali oficerowie. Kierowali strumienie wszystkich syfonów w miejsce, gdzie kłębiło się najwięcej dzieci... ku wielkiej uciesze dowcipnych kelnerów...
Pochodzący głównie z ludu, prości kawalerzyści nie mogli sobie pozwolić na tego typu zabawy. Gdyby nobliwi przełożeni robili im tylko takie kawały, to nie mieliby właściwie powodu do narzekań. Wystarczało im, gdy mogli dostać tanie papierosy marki „Darma” w pobliskim sklepie. A jednak i żydowskie dzieci miały się okazję odegrać na oficerach. Miało to miejsce w korytarzach żydowskich domostw pomiędzy 19:00 a 21:00, tuż przed wieczorną pieśnią śpiewaną przez straże, która była oficjalną pieśnią całego miasta. Dzieci śpiewały ją z własnymi słowami: „Rajce, jak ją zbijesz, to ci wrzaśnie; jak nie zbijesz, to nie wrzaśnie.”
|
|
JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of
the translation. The reader may wish to refer to the original material
for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.
Dembitz, Poland
Yizkor Book Project
JewishGen Home Page
Copyright © 1999-2011 by JewishGen, Inc.
Updated 10 Nov 2009 by MGH