« Previous Page Table of Contents Spis treści Next Page »


[Strona 141]

Holocaust

Translated by Ireneusz Socha

Zagłada dębickich Żydów

Ruben Siedlisker-Sarid

1

W piątek, 1 września 1939 r., Hitler ogłosił, że Niemcy są w stanie wojny z Polską i pierwsze niemieckie samoloty bojowe pojawiły się na dębickim niebie już o 11:00 rano[1]. Na razie jedynie strzelały. Nazajutrz, w szabasowe popołudnie, Niemcy przeprowadzili pierwsze bombardowanie miasta. Kilka budynków, w tym dom Arona Bara[2] na Starym Mieście oraz katolicka bursa[25], legło w gruzach. Kilka bomb spadło w pobliżu stacji kolejowej.

W bombardowaniu tym zginęło kilku mieszkańców miasta i ludzie natychmiast zaczęli w panice uciekać do okolicznych wiosek. Większość Żydów ze Starego Miasta uciekła do Wólki[3] i Wiewiórki. Żydzi z Nowego Miasta uciekli w kierunku £ysej Góry oraz do Stobiernej, Stasiówki i Nied¼wiady. Kiedy nazajutrz powrócili do domów, aby zabrać dobytek, stwierdzili, że większość ruchomości została zagrabiona przez gojów z pobliskich i dalszych wiosek. W grabieży tej wzięli również udział sąsiedzi z miasta.

W wielkim zamieszaniu członkowie rodzin zaczęli się gubić i szukać nawzajem. Zanim się poznajdowali, mijało czasem kilka dni. Most na Wisłoce został zniszczony przez bomby, więc aby dostać się na drugi brzeg, należało przeprawić się promem. Bombardowania trwały.[26]

Władze miejskie uległy rozwiązaniu i nikt nie pilnował porządku publicznego, aż do wejścia niemieckiej armii w piątek, 8 września.[27]

W czasie, gdy uchod¼cy z Dębicy szukali schronienia na wsi, zaczęła krążyć plotka, że Niemcy mordują wszystkich napotkanych Żydów płci męskiej. Ludzie zaczęli natychmiast uciekać na wschód. Część uchod¼ców zdołała przekroczyć linię Sanu, która tymczasem została zdobyta przez niemiecką armię. Inni – schwytani przez Niemców w drodze – rezygnowali z ucieczki i wracali tam, skąd przyszli. Początkowo jedynie kobiety miały dość odwagi, aby powrócić do miasta, lecz pó¼niej zaczęli powracać także mężczy¼ni. Zastali splądrowane i zrujnowane domostwa, które mimo wszystko dawały chwilę wytchnienia. Wydawało się, że śmiertelne niebezpieczeństwo zagrażające Żydom zostało chwilowo zażegnane, bo w owym czasie Niemcy nie grabili i nie mordowali. Zadowalali się porywaniem Żydów z ulic i z domów – zmuszając ich do sprzątania w niemieckich instytucjach. Z pomocą przyszli tu goje, którzy wskazywali Niemcom, gdzie znajdują się Żydzi.

Po około dwóch tygodniach od czasu zajęcia miasta były burmistrz Michał Staroń został wezwany przez Niemców do ponownego objęcia stanowiska szefa władz miejskich.

Pewnego szabasowego wieczoru do siedziby starostwa został wezwany Towja (Tobiasz) Zucker wraz z kilkoma innymi Żydami. Zostali przyjęci przez esesmanów z rzeszowskiego komanda, którzy poinformowali ich, że muszą dostarczyć Niemcom do rana określoną ilość kompletów pościeli, i że w wypadku niespełnienia tego rozkazu Żydów czeka sroga kara. Owej nocy specjalna grupa obeszła żydowskie domy i przekazała Niemcom według rozkazu wszystko, czego żądali.

Na o „żydowski rząd” mający sprawować władzę nad ludnością żydowską, który w pó¼niejszym okresie przekształcił się w Judenrat. Za radą Staronia na stanowisko przewodniczącego tego ciała został wybrany Towja Zucker – najbardziej szanowany obywatel żydowski, który został w mieście po ucieczce do Rosji Abrahama Goldmana, prezesa gminy żydowskiej w Dębicy.[28]

Natychmiast po wejściu Niemców do Dębicy szkoły publiczne otrzymały zakaz nauczania dzieci pochodzenia żydowskiego. Polskie gimnazjum – jedyne w mieście – zostało zamknięte. Pozamykano chedery, a dzieci uczyły się prywatnie w domach nauczycieli lub w miarę możliwości u swoich rodziców. Osoby, które było na to stać, kupowały książki na własny użytek. Zwoje Tory wyniesiono z synagog i poukrywano w żydowskich domach.

2

Niemieckie władze miasta pełniły również początkowo funkcję władz regionu, więc Gestapo wkraczało w ich kompetencje jedynie w szczególnych wypadkach. Na ich czele stało tzw. „naczelnictwo okręgu” (Kreis Hauptmanschaft). Tym samym Dębica wraz z dużym obszarem okołomiejskim stanowiła osobny okręg (Kreis). Granice okręgu wyznaczały miejscowości takie, jak: Rozwadów, Sędziszów, Pilzno i Wielopole. Naczelnikiem okręgu (Kreis Hauptman) był dr. Auswald[4], stosunkowo zrównoważony Niemiec. Jego bezpośrednim podwładnym był młody człowiek z Wiednia z tytułem doktora[5]. W pó¼niejszym okresie okazało się, że ubolewał nad losem Żydów i chciał im pomóc. Zostały mu powierzone sprawy żydowskie.

Na początku okupacji Żydzi z Tarnobrzega (Dzikowa) i Rozwadowa zostali przepędzeni na drugi brzeg Sanu. Mimo iż większość pozostała w rosyjskiej strefie, to jednak niektórzy powrócili i otrzymali pozwolenie na zamieszkanie w swoich dawnych miejscowościach – dzięki wstawiennictwu dębickiego Judenratu oraz wspomnianego naczelnika okręgu. Żydzi z Mielca nie mieli takiego szczęścia. Uciekli, sprowokowani przez Niemców zaraz po zajęciu miasta, kiedy ci zamordowali kilkadziesięcioro Żydów zgromadzonych w mykwie.

Na początku okupacji Niemcy nie stosowali praktycznie żadnych szczególnych restrykcji wobec przedsiębiorców żydowskich w Dębicy. Miejscowi Żydzi mogli poruszać się swobodnie nawet koleją i bez przeszkód przywozić towar od tarnowskich hurtowników, aż do połowy roku 1940. Zaopatrywali również niemieckie wojsko, otrzymując normalne, uczciwe wynagrodzenie.

Niemcy nie interesowali się zbytnio dębickim biznesem, gdyż w mieście funkcjonował tylko jeden niemiecki sklep, którego właścicielem był Niemiec Haze. Na dodatek handlował jedynie towarami żelaznymi.

Ogólnie rzecz biorąc w Dębicy nie notowano wówczas żadnych przypadków grabieży i mordów na Żydach ani ze strony Niemców, ani Polaków.

Jedynym rozporządzeniem odnoszącym się do Żydów w owym czasie był „obowiązek pracy” realizowany poprzez Judenrat. Uchwalono go za radą przedwojennego burmistrza Staronia, któremu naziści powierzyli na krótko władzę nad miastem na początku okupacji. Odtąd Judenrat wysyłał Żydów do pracy na rzecz Niemców, kiedy tylko zgłaszali taką potrzebę – po to, aby uchronić ich przed łapankami dokonywanymi przez wojsko na początku okupacji. Żydzi pracowali w biurach i w koszarach, zamiatali ulice, usuwali gruz po bombardowaniach itp. Niemcy przystali więc z chęcią na propozycję Staronia.

Doszło do tego, że młodzi Żydzi szukali pracy w oficjalnych placówkach z uwagi na fakt, że byli tam traktowani po ludzku. Otrzymywali również pozwolenia na pracę, aby uniknąć wojskowych łapanek do pracy w innych miejscach.

W zimie, na przełomie 1939 i 1940 r., zaczęto organizować ucieczki z obszaru kontrolowanego przez Niemców na tereny zajęte przez Rosjan. W ten właśnie sposób na tereny pod kontrolą Rosjan przedostało się kilkadziesięcioro młodych ludzi z okupowanej Dębicy. Niemcy wiedzieli o tym, lecz nie reagowali. Za to Rosjanie wyłapywali uciekinierów, zamykali ich w więzieniach i przesłuchiwali, oskarżając o szpiegowanie na rzecz Niemiec.

Jednak w chwili, gdy do uciekinierów z Zachodniej Galicji dotarły informacje o tym, jak się na terenach niemieckich sprawy mają, tzn. że po początkowym zamieszaniu nawiązano z Niemcami dobre stosunki, latem 1940 r. fala uciekinierów ruszyła w odwrotnym kierunku: Żydzi wrócili do swoich miejscowości, mimo iż znajdowały się pod niemiecką okupacją. Nie uszło to uwadze rosyjskich władz, które nie mogły zrozumieć, jak ktoś może chcieć wrócić na tereny kontrolowane przez nazistów. Rosjanie utworzyli specjalne biuro rejestracyjne dla Żydów, którzy chcieli wrócić, a następnie wywie¼li ich w głąb Rosji, dzięki czemu wielu ocalało.

3

Na początku 1940 r. Niemcy, z pomocą władz miejskich, zorganizowali spis powszechny całej ludności miasta. Każda dorosła osoba dostawała kartę identyfikacyjną (Kennkarte), którą należało nosić przy sobie przez cały czas. Przy tej okazji poczyniono pierwsze rozróżnienie pomiędzy ludnością żydowską a nie-żydowską. Kenkarty Polaków były szare, a Żydów – żółte.

W owym czasie urzędujący w Krakowie Generalny Gubernator Frank wydał rozkaz, w myśl którego wszyscy Żydzi zostali zobowiązani do noszenia białej opaski z zieloną lub niebieską gwiazdą Dawida na prawym ramieniu. Dębiccy Żydzi zrozumieli, że znale¼li się w pułapce, z której nie ma wyjścia.

W czasie spisu utworzono specjalny urząd, którego zadaniem było przydzielanie do pracy wszystkich nadających się do tego osób. Grupa młodych Polaków została zesłana na roboty do Niemiec. Żydzi byli natomiast zatrudniani przy miejscowych robotach – w porozumieniu z Judenratem. Urzędem kierował rodowity Niemiec, członek Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej. Anszel Taub, syn Natana, pośredniczył w kontaktach Judenratu z urzędem pracy. Początkowo płacono mu za tę pracę, mimo iż był Żydem. Oczywiście, w mieście było trochę biedoty żydowskiej, która chętnie przyjmowała płatną pracę. Zgodnie z prawem, każdy Żyd musiał przepracować kilka dni w tygodniu. Judenrat zgodził się na układ wymienny: za ustaloną sumę można było się wykupić od pracy przydzielonej na dany dzień, a pieniądze trafiały do osoby, która zgadzała się przejąć pracę.

Kiedy rozniosła się wieść o finansowych korzyściach czerpanych przez Judenrat przy pośrednictwie pracy, wybuchły konflikty wokół prezesury Judenratu. Towja Zucker został odsunięty (lub według innych sam zrezygnował) z zajmowanego urzędu, a na jego miejsce wybrano Josełe (Józefa) Tauba, syna Natana.

Głównym zadaniem zleconym przez Niemców była rozbudowa węzłów komunikacyjnych i budowa gigantycznych zakładów taboru kolejowego. Jak się pó¼niej okazało, było to związane z niemieckimi planami inwazji na Związek Sowiecki. Już przed wojną Dębica stała się ważnym ośrodkiem komunikacyjnym, a Niemcy znacznie go rozbudowali. Wszystkie budynki wzniesione w mieście w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego zostały przejęte i zaadaptowane przez Niemców na magazyny mieszczące zapasy wyposażenia i uzbrojenia dla niemieckiego wojska.

4

W kwietniu i maju 1940 r., wraz z założeniem „wojskowego obozu szkoleniowego jednostek Waffen-SS” w lasach w pobliżu Pustkowa niedaleko Dębicy, w życiu miasta zaszła zdecydowana zmiana. Szkoliły się tam dziesiątki tysięcy rekrutów z Niemiec oraz folksdojczów. Właśnie w pustkowskich lasach mieściła się jedna z największych wytwórni amunicji[29] w kraju – będąca częścią Centralnego Okręgu Przemysłowego. Obecnie kompleks ten służył Niemcom jako obóz szkoleniowy nazistowskiej armii. Wokół niemieckiego obozu wyrastały szybko liczne obozy pracy dla Polaków i dla Żydów. Polscy junacy tworzyli pochodzące z naboru brygady robocze, podczas gdy Żydzi mieszkali w zamkniętych obozach pracy. Polacy dostawali od czasu do czasu przepustki, natomiast Żydzi byli traktowani jak wię¼niowie.

W czerwcu 1940 r. zorganizowano pierwszą łapankę do obozu pracy w Pustkowie. Osoby, które nie mogły udowodnić, że pracują w instytucji rządowej lub wojskowej, były wysyłane do obozu i tam więzione. Do Pustkowa zwożono również Żydów z innych miast w Galicji, jak również z Kongresówki.

Dębicki Judenrat miał mnóstwo roboty. Ludzie zwracali się o uwolnienie uwięzionych, próbując przekupić szefa obozu. Naczelnikiem obozu pracy dla Żydów był SS-Oberscharführer Kopps[6] i Judenrat wiedział, jak z nim „prowadzić interesy”. Niemiec wydawał swoim żołnierzom rozkaz zwolnienia poszczególnych Żydów, którzy wracali do Dębicy i rozchodzili się do swoich domów.

Z uwagi na to, że Pustków leży jedynie ok. 10 km od Dębicy, Żydzi utrzymywali w mieście kontakty z esesmanami prowadzącymi obóz. Już na wstępie postanowiono, że Judenrat będzie zaopatrywał żydowski obóz w wyżywienie oraz prowadził kuchnię na jego terenie. Wkrótce ustanowiono nową organizację pracy przymusowej dla Żydów zwaną w jidysz „Zelbsthelfe” (Samopomoc). Organizacja miała swoje siedziby w Krakowie i w Dębicy, a kierował nią Izaak Shachner, zięć Gecela Laufbahna. Od czasu do czasu organizacja otrzymywała dostawy cukru i wieprzowiny, które miała rozdzielać wśród Żydów przebywających w obozie oraz członków Rady Miejskiej. Jako że Żydzi nie mogli jeść wieprzowiny, „Zelbsthelfe” wymieniała ją z Radą Miejską na cukier. Ta miała rozdysponować wieprzowinę wśród ludności polskiej, a w zamian Żydzi mieli otrzymywać partię cukru, choć – rzecz jasna – Polacy lepiej wychodzili na tej zamianie. „Zelbsthelfe” zorganizowała pierwszą darmową kuchnię w mieście w piwnicy Talmud-Tory[7].

5

Aż do początku 1941 r. władze niemieckie w Dębicy nie ingerowały w regulacje dotyczące kwestii bytowych. Żydzi mieszkali tam, gdzie chcieli, nie niepokojeni przez nikogo. Sprawy przybrały gwałtownie inny obrót wraz z utworzeniem getta. Kiedy Niemcy poinformowali Żydów o decyzji utworzenia specjalnej dzielnicy mieszkaniowej, zaczęto z ożywieniem dyskutować na ten temat. Judenrat stał na stanowisku, że w celu wypełnienia niemieckiego rozporządzenia należałoby wydzielić w mieście te dzielnice, gdzie Żydzi dotychczas mieszkali. Inny pogląd reprezentował Przewodniczący Rady Miejskiej, który za radą Staronia zaproponował wydzielenie w tym celu uliczki Garncarskiej, zwanej po żydowsku „Tepper Gesel”. Był to jeden z najbardziej zaniedbanych obszarów w mieście – mieszczący się w dolince tuż za rynkiem nowomiejskim. I właśnie tę propozycję zaakceptowano. Staroń postawił na swoim.

Żydzi musieli opuścić swoje mieszkania i domy, zostawić sklepy i warsztaty – budowane i zakładane w mieście na przestrzeni stuleci – i zaczęli się gnie¼dzić na wyznaczonym terenie, który przecinała tylko jedna, najmniejsza spośród wszystkich ulic miasta – „Tepper Gesel”, poszerzonym o pas przylegający do koszar piechoty, gdzie stacjonowało SS.

Opuszczone przez Żydów domostwa, sklepy i warsztaty zajęli polscy sąsiedzi – na mocy rozporządzenia wydanego przez magistrat.

W czasie przeprowadzki do getta Żydzi usiłowali sprzedać to, co mogli, a resztę zostawiali w domach dla nowych lokatorów, nie wymagając zapłaty. Budynki istniejące przy „Tepper Gesel” oczywiście nie mogły pomieścić tak dużej populacji, więc dobudowywano specjalne baraki, z których każdy mieścił dwadzieścia osób. Mieszkania w getcie były przydzielane przez Judenrat w oparciu o indywidualne potrzeby, lecz istniała określona ilość metrów kwadratowych przypadających na daną osobę. Panowało olbrzymie przeludnienie. A jednak należy podkreślić, że w getcie przez długi czas nie wybuchła żadna epidemia. Pomoc medyczną nieśli doktorzy: Mantzer z Andrychowa oraz Idek (Jehuda) Thau z Dębicy, syn Simchy Thaua, którzy utworzyli w getcie izbę chorych i kierowali jej pracą.

Po przeprowadzce do getta dębiccy Żydzi stracili kontakt ze światem zewnętrznym. Odtąd nie wolno im było pokazywać się poza gettem bez specjalnego pozwolenia. Zabroniono kontaktów biznesowych a nawet wymiany listów.

Zdecydowana większość dębickich Żydów pracowała przy robotach publicznych, zwłaszcza przy rozbudowie stacji kolejowej, a także na płatnych stanowiskach w firmach niemieckich. Zmieniły się, co oczywiste, zasady prowadzenia działalności gospodarczej. Nie było już mowy o klasycznych transakcjach handlowych czy zleceniach porad prawnych. Odtąd Żydzi byli traktowani jako prywatna własność Gestapo.

Po utworzeniu getta w Dębicy oraz w innych galicyjskich miastach odpowiedzialność związana z zarządzaniem ludnością żydowską została przeniesiona z władz lokalnych na Gestapo. Szefem Gestapo w Dębicy od początku okupacji nazistowskiej, aż do likwidacji getta był Niemiec z Wiednia Julius Garbler.

Pierwszą rzeczą, od jakiej Gestapo zaczynało swoją działalność w gettach, było oddzielenie osób nadających się do pracy od osób do pracy niezdolnych. Ludzie z tej drugiej grupy byli wysyłani do obozów śmierci w pierwszym rzędzie.

Do roku 1943 Żydów z Galicji i ze ¦ląska wysyłano do obozu śmierci w Bełżcu.

W Dębicy, podobnie jak w innych miastach, Gestapo szybko wymusiło zmianę składu Judenratu, aby ten lepiej wywiązywał się ze swoich nowych obowiązków. Na miejsce starych członków Judenratu powoływano w większości członków żydowskiej „Służby Porządkowej” („Ordnungs-Dienst”), którzy byli już wprawieni w wypełnianiu niemieckich rozkazów.

Garbler, szef dębickiego Gestapo, w swoich pierwszych kontaktach z Żydami postępował tak, jak wszyscy inni Niemcy, tj. próbował wydusić z nich maksimum z myślą o korzyściach osobistych. Często, stosując gro¼by, rozkazywał, aby Żydzi oddali mu różne rzeczy i żaden nigdy mu nie odmówił. Początkowo nie był brutalny i osobiście – aż do czasu pierwszej akcji w getcie – nie strzelał do swoich ofiar. W Dębicy był również policjant Schupo (Schutzpolizei) nazwiskiem Robert Urban[30], folksdojcz, który znęcał się nad Żydami na wiele sposobów. Przykładowo, osoby złapane bez pozwolenia poza obszarem getta (np. w pociągu) prowadził na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwał. Musiało się to, oczywiście, odbywać za wiedzą Garblera, który na co dzień sprawiał wrażenie uprzejmego i zawsze przestrzegał prawa i porządku. Garbler ukazał swoją prawdziwą twarz dopiero podczas pierwszej „akcji wysiedleńczej”, którą dowodził osobiście. Wówczas to zademonstrował wszystkie cechy charakterystyczne dla doświadczonego gestapowca.

Niemcy wysyłali Żydów – jak uprzednio – do wszelkiego typu robót poza terenem getta, w tym głównie do prac przy rozbudowie węzła kolejowego oraz przy budowie lokomotywowni – jednej z największych w Galicji.

6

Początkowo, kiedy naziści najechali na Związek Sowiecki, Żydzi zaczęli wierzyć, że czas wybawienia jest już blisko. Wszyscy wypatrywali rychłego wyswobodzenia. Wraz z klęską Armii Czerwonej na żydowskie głowy spadło jeszcze więcej nieszczęść.

Od chwili założenia getta miasto obiegały pogłoski, że Żydzi zostaną wywiezieni koleją na wschód. Nikt nie znał celu tych wywózek. Pierwszy transport, który Żydzi dębiccy znali nie tylko ze słyszenia, dotyczył Żydów z Wolbromia. Grupa dębickich Żydów, odesłana do robót kolejowych, rozmawiała z wywożonymi lud¼mi przez okienka w wagonach, kiedy pociąg zatrzymał się na kilka minut na stacji. Pogłoski te wzmagały strach i zamieszanie. Żydzi dębiccy zaczynali podejrzewać, że wkrótce nadejdzie czas i na nich. Tuż przed 29 czerwca 1942 r. Żydzi (oraz żydowscy apostaci) z Sędziszowa, Ropczyc, Wielopola, Pilzna, Radomyśla oraz z innych miejscowości regionu zostali zamknięci w dębickim getcie.

Na Żydów w getcie padł blady strach. Zaczęli szukać kryjówek poza terenem getta – u gojów, których znali lub opłacali. Niestety, w wielu przypadkach Polacy zdradzali ich kryjówki. Znalezionych odprowadzano na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwano.

W nocy 29 czerwca 1942 r. esesmani z komanda stworzonego specjalnie w celu likwidacji Żydów (Judenvernichtung Kommando) wraz z polską policją otoczyli getto. Garbler pojawił się w getcie wcześnie rano wraz ze swoimi lud¼mi i gestapowcami spoza Dębicy, w tym z Heinrichem Wakundą – dowódcą akcji likwidacyjnych galicyjskich Żydów oraz z urzędnikiem z Judenratu w celu zebrania pozwoleń na pracę (Arbeitskarte), które uprzednio wydał urząd pracy (Arbeitsamt). Zbiórka trwała do popołudnia.

Nazajutrz Józef Taub, prezes Judenratu, został wezwany na Gestapo, gdzie wydano mu polecenie zebrania wszystkich Żydów w celu przeprowadzenia selekcji i stwierdzenia, kto zostanie na miejscu, a kto zostanie wysłany – jak twierdzili gestapowcy – do pracy na wschodzie. Podpisane przez Gestapo pozwolenia na pracę miały zostać oddane jedynie tym osobom, które zostaną w getcie.

Judenrat wykonał gestapowskie polecenie z największą gorliwością. Po opuszczeniu budynku Gestapo Józef Taub poinformował wszystkich Żydów, że muszą się zebrać na ulicy pomiędzy domem Wolfa Adera a domem piekarza Szlomo Herschlaga[8]. Tak też się stało. O wyznaczonej godzinie większość mieszkańców getta, w tym również i ci, których przywieziono niedawno, zebrali się w wyznaczonym miejscu.

Po południu gestapowcy zasiedli za stołem w pobliżu Księżej £ąki, a mieszkańcy getta – jeden po drugim – przechodzili obok nich całymi rodzinami niczym owieczki[9]. Osoby, którym Gestapo podpisało i zwróciło pozwolenia na pracę, wracały na wyznaczone miejsce w getcie wraz z rodzinami. Osoby, którym nie zwrócono pozwoleń – czyli ci, którzy ukończyli 40-50 lat, jak również ci, którym gestapowska komisja nie uznała miejsca zatrudnienia – zostały zaprowadzone w inne miejsce, leżące w zagłębieniu terenu poniżej Księżej £ąki.

Po dokonaniu selekcji gestapowcy, przy udziale polskiej policji i żydowskiej „Służby Porządkowej”, zaczęli przeczesywać getto, aby sprawdzić, czy w domach i barakach nie ukrył się żaden Żyd. Znale¼li kilkadziesiąt osób, „które były na tyle bezczelne, że wolały się ukryć”. Zaprowadzono jest prosto na cmentarz i rozstrzelano na miejscu.

Owego dnia przybył duży transport kolejowy. Przywieziono wszystkich Żydów z Tarnobrzega i Rozwadowa. Zgromadzono ich na tzw. dolnym placu (poniżej Księżej £ąki). Gestapowiec odpowiedzialny za doprowadzenie nowo przybyłych na miejsce zbiórki, kierując się kaprysem, wybrał i skierował na górny plac tylko czterech lub pięciu mężczyzn z transportu.

Rozpadał się deszcz, a Księża £ąka zamieniła się w bagno. Żydzi z Dębicy, Sędziszowa, Ropczyc, Wielopola, Pilzna, Tarnobrzega i Rozwadowa czekali na rozkaz drżąc z przerażenia. Esesmańskie anioły śmierci pilnowały, aby tłum stał równo, podzieliwszy ludzi na kilka grup. Nagle rozległa się komenda: „Klęknąć!”. Potężny tłum mężczyzn, kobiet i dzieci uklęknął w błocie.

Gestapowcy przechadzali się wśród rzędów klęczących ludzi i wybrali spośród nich około 180-200 osób. Esesmani umieścili ich na ciężarówkach i wywie¼li na skraj lasu porastającego £ysą Górę w Dębicy-Wolicy. Całą grupę zaprowadzono do lasu, tam rozstrzelano, po czym wrzucono do zbiorowej mogiły – wykopanej przez polskich junaków. Zwieńczeniem tej strasznej zbrodni był rozkaz, aby junacy zasypali mogiłę.

Miało to miejsce 7. dnia miesiąca Aw 5702 roku (21 lipca 1942 r.).

7

Tego samego dnia pod wieczór cała reszta, czyli około 4000 Żydów, w tym 2000 żydowskich mieszkańców Dębicy, zaprowadzono na stację kolejową i wysłano na wschód w zamkniętych wagonach. Transport pojechał do obozu śmierci w Bełżcu. Zaledwie kilku osobom udało się wyskoczyć z pędzącego pociągu.

Spośród ludzi zebranych na dolnym placu wybrano wcześniej grupę, którą odesłano do Rzeszowa, do pracy w zakładach produkujących części do samolotów marki Messerschmitt. Niektórzy z tych ludzi przeżyli. Podobne szczęście miała grupa młodzieży wysłana do pracy w zakładach lotniczych w Mielcu (Flugzeugwerk). Trzecią grupę młodzieży wysłano do obozu pracy przymusowej w Pustkowie (Zwangsarbeitlager), który utworzono w okresie likwidacji Żydów mieleckich. Z grupy tej ocalała tylko jedna osoba – Izrael Reiner.

Finałem tych wydarzeń było wydane przez Gestapo rozporządzenie ostrzegające, że wszyscy Żydzi złapani bez podpisanego dokumentu zostaną natychmiast rozstrzelani. Oddział SS opuścił teren getta. Polska policja strzegła getta z zewnątrz, natomiast żydowska „Służba Porządkowa” – od wewnątrz.

8

Żydzi dębiccy nigdy nie porzucili studiowania Tory – nawet w czasie okupacji niemieckiej. Jak by tego było mało, uczeni w Torze prowadzili – jak dawniej – kursy dla zaawansowanych. Byli i tacy, którzy zajmowali się tajnym nauczaniem.

Izrael Lejb Frankel, zięć Rubena (Rubelego) Klugera, prowadził tajną jeszywę. Był to młody mężczyzna po trzydziestce. Urodził się w miasteczku Rozodół[10]. Był chasydem bełzkim i studiował Torę, w tym „ukrytą Torę”[11], głównie w tarnowskich betmidraszach.

Kilka lat przed najazdem nazistów reb Izrael Lejb otworzył w Dębicy jesziwę[12] i jesziwa ta funkcjonowała, aż do wybuchu wojny. Po wkroczeniu nazistów do miasta dawni uczniowie reb Izraela Lejba zrezygnowali z nauki, więc zgromadził wokół siebie nową grupę młodych ludzi w wieku od 14 do 16 lat – głównie dzieci świeckich kamieniczników. Nauka odbywała się na strychu u Józefa Rosza w pobliżu domu rabina. Funkcjonowanie tej jesziwy w warunkach, jakie panowały w owym czasie, można uznać za faktyczne uświęcenie Imienia[13].

Jesziwa działała w ten sposób od wiosny 1940 r. do jesieni 1941 r., to znaczy do momentu, gdy zaczęły się łapanki do obozu w Pustkowie. Początkowo do Pustkowa wywieziono nawet samego reb Izraela Lejba, lecz niedługo potem zwolniono go za łapówkę.

Nauka zaczynała się codziennie o 8:30 rano od studiowania Gemary[14], talmudycznego Traktatu Szabat wraz z komentarzami Tosafot[15], komentarzami Rambama (Majmonidesa)[16] oraz Raszby[17]. W południe oraz w godzinach popołudniowych uczniowie powtarzali sobie poranny wykład. Wieczorami zaś w pojedynkę lub w grupach uczyli się przedmiotów ogólnych. Niektórzy z nich przygotowywali się do egzaminów wstępnych na studia. Rabin nie dostrzegał niczego złego w równoczesnym studiowaniu pism świętych i przedmiotów świeckich, gdyż sam odebrał świeckie wykształcenie i – jak mówiono – był ekspertem w dziedzinie literatury światowej. Miał gruntowne rozeznanie w sprawach ziemskich.

Reb Izrael Lejb podawał swoim uczniom nie tylko praktyczne wskazówki na temat żydowskiego prawa (halachy), lecz również tłumaczył im zagadnienia homiletyczne (agady talmudyczne) oraz wykładał, jak dążyć do poprawienia swojego charakteru (musar[18]). Dotykał również kwestii mistycznych. Pewnego razu, po napaści Hitlera na Rosję, grupa uczniów wraz z kolegami przyszła do reb Izraela Lejba z prośbą o opinię na temat zwycięstw, jakie odnosili hitlerowcy na wschodnim froncie – rozgłaszanych wszem i wobec na ulicach miasta. Wiadomości te napawały serca Żydów, szczególnie młodzieży żydowskiej, trwogą, gdyż wszyscy spodziewali się, że wojna Niemiec ze Związkiem Sowieckim zakończy się rychłą klęską nazistów. Reb Izrael Lejb wyjaśnił to tak: „Z praktycznego punktu widzenia zwycięstwa te są niczym innym jak tylko błahymi epizodami. Na poziomie mistycznym i religijnym jawią się bowiem jako zwiastuny wyzwolenia.” Zebrana młodzież zakończyła debatę pełna otuchy i nadziei. Ich mistrz był bowiem zawsze przepełniony radością i wiarą.

W czasie święta Pesach w 1942 r. Judenrat wysłał reb Izraela Lejba wraz z rodziną do Radomyśla Wielkiego. Za nim ruszyły dziesiątki innych rodzin. Celem tej przeprowadzki było – by tak rzec – zmniejszenie tłoku panującego w dębickim getcie. Jednakże już 5. dnia miesiąca Aw (19 lipca) reb Izrael Lejb powrócił do dębickiego getta wraz ze wszystkimi Żydami z Radomyśla. W czasie pierwszej „akcji wysiedleńczej” został wysłany wraz z grupą 200 dębickich Żydów do obozu karnego SS w Pustkowie, gdzie zmarł.

Wśród jego uczniów znajdowali się: dwaj synowie reb Jechezkiela Shocheta, syn piekarza Arona Jaakowa (cała trójka mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych), Cwi Lisza, Menachem Ofan[19] (mieszkający w Izraelu), Icchak Salomon, dwaj synowie Józefa Rotha i Icchak Epstein (wszyscy zostali pomordowani w Dębicy) oraz wielu innych.

Latem 1940 r. do Dębicy przybył uciekinier z Krakowa – reb Mosze Schmid. Miał około sześćdziesiąt lat i był jednym z największych znawców Tory w swoim mieście: należał do grona uczonych, którzy mieli licencję na egzaminowanie uczniów zdających na studia do Jesziwy Mędrców Lublina. Osiadłszy w Dębicy, dawał miejscowym uczniom cotygodniowe wykłady z dydaktyki talmudycznej (pilpul[20]) na tematy, które poznawali w kolejnych tygodniach. Wykładał do zimy 1941 r. Został wysiedlony do Radomyśla Wielkiego, lecz już nie wrócił do Dębicy. Nie chciał. Wyszedł na ulicę ze zwojem Tory i ogłosił, że nie chce wracać. Zastrzelili go naziści. Oddał swoją czystą duszę B-u, odmawiając Szema[21], owej niedzieli piątego Aw.

9

Trudno opisać trwogę, jaka zapanowała pośród tych, którzy pozostali w getcie. Ostatni sygnał – kartkę pocztową ze stemplem urzędu pocztowego w Przemyślu – otrzymano od jednego z zesłańców, Naftalego Eisena. Nie wiadomo, w jaki sposób kartka ta doszła na pocztę w Dębicy, gdyż już od dłuższego czasu do getta nie docierała żadna korespondencja.

W dzień lub dwa po akcji osoby, którym udało się ukryć i nie zostały znalezione, zaczęły przedzierać się z powrotem do getta. Czynili to pod osłoną nocy lub wchodząc w grupie Żydów wracających z pracy.

Tymczasem Niemcy wydali rozporządzenie grożące Polakom rozstrzelaniem w wypadku stwierdzenia, że ukrywają Żydów lub udzielają im jakiejkolwiek pomocy.

Wznowiono negocjacje z naczelnymi władzami niemieckimi po to, aby wyrobić potrzebne dokumenty i pozwolenia dla powracających osób. Negocjatorami ze strony Judenratu byli – Anszel Taub oraz Immerglick (ten ostatni pochodził z Radomyśla Małego i był zięciem rze¼nika Mordechaja Goldfarba). Dokumenty ostatecznie zdobyto za pieniądze – pomimo ostrzeżeń Gestapo, że osoby schwytane bez dokumentów zostaną rozstrzelane. Józef Taub zwykł był w takich razach mówić: „To tylko pieniądze! To tylko pieniądze!” Proceder wyrabiania dokumentów za łapówki nie był rzecz jasna ewidencjonowany w aktach, gdyż w innym razie Niemcy mieliby dokładne dane na temat liczby przebywających w getcie Żydów.

Ludzie, którzy pozostali w getcie – w przeważającej mierze mężczy¼ni, lecz również pewna grupa kobiet – zatrudnieni byli przy robotach kolejowych oraz przy różnych tajnych pracach aż do do 7. lub 8. dnia miesiąca Tewet 5703 roku (15-16 grudnia 1943 r.). Kilkoro pracowało w powszechnie znanych miejscach. Życie w getcie poddane było reżimowi dnia pracy: rano grupy robocze opuszczały teren getta i po dziesięciogodzinnej dniówce – wracały.

Dębickie getto zwano obozem pracy (Arbeitslager). Teren ogrodzony drutem kolczastym znacznie się skurczył, gdyż oficjalnie pozostało w getcie jedynie około 600 osób. Za drutami była również pewna grupa ludzi, którzy przebywali w getcie nielegalnie. Ich liczba wzrastała w miarę napływu tych, którzy nie mogli się dłużej ukrywać poza gettem.

Warto w tym miejscu nadmienić, iż w okresie pomiędzy pierwszą a drugą „akcją wysiedleńczą” nie zanotowano doniesień na ukrywająych się Żydów.

W owym czasie Gestapo przekazało Judenratowi mieleckiego Żyda nazwiskiem Kaplan, którego zadaniem miało być szycie butów dla gestapowców.

Żadna z osób wysłanych na wschód nie dawała znaku życia i zaczęły krążyć pogłoski o obozie śmierci w Bełżcu. Ci, którzy pozostali w dębickim getcie, zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że ich własny koniec jest już blisko. Panowało straszne przeświadczenie, że nie przeżyje nikt.

Ludzie w getcie otrzymywali od Niemców bardzo małe racje żywnościowe. Dlatego jedzenie przeszmuglowywały osoby powracające z robót, jak również goje, którzy w zamian za przedmioty osobistego użytku, ubrania itp. prowadzili swoistą aprowizację.

7. lub 8. dnia miesiąca Tewet 5703 roku, czyli w przeddzień drugiej „akcji wysiedleńczej”, stało się jasne, że Niemcy przygotowywują ostateczną likwidację całego getta. Tym razem śmierć zajrzała do oczu i członkom Judenratu, którzy zaczęli szukać sposobów ratunku dla siebie i swoich rodzin.

10

Owej ostatniej nocy przed akcją, o godzinie 22:00, Muniek Schuss, jeden z dowódców żydowskiej „Służby Porządkowej”, przyszedł do Rubena Siedliskera i powiedział mu, że poinformuje go o likwidacji getta (która – nota bene – miała się odbyć nazajutrz), jeśli ten zgodzi się, aby kilka rodzin członków Judenratu weszło do kryjówki, jaką przygotował dla siebie i swojej rodziny w stodole architekta Krawczyka w Gawrzyłowej. Po uzgodnieniach ze swoim starszym bratem Abrahamem, Ruben zgodził się na zaproponowane warunki i sprowadził do siebie Josele (Józefa) Tauba – prezesa Judenratu, który mieszkał dotąd w domu Hirsza Liszy na tyłach jednej z pierzei rynku.

W owym czasie Anszel Taub poinformał wszystkich członków rodzin Taub, Schuldenfrei i Schuss, że z powiadomienia, jakie otrzymał od naczelnika urzędu pracy (Arbeitsamtu), wynika, iż nazajutrz w getcie pozostaną jedynie osoby zatrudnione przy robotach kolejowych oraz przy innych pracach, jakie okażą się konieczne w obozie pracy przymusowej, który zostanie utworzony na miejscu dotychczasowego obozu pracy w getcie. Szefem nowego obozu będzie Immerglick, a jego pomocnikami – Witkower, zatrudniony jako sekretarz oraz Kaplan na stanowisku doradcy.

Ruben Siedlisker znajdował się pod nadzorem Muńka Schussa, który dopiero po usilnych naleganiach pozwolił Rubenowi pójść do przyjaciół i poinformować ich o tym, kto zostanie w getcie, a kto powinien uciekać. Osoby, które usłyszały te nowiny, i które miały szansę znale¼ć kryjówkę, uciekły z getta jeszcze tej samej nocy.

Tym razem akcja była bardzo krótka. Getto zostało otoczone przez ukraińską „Służbę Specjalną” (Sonder Dienst), której zadaniem było wykonanie „czarnej roboty”. Ponownie zebrano wszystkich Żydów tak, jak w czasie pierwszej akcji. Osoby wskazane przez Immerglicka (zarozumiałego, nieodpowiedzialnego, bez przerwy obracającego ozorem i pozbawionego uczuć rodzinnych osobnika) i jego pomocników jako siła robocza, niezbędna przy robotach kolejowych i innych koniecznych pracach, otrzymywały nowe zaświadczenia i wracały na miejsce zbiórki – tym razem jednak bez rodzin. Resztę odprowadzono na dolny plac w pobliżu mokradła i stamtąd załadowano na podstawione wagony. Ludzi ci zostali wysłani do Bełżca.

11

Będąc nowym szefem obozu pracy przymusowej, Immerglick odznaczał się okrucieństwem: stosował gro¼by i zastraszał tych, którzy pozostali. W poszukiwaniu ukrywających się Żydów brali udział nie tylko Niemcy i ich ukraińscy pomocnicy, lecz również członkowie żydowskiej „Służby Porządkowej”, którzy powyciągali z kryjówek w barakach mnóstwo swoich pobratymców. Znalezionych zabierano na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwano.

Pod koniec akcji Żydzi, którzy nie mogli już dłużej ukrywać się w swoich kryjówkach, jak również ci, którym udało się wyskoczyć z pociągów, powrócili do getta. Kilka osób wróciło nawet z £ańcuta. Powracali nocą, idąc wzdłuż dróg lub torów. Immerglick poinformował ich, że będą musieli opuścić teren getta-obozu, gdyż w innym wypadku wyda ich Gestapo. Zostało już tylko jedno miejsce ucieczki – getto w Bochni, które jeszcze funkcjonowało i gdzie – jak mówiły pogłoski – dawało się jeszcze jakoś przeżyć.

Naziści powtarzali pochodzącą z wiarygodnego ¼ródła informację, że odtąd miało zostać jedynie pięć gett: w Krakowie, Tarnowie, Bochni, Przemyślu i Rzeszowie. Najwyra¼niej próbowali zebrać Żydów w kilku wybranych miejscach. Żydzi dębiccy uciekali – początkowo głównie do Bochni – pociągiem, pieszo lub wszelkimi innymi sposobami z pomocą gojów, którzy otrzymywali za to wynagrodzenie.

Gestapo, przy pomocy Immerglicka i jego pomocników, którzy wcześniej byli członkami „Służby Porządkowej”, zaprowadzili grupę nielegalnie przebywających w obozie Żydów – około 52. osoby w podeszłym wieku, ludzi chorych oraz dzieci – do Talmud-Tory, stwarzając wrażenie, że urządzono tam dla nich szpital. Jednakże jeszcze tej samej nocy w budynku pojawili się Immerglick wraz ze „Służbą Porządkową” oraz Garbler i wymordowali całą grupę – jednego po drugim. Członkowie żydowskiej policji trzymali ofiary za ramiona, a Garbler strzelał. Dwa tygodnie pó¼niej jeden z owych żydowskich pomocników został bez powodu zastrzelony właśnie przez Garblera, stojąc na straży przy bramie wejściowej do obozu.

12

Ludzie, którzy uciekli do bocheńskiego getta podzielili tragiczny los bocheńskich Żydów: większość została zesłana do obozu Auschwitz i tam zginęła na początku września 1943 r. Niektórych wysłano do obozu pracy w Szebniach koło Jasła, skąd kilku dębiczanom udało się wrócić na ochotnika do obozu w Pustkowie. Większość wię¼niów obozu w Szebniach – czyli niedobitków Żydów galicyjskich pochodzących z Tarnowa, Rzeszowa, Bochni i Przemyśla – wywieziono do Auschwitz w dniu 29 listopada 1943 r. Przeszli przez selekcję i pewna ich grupa trafiła do różnych obozów pracy znajdujących się w regionie, a stamtąd – dalej, do innych obozów. Obóz pracy przymusowej w Dębicy istniał prawie do Pesach 5704 roku (czyli do początku kwietnia 1944 r.), a został zlikwidowany w wigilię święta. Żydowscy robotnicy zostali przeniesieni do obozu na ulicy Jerozolimskiej[22] w Krakowie. Żydowskie służby obozowe zostały na miejscu wraz z najbliższymi rodzinami jeszcze przez dwa tygodnie. Potem przewieziono ich do obozu przy zakładach lotniczych w Mielcu, a kilka dni pó¼niej – zapewne za namową Garblera – Gestapo wyprowadziło ich z obozu i rozstrzelało.

Polska policja kolejowa (Bahnpolizei), w skład której wchodzili młodzi chłopcy z Dębicy i okolicznych wsi, odegrała w tej zbrodni kluczową rolę. Jej członkowie również wcześniej strzelali do wszystkich osób znalezionych w pociągach lub w pobliżu torów, w których rozpoznali Żydów.

Po likwidacji obozu w Dębicy polska policja zaczęła prowadzić poszukiwania ukrywających się Żydów i rozstrzeliwała każdą wyciągniętą z kryjówki osobę. Wśród zabitych znalazły się całe rodziny Schussów oraz Taubów, które ukrywały się w lasach niedaleko Wielopola i Stasiówki. To właśnie polska policja prowadziła większość akcji poszukiwawczych ukrywających się Żydów. A jednak kilkoro osób przeżyło, w tym rodzina Faustów i Jechezkiel Shochet.

13

[23] W czasie „akcji wysiedleńczej” naziści zgromadzili na wyznaczonym placu około 5000 Żydów pochodzących z Dębicy, Pilzna, Baranowa, Tarnobrzega-Dzikowa oraz Radomyśla Wielkiego i Małego. Ustawiono ich w 50. dziesięciorzędowych grupach, po dziesięć osób w rzędzie, w tym kobiety i dzieci.

Przed wprowadzeniem grup do wagonów – jedna grupa w każdym wagonie – wydzielono spośród nich: około 150 głównie młodych osób, które odesłano do pracy w zakładach lotniczych w Rzeszowie, około 200 osób, które wysłano do obozu karnego SS w Pustkowie oraz grupę 40 młodych osób, które wysłano w niewiadome miejsce w pobliżu Dębicy. Resztę załadowano na wagony i wywieziono na wschód, najpewniej do obozu śmierci w Bełżcu.

W stupięćdziesięcioosobowej grupie wywiezionej do Rzeszowa znajdowało się 40. dębiczan. Grupa ta stanowiła trzon obozu przy Flugzeugfabrik Reichschauf („Reichschauf” to niemieckie określenie Rzeszowa). Dowódcą obozu był niejaki Alfred, dębiczanin, który osiadł w Niemczech, lecz wrócił do Polski przez Zbąszyń[24]. Asystowali mu Walter – również z Dębicy oraz Jurek – uciekinier z £odzi, który mieszkał w Dębicy w czasie wojny. Traktowali swoich pobratymców bardzo ¼le i zamordowali wielu w obozie.

Obóz ten istniał aż do momentu, gdy w czerwcu 1944 r. do Rzeszowa podeszli Rosjanie. Więziono w nim 500 osób, które tworzyły wysoko wykwalifikowaną kadrę tokarzy, wyrabiającą wysokie (bo sięgające 120%) normy. Właścicielem przedsiębiorstwa była niemiecka firma Heinkel.

W ostatniej chwili przed przeniesieniem obozu na wschód, żydowska Sonder Dienst udaremniła próbę ucieczki większej grupy wię¼niów. Jednakże siedemnastu osobom udało się zbiec.

Do czasu przeniesienia obozu spośród czterdziestu dębickich wię¼niów przeżyli prawie wszyscy. I ci przeżyli też przeniesienie do kolejnych obozów, nadal wykonując prace tokarskie dla firmy Heinkel. Rozmieszczono ich w trzynastu różnych obozach: w Płaszowie, Wieliczce (w fabryce samolotów), Flossenbergu (w Bawarii), Kolmar (we Francji), w tunelu oranienburskim, w Raunesweig (jednym z przedsiębiorstw Hermana Goeringa), w Neugamma w pobliżu Hamburga (w obozie głównym), Bremen oraz w Bergen-Belsen. Ten ostatni obóz wyzwolono 15 kwietnia 1945 r., jednak brytyjscy żołnierze zajęli się wię¼niami dopiero nazajutrz. Anglicy pojawili się w obozie w poniedziałek wieczór i rozdali wię¼niom po ćwiartce chleba oraz po puszce smalcu. Wię¼niowie nie jedli niczego przez wiele dni, więc po zjedzeniu chleba zachorowali na czerwonkę. Zmarły tysiące. Chorych zostawiono w barakach razem ze zmarłymi bez jakiejkolwiek pomocy. Dopiero blok 12. (tj. blok żydowski) wysłał delegację do rabina wojska brytyjskiego, która opisała mu istniejącą sytuację. Rabin wysłał z pomocą kilka sanitariuszek i sytuacja uległa poprawie. Wię¼niowie pozostawali w obozie jeszcze przez dwa tygodnie, zanim zostali stamtąd zabrani. 

Przetłumaczył z języka angielskiego, opracował i opatrzył przypisami:

Ireneusz Socha © 2005


Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z przekładu hebrajskiego oryginału na język angielski 
(The Murder of the Jews of Dembitz, tłum. i oprac. Jerrold Landau, Page141).
[Sefer Dembic, ss. 141-147, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964].


  1. Włodzimierz Bonusiak nie wspomina o ostrzale lotniczym Dębicy 1 września. Potwierdza jednak, że pierwsze bombardowanie miasta miało miejsce 2 września 1939 r. ok. 18:00 („Podczas wojny obronnej i okupacji niemieckiej” w: „Dębica. Zarys dziejów miasta i regionu” [red. J. Buszko, F. Kiryk], Kraków 1995). (przyp. tłum.)  Return
  2. Prawdopodobnie chodzi o Arona Beera. (przyp. tłum.) Return
  3. Prawdopodobnie chodzi o Wólkę Dulecką koło Radomyśla Wlk. (przyp. tłum.) Return
  4. Alfons Oswald. (przyp. tłum.) Return
  5. Ernst Faulhaber. (przyp. tłum.) Return
  6. Ernst Kops. (przyp. tłum.) Return
  7. Talmud-Tora (hebr. „nauka Tory”) – nazwa religijnej szkoły elementarnej przeznaczonej dla dzieci najuboższych rodziców oraz dla sierot, których nie było stać na opłacenie nauki u prywatnych nauczycieli. (Polski słownik judaistyczny, Warszawa 2003) Return
  8. Dzisiejsza ulica Żuławskiego. (przyp. tłum.) Return
  9. Fraza o przechodzeniu owieczek jest zapożyczeniem z „Unesane tokew” („Opiewajmy świętą moc tego dnia, albowiem budzi grozę i przejmuje strachem”), modlitwy zmawianej w święta Rosz Haszana oraz Jom Kipur, gdzie jest mowa o tym, że w Rosz Haszana i w Jom Kipur wszyscy ludzie przechodzą przed B-m niczym owce przed swoim pasterzem, który liczy swoje stado. (Jerrold Landau) Return
  10. Rozdół koło Żydaczowa na Ukrainie. (przyp. tłum.) Return
  11. Eufemistyczne określenie kabały i ksiąg należących do kanonu judaistycznego mistycyzmu. (Jerrold Landau) Return
  12. jesziwa (hebr. „posiedzenie”) – wyższa szkoła talmudyczna dla nieżonatych studentów. Umożliwiała chłopcom w wieku 13-14 lat, kontynuację nauki po ukończeniu chederu. Po ukończeniu jesziwy niektórzy otrzymywali smichę (pozwolenie na nauczanie i orzekanie w kwestiach prawa i rytuału żydowskiego – wydawane uczniowi przez mistrza), która uprawniała do objęcia stanowiska rabina. (Wikipedia.pl) Return
  13. kidusz ha-Szem – męczeństwo za wiarę. (przyp. tłum.) Return
  14. Gemara (od hebr. gamar „kończyć”) – zbiór komentarzy uzupełniających do Miszny (zbioru nauk prawnych judaizmu). Jest dziełem uczonych, zwanych amoraitami i wraz z Miszną tworzy Talmud. (Forum Żydów Polskich) Return
  15. Tosafot (hebr. „dodatki”) - jeden z głównych komentarzy talmudycznych, skompilowany z pism różnych interpretatorów, w tym potomków Rasziego. (Jerrold Landau) Return
  16. Rambam – Rabbi Mosze ben Majmon vel Emron Musa ben Majmin (1135-1204), hiszpański talmudysta, filozof, matematyk, lekarz, astronom – jeden z najwybitniejszych uczonych żydowskich średniowiecza. (przyp. tłum.) Return
  17. Raszba – Rabbi Szlomo ben Aderet (1235-1310), hiszpański rabin-talmudysta, autor tysięcy komentarzy talmudycznych. (przyp. tłum.) Return
  18. musar (hebr. „kara”) – judaistyczny system etyczny oparty na samokształceniu i samodoskonaleniu, skodyfikowany w XIX w. w środowisku ortodoksyjnym na Litwie. System zakłada wykonywanie specjalnych ćwiczeń kontemplacyjnych, które mają pomóc człowiekowi samodzielnie zidentyfikować, a następnie pokonać wszelkie bariery utrudniające dostęp do świętości w życiu duchowym. (przyp. tłum.) Return
  19. Na stronie JewishGen również „Menachem Ofer”. Chodzi o Menachema Ofena. (przyp. tłum.) Return
  20. pilpul (hebr. „pieprz”) – klasyczna talmudyczna metoda rozumowania i argumentacji oparta na poszukiwaniu subtelnych rozróżnień. (przyp. tłum.) Return
  21. Szema (hebr. „słuchaj”) – żydowskie wyznanie wiary, jedna z dwóch, obok „Szmone Esre” („Osiemnastu Błogosławieństw”), najważniejszych modlitw judaizmu: „Słuchaj, Izraelu, Haszem jest naszym B-m, Haszem B-g jest Jeden”. Czytana jest dwa razy dziennie - podczas porannej modlitwy Szachrit oraz wieczornej Maariw. Na Szema składają się trzy teksty pochodzące z Tory: Pwt 6:4-9, Pwt 11:13-21 oraz Lb 15:37-41. (Pardes Lauder) Return
  22. Obóz w Płaszowie. (przyp. tłum.) Return
  23. Autorem tego rozdziału jest Menachem Ofen. (Jerrold Landau) Return
  24. U schyłku lat 1930. polscy Żydzi mieszkający w Niemczech zostali wypędzeni do Polski przez punkt graniczny w Zbąszyniu. (Jerrold Landau) Return
  25. Niemożliwe. Koło bursy był dom Ewy Ketz z d. Beer, który stoi do dzisiaj. (Jacek Dymitrowski) Return
  26. We wrześniu 1939 r. miasto bombardowano dwa razy tego samego dnia, głównie okolicę dworca PKP. (Jacek Dymitrowski) Return
  27. Komendantem miasta był Adam Lazarowicz. (Jacek Dymitrowski) Return
  28. Wg słów jego syna, Meira Goldmana, Abraham Goldman miał uciec z miasta dopiero po 2-3 miesiącach. (Jacek Dymitrowski) Return
  29. Lignoza była zakładem produkującym materiały wybuchowe. (Jacek Dymitrowski) Return
  30. Pochodził z rejonu Rudy Śląskiej. (Jacek Dymitrowski) Return


[Tekst hebrajski – ss. 170-172; tekst jidysz – ss. 156-159]

Wyskoczyłam z pociągu do Bełżca

by Bronia Oling-Burg

Translated by Ireneusz Socha

W szabatowy wieczór 13 listopada po getcie rozeszły się złowróżbne wieści, że za dwa dni, w niedzielę 15 grudnia[1], wygnają nas z getta. Obydwaj moi bracia mieli dobrą pracę i byli pewni, że pozostaną w getcie. Ja pracowałam w szpitalu. Ojca przetrzymywaliśmy w kryjówce.

Mieliśmy taki przyjemny szabat!

Gdy szabat zbliżał się do końca, polska i niemiecka policja okrążyła getto. O świcie, kiedy wychodziłam do szpitala do pracy, moi bracia pocieszali mnie, że zostaną ze mną w getcie.

Nagle powstała straszna wrzawa. Ludzie rozbiegli się we wszystkie strony jak szaleni: szef gestapo wyszedł przed tłum i odczytywał listę 540 ludzi, którzy pracowali na kolei – tylko oni mieli zostać. Tylko oni zasłużyli na to, aby pozostać przy życiu. Reszta Żydów miała zostać zgładzona.

Wkrótce potem gestapowscy złodzieje zakradli się do szpitala z następującym rozkazem: wszyscy – bez względu na stan zdrowia – mają opuścić szpital. Jak gorzko brzmiały te słowa w moich uszach! Zdałam sobie sprawę, że ja także muszę iść na śmierć. Że już nie zobaczę ojca ani braci.

Chorzy na tyfus, z gorączką ponad 40 stopni, zostali zabrani ze szpitala. Na dworze panował okrutny mróz, a chorzy ludzie, odziani jedynie w koszule, byli przygotowywani do wysyłki. My, zdrowa młodzież, pod gradem gróźb i razów, szczuci psami, zostaliśmy przegnani na plac, skąd miał być odprawiony transport. Do wysyłki przygotowywano tysiące ludzi z różnych miast i miasteczek!

Stałam i patrzyłam, mając nadzieję, że – broń Boże! – nie zobaczę, jak prowadzą mojego ojca i dwóch braci. Szliśmy na dworzec kolejowy piątkami. Rozkaz „na lewo! na lewo!” powtarzał się bez przerwy. I tak szliśmy, jak baranki , aby umrzeć w piecach Bełżca.

Do każdego wagonu wchodziło stu ludzi. Przyszła na mnie kolej wejść do pociągu śmierci. Nie było żadnego sposobu, aby z niego uciec. Było jasne, że wysyłano nas na śmierć.

Wypełniono sześćdziesiąt wagonów, sześćdziesiąt wagonów kolejowych do Bełżca. Starzy i młodzi, mężczyźni, kobiety i dzieci. Przypadł nam w udziale los wszystkich Żydów – jechaliśmy po to, by zginąć.

Transporty stawały obok maszyny produkującej trujące gazy[2], a Żydów zamykano w komorze gazowej, gdzie wili się w męczarniach, aż nie zadusili się na śmierć.

Pociąg ruszył dopiero o 20:00. Wielu sądziło, że zdoła się uratować, że nie trafi tam, dokąd ich wieziono. Noc była ciemna, do wnętrza wagonów wpadało tylko słabe światło latarek esesmanów strzegących transportu.

Ludzi poupychano w wagonach niczym worki. To była długa, mordercza podróż: jechaliśmy w strasznym tłoku, na stojąco. Śmierć zaglądała nam w oczy.

Kto miał tak umrzeć? Kto miał skonać, nie wytrzymawszy mąk tej podróży? I co to da, że komuś uda się znieść tę podróż?

Dokąd nas wieźli? Jechaliśmy niczym baranki na rzeź, ofiary przeznaczone na całopalenie w krematoriach.

A jednak każda dodatkowa chwila życia była dla nas cennym darem. Kto wie, może niektórzy zostaną ocaleni?

Nie było ławek, nie było gdzie spocząć. Ludzie siadali tam, gdzie stali.

Te dzikie bestie wymierzały nam razy za najcichszy szmer, nie można było nawet jęknąć. Ludzie płakali więc w duchu, zagryzając wargi i przełykając łzy. Niektórzy jedynie machali bezradnie rękami, bili głowami w ścianę lub darli włosy z głów. Bezgłośnie wzywali Pana Wszechświata, wołali matkę i ojca w świecie prawdy[3].

Kiedy zorientowaliśmy się, że ruszamy, wybuchnęliśmy jeszcze większym płaczem. Płakaliśmy dotąd, aż zabrakło nam łez: ciężkie westchnienia wydobywały się z udręczonych serc. Wielu jechało w milczeniu, bo na nic już nie mieli siły. W ciemności nocy nikt nie widział tych, którzy zasłabli: kiedy usta zamilkły, oczy robiły się szklane, a serca przestawały bić.

W wagonie było dużo dzieci, których nie odłączono od matek.

Nagle usłyszano głos starego Żyda. Był to Fajwel Wilner. „Żydzi, odmówmy Psalmy! Wyznajmy wiarę, musimy być przygotowani…”

Kobiety zaniosły się głośnym płaczem, a wśród mężczyzn nastąpiło poruszenie. Józef Taub krzyknął, że może usunąć deskę w podłodze i umożliwić wyjście z wagonu, dzięki czemu ludzie będą mogli ocalić życie. Ci, którzy chcą i czują się na siłach, aby wyskoczyć z pędzącego pociągu… Ale czego mógł dokonać przy pomocy kieszonkowego nożyka? Jednak nie spoczął ani na chwilę: „Żydzi – zawołał – może będzie nam dane dożyć końca wojny! To potrwa nie więcej niż kilka tygodni. Musimy się ratować. Musimy znaleźć sposób, aby wyskoczyć.”

Niedaleko mnie siedziała jego żona z dwojgiem cudnych dzieci. Dziewczynka płakała, bo coś ją bolało.

Matka pocieszała córkę, gładziła jej piękne włosy i mówiła: „Już niedługo. Przyjedziemy do cioci i dostaniesz śliczne zabawki.” W wagonie rozległ się jęk rozpaczy.

W słowach zrozpaczonej matki my słyszeliśmy jednak inny, bardzo cichy głos: „Kiedy już przyjedziemy do tego strasznego miejsca, podam dzieciom truciznę, którą mam przy sobie. Wiem, że matka nie powinna tego robić. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: dokąd my jedziemy? Jedziemy do Bełżca”. Nagle, z głębi złamanego serca wydobył się krzyk: „B-e, dlaczego dałeś mi dzieci? Żebym je zabiła? Więc teraz podam im truciznę, żeby miały lżejszą śmierć”.

Jej mąż jęknął cicho: „Kochana, wszyscy musimy przyznać się przed samymi sobą, że jesteśmy już starzy. Nasze życie na tym pięknym świecie dobiega końca i nie zostaje nam nic prócz śmierci”.

Inni mężczyźni podnieśli głos: „Gdybyśmy tylko mogli umrzeć tak po prostu i nie musieć zginąć taką straszną śmiercią, jaka nas czeka!”

Wszyscy cierpieliśmy straszne pragnienie. Dzieci błagały matki: „Mamo, daj mi wody, bo pali mnie w gardle!”

Przed załadunkiem Niemcy wysypali podłogi wagonów pyłem cementowym. To właśnie on teraz dławił ludzi i stawał im w gardle. Wszyscy oddaliby wszystko za łyk wody.

Słysząc te wrzaski, esesmani wrzucili do wagonu butelkę wody – jedną na stu ludzi. Dalibyśmy za nią srebro i złoto, ale nie wszystkim było dane zaczerpnąć z niej wody. Ludzie wyrywali ją sobie z rąk. Ludzie? To już nie byli ludzie. Ich życie nie miało już sensu. Kłócili i bili się o nią – żeby tylko zaspokoić pragnienie.

Usłyszeli to esesmani, którzy zaproponowali, że jeśli oddamy im wszystko, co jeszcze nam zostało, to uchylą zasuwę wagonu na pięć sekund i wtedy każdy, kto tylko może, będzie mógł wyskoczyć, i dzięki temu na pewno uda mu się przeżyć.

Wszyscy pokornie oddali to, co mieli. Esesmani zabrali wszystko i przestali zaglądać przez okienko do wnętrza wagonu. Oszukali i zadrwili z nas.

Mężczyźni knuli dalej, jak po tym wszystkim ratować się od śmierci. Józef Taub wstał, podszedł do zadrutowanego okienka i ponownie zaczął robić użytek ze swojej małej „broni”, czyli scyzoryka. Usiłował nim przepiłować metalowe druty. Nagle krzyknął: „Przeciąłem! Teraz możecie się ratować!” Gdzieś z boku dał się słyszeć głos starego Żyda, który zaczął się żalić takimi słowy: „Dla mnie nie ma już ratunku. Jestem za stary. Jestem chory i słaby. Gdybym wyskoczył, to już bym się nie podniósł, czyli odebrałbym sobie życie własnymi rękami. Wolę już raczej umrzeć śmiercią, jaką przeznaczył dla mnie Pan Wszechświata. Jeśli ma to być śmierć w ogniu, niechaj tak się stanie…”

Ciągnął dalej: „Ja już nie wiem, co jest właściwe, a co nie jest właściwe. Ale powiem wam, że kto czuje się na siłach, by skoczyć, powinien skoczyć i ratować się. Kto pragnie wyskoczyć, powinien koniecznie to zrobić. Obyście tylko nie pokiereszowali się zbytnio i nie wpadli w ręce Niemców. Oby było wam dane ujrzeć wybawienie”.

Starsi mężczyźni skoczyli do okienka, aby sprawdzić, czy nie widać esesmańskich strażników. Dodawali sobie otuchy. Mendele Siedlisker miał skoczyć pierwszy. Chorował na tyfus i miał 40 stopni gorączki. Gdy skoczył, nie było słychać żadnych strzałów. Prosiliśmy B-a, żeby udało mu się w pokoju wrócić do getta.

Stałam obok Fajwela Wilnera, mojego krewnego. „Brachale[4] – powiedział – dlaczego nie jedziesz razem z twoimi braćmi? Oni też są w tym transporcie – w pierwszym wagonie”.

Nie mogłam go słuchać. Byłam pewna, że zostali w getcie. Oblał mnie zimny pot. Nie miałam siły się odezwać.

Z wielkim rozmachem wyrwałam się ku małemu okienku, żeby wyskoczyć. Chciałam zginąć pod kołami pociągu, żeby nie widzieć gorzkiego końca moich braci w Bełżcu. Przede mną wyskoczyło kilku mężczyzn. Chciałam zrobić to samo i być razem z nimi. Jednak odepchnięto mnie na bok. Nie pozwolono mi skoczyć. Jednakże moja silna wola ostatecznie przemogła ich opór, choć oni nie chcieli mnie brać na swoje sumienie.

W końcu dopchałam się do okienka. Józef Taub sprawdził, czy nie widać niemieckiego strażnika i rzucił szybko: „Teraz możesz skakać”.

Serce waliło mi jak młotem. Mój kawałek chleba oddałam innej osobie i przygotowałam się do skoku. Byłam pierwsza w kolejce.

Pociąg jechał zbyt szybko, ale młodzi chłopcy pomogli mi wyskoczyć. Zniknęłam. Upadłam na pięknie ośnieżone na biało tory. Jak było do przewidzenia, zraniłam się. Bolał mnie prawy bok. Dobrze słyszałam, jak wrzeszczą za mną, że wyskoczyłam. To było dziewięćdziesiąt kilometrów za Dębicą.

Pragnęłam zginąć pod kołami pociągu, ale B-g chciał, że przeżyłam.

Pociąg niespiesznie pojechał dalej. Było bardzo ciemno. Czwarta nad ranem.

Patrzyłam na oddalające się wagony, które wiozły ludzi mi bliskich i nieznanych na śmierć, i zdałam sobie sprawę, że nie mogę im pomóc w żaden sposób. Pociąg zniknął. Zawróciłam, bo chciałam wracać do Dębicy, do getta. Kierując się światłem semaforów, dotarłam na stację kolejową w Łańcucie. Ukryłam się w tłumie Niemców i wyszłam poza miasto. Różne myśli chodziły mi po głowie. Na przykład taka: czy wszyscy, którzy mnie zobaczą, nie domyślą się, że wyskoczyłam z transportu.

O szóstej rano dotarłam do domu zamieszkałego przez katolicką rodzinę Tracańskich. Otworzyłam drzwi, poprosiłam o trochę wody i spytałam, która godzina. Kobieta odrzekła, że domyśla się, iż jestem Żydówką. Zaprosiła mnie do swojego pokoju i powiedziała, że już przechowywała kilkoro Żydów. Mówiła, że nie powinnam – B-e broń – się bać, że mogę spokojnie wejść. Ta katoliczka oddała mi pokój i mówiła do mnie jak matka. Zaraz podała mi śniadanie i przygotowała mnie na dalszą drogę. Powiedziałam, że oddałabym wszystko za chustkę na głowę, aby jakoś ukryć moje żydowskie oczy, a ona wyciągnęła z komody nową chustkę w zielony wzór i powiedziała: „Zielony – to kolor nadziei. To dobry znak, że uda ci się wrócić do domu”. Życzyła mi powodzenia w podróży i poprosiła, abym kiedyś napisała do niej.

Na dworze było bardzo zimno. Szłam szybko. Wydawało mi się, że śledzą mnie cienie, które dybią na moje życie. Było widać tylko pola i lasy. Wszystko było zasypane śniegiem. Chwiałam się wietrze. W nocy dotarłam do Rzeszowa. Zatrzymałam się niedaleko getta. Jakaś gojka zwróciła się do mnie: „Jesteś Żydówką. Od razu widać. Chcesz wejść do getta? Czy ty wiesz, co się tam teraz dzieje? Szukają Żydów, którzy ukryli się przed deportacją. Zastrzelą każdego, kogo znajdą. Ty możesz być następna. Idź na wieś, zostań tam na noc. Do getta wejdziesz rano”. Nie miałam wyboru, nie tylko chciałam, ale i musiałam zrobić tak, jak mi powiedziała, więc poszłam do pobliskiej wioski.

Zaszłam do jednej z chałup i spytałam katolickiego gospodarza, czy pozwoli mi przenocować. Zażądał moich dokumentów, bo nie było wolno dawać noclegu obcym. Zapukałam do innych chałup i wszędzie dostałam taką samą odpowiedź. Okazało się, że muszę przenocować na dworze. Pobiegłam w stronę zagajnika. Zerwałam gałąź z rosnącego w gęstych zaroślach drzewa i położyłam się w śniegu z gałęzią pod głową. Próbowałam zasnąć i w końcu zmorzył mnie głęboki sen. Spałam spokojnie do rana.

Dniało. Przemarzłam na kość. Chciałam się napić czegoś ciepłego, ale gdzie? Miałam za to dużo śniegu do jedzenia. Nie mogłam kupić nawet kawałka chleba, choć miałam pieniądze. Postanowiłam spróbować trochę zamrożonych okruchów, który mi zostały. Bardzo mi smakowały.

Wybrałam się w dalszą drogę przez pola i lasy. Miałam jeszcze bardzo daleko do domu. Zapadła kolejna noc i znów nie miałam dachu nad głową. Szukałam stodoły lub szopy, gdzie mogłabym przespać noc, ale wszystkie drzwi były zamknięte i zaryglowane.

W końcu natrafiłam na małą komórkę. Ukryłam się w niej. Cichutko wpełzłam pod siano i zaczęłam płakać. Zanosiłam się od płaczu. Za jakież to grzechy spotkał mnie taki los? Czym zawiniłam, że takie udręki spadły na moja głowę? B-e, okaż litość sierocie! Spraw, by mój ojciec jeszcze żył! Przełykając łzy, zapadłam w niespokojny sen i spałam do rana.

Wyszłam z komórki około szóstej rano. Gospodarze byli już na nogach i zaczęli się krzątać w obejściu. Weszłam do izby i poprosiłam o wodę. Nie miałam już siły. Pewnie wyglądałam jak osoba, która postradała zmysły. Zlitowali się nade mną: dali mi trochę mleka i pajdę chleba. Jednak szybko domyślili się, że jestem Żydówką i kazali mi natychmiast odejść.

Zostawiłam ich córce 20 złotych i poprosiłam ją, aby wskazała mi bezpieczną drogę tak, abym mogła trafić do domu. Dzieci idące do szkoły wołały za mną: „Żydowica idzie! Na pewno uciekła z getta!”

Te słowa zmroziły krew w moich żyłach. Wydawało mi się, że nie mam szans dojść do dębickiego getta. Jednak im większe kłody rzucano mi pod nogi, tym większą determinację czułam.

Pod wieczór w środę zobaczyłam, jak gojka z córką kopią rzepę w polu. Poprosiłam, aby zabrała mnie ze sobą i pozwoliła mi przenocować w stodole. Jej córka przejęła się moim losem i nalegała na matkę. Jednak kobieta stwierdziła, że najpierw musi poprosić swojego męża o zgodę. Od razu stwierdził, że jestem Żydówką. Wtedy nie było łatwo być Żydem, o nie. Chłop zażądał ode mnie pieniędzy, a gdy je dostał, zaprowadził mnie na poddasze, gdzie miałam mieć miejsce do spania.

W środku nocy zawołał, abym zeszła na dół. Dał mi trochę ziemniaczanki i kawałek chleba. Zaraz potem szybko wlazłam z powrotem na poddasze.

Zerwali mnie ze snu o piątej rano. Chłop wystraszył mnie, mówiąc, że we wsi są esesmani, którzy legitymują każdego, kogo spotkają. Błagałam, żeby mi pomógł. Zaoferowałam 50 zł, jeśli jego żona wyprowadzi mnie ze wsi. Zgodził się na to za 200 zł, ale jego żona tylko wyprowadziła mnie z chałupy, a sama zatrzymała się w progu. Potem zamknęła drzwi i krzyknęła: „Tutaj w ogóle nie ma Niemców!”

Chłopu zależało tylko na tym, aby wyłudzić ode mnie pieniądze. I udało mu się. Miał szczęście. Lecz ja także miałam swój szczęśliwy traf.

Do dębickiego getta dotarłam w czwartek w nocy. Jednak wstrzymałam się z wejściem, aż do chwili, gdy otrzymałam potwierdzenie, że ojciec żyje. Spytałam o to kilku gojów, których znałam. Okazało się, że rozmawiali z nim niedawno. Był w getcie.

Musiałam zaczekać, aż zrobi się całkiem ciemno. Po zmroku przecięłam kilka drutów w bramie i weszłam.

Starzy i młodzi zaczęli wołać: „Bronia uciekła z pociągu śmierci!” Przecisnęłam się przez tłum i w końcu dotarłam do ojca.

Ludzie uprzedzili go o moim powrocie, dlatego czekał na mnie przed domem. Uwiesiłam mu się na szyi i zaczęłam strasznie szlochać. Nie mogłam przestać. Ojciec całował mnie i głaskał jak małą dziewczynkę.

Nie mogłam rozpoznać mojego ukochanego ojca. Przez kilka dni postarzał się o wiele lat.

Sąsiedzi pocieszali go przez cały czas, mówili mu, że na pewno wrócę. I oto ich słowa się sprawdziły.

Opowiedziałam mu całą historię ze wszystkimi szczegółami: o wagonie i trudnej podróży. Zasnęłam dopiero późno w nocy z nadzieją, że może wreszcie nadeszły lepsze czasy dla Żydów.

Przetłumaczył z języka angielskiego, opracował i opatrzył przypisami:

Ireneusz Socha © 2008

Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z przekładu hebrajskiego oryginału na język angielski
(Jumping off the Train to Belzec, Bronia Oling-Burg, tłum. i oprac. Jerrold Landau Page 168).
[Sefer Dembic, s. 170-172, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964].


  1. Tak w oryginale. 15 grudnia 1942 roku zaczęła się druga akcja likwidacyjna w dębickim getcie (Ireneusz Socha) Return
  2. W komorach gazowych w Bełżcu stosowano spaliny produkowane przez ciężarówkę z silnikiem diesla. (Jerrold Landau) Return
  3. Określenie „świat prawdy” nawiązuje do świata zmarłych. (Jerrold Landau) Return
  4. Brachale – zdrobnienie od imienia żeńskiego Bracha (hebr. „błogosławieństwo”). (IS) Return


{Tekst hebrajski – ss. 173-174; tekst jidysz – ss. 159-161}

22 miesiące w ukryciu u gojów

Perel Faust

Translated by Ireneusz Socha

{Fotografia na stronie 160, przed tekstem w jidysz: Szames reb Izrael i jego żona, rodzice autorki tekstu}

Relcie Taub pozostała w getcie wraz z synem. Początkowo mieszkała w magazynie jaj. Pomieszczenie to bardzo szybko wypełniło się ludźmi – głównie ze Starej Dębicy. Wprowadziły się tam dziesiątki rodzin. Dobytek, pościel i ubrania ukryli na strychu, mając nadzieję, że w ten sposób zdołają je przechować. Niestety, po akcji [wysiedleńczej], naziści odkryli to miejsce, wybrali dla siebie najlepszą pościel i pierzyny, a resztę rzeczy wystawili na sprzedaż. Wywiesili ogłoszenia, że odbędzie się wyprzedaż pościeli, pierzyn, poduszek, ubrań i mebli, które należały do Żydów. Goje ze wszystkich okolicznych wiosek zjechali do miasta i za bezcen wykupili żydowski majątek.

Wydarzenie to miało miejsce w czasie, kiedy razem z mężem ukrywaliśmy się u goja, który zamieszkał w naszym domu. To on opowiedział nam o tym. Sam kupił wiele rzeczy na tej wyprzedaży.

W magazynie jaj należącym do Taubów ludzie leżeli jeden na drugim, nie było się gdzie ruszyć. Relcie była dobra dla wszystkich. Ja również byłam w jej domu podczas ostatniej akcji [wysiedleńczej]. Przez dwie noce i jeden dzień siedziało tam w ciemności około pięćdziesiąt osób. W tym wiele dzieci. Podano im środki usypiające, aby nie prosiły o jedzenie, nie płakały i łatwiej zasnęły. Ludzie mdleli w ścisku i fetorze dolatującym z pobliskiego wychodka.

Pierwsza stamtąd wyszłam. Miałam sucho w gardle i nie mogłam mówić. Rozejrzałam się wkoło, lecz na ulicach miasta nie zobaczyłam nikogo. Weszłam do jednego z domów – był pusty, opuszczony. Nigdzie żywej duszy. Wszystko stało pootwierane i bezpańskie. Właścicieli zamordowano lub wysłano do komór gazowych.

Kilka dni później odkryliśmy kilkoro ocaleńców, lecz bali się wyjść na zewnątrz i pozostali na strychu. Tym razem zabrano nawet członków Judenratu wraz z rodzinami. Józefowi Taubowi – prezesowi Judenratu – udało się wyskoczyć z pociągu. Doszedł do jakiejś wsi, gdzie znajomy goj ukrył go i przechował do czasu wyzwolenia. Taub mieszka obecnie w Paryżu. Spotkałam go po wyzwoleniu. Powiedział, że to żona poradziła mu, aby wyskoczył. Sama otruła się z dwojgiem dzieci. Tak to było.

Teraz opiszę, jak zostaliśmy uratowani.

W okresie istnienia getta mój syn został skierowany do robot przymusowych na kolei. Spotkał kolejarza – jednego z naszych starych lokatorów – i powiedział mu, że ja i mój mąż możemy na niego przepisać nasz dom, jeżeli zgodzi się nas przechować przez chwilę, aż znajdziemy inne miejsce, do którego będziemy mogli się udać, na przykład Węgry. Kolejarz nie odpowiedział od razu. Stwierdził, że musi porozmawiać o tym z żoną. Nazajutrz odmówił, gdyż jego żona nie zgodziła się na naszą propozycję.

Około dwa tygodnie później ten sam goj spotkał mojego syna i powiedział mu, że już mógłby nas przyjąć, bo po nagłej chorobie zmarła mu córka. Był w domu sam, bo żona musiała wyjechać do miejscowości, gdzie mieszkała córka po to, aby zająć się pięciorgiem jej małych dzieci.

Wymknęliśmy się z getta i poszliśmy do goja. Jednak jego żona wróciła do domu po kilku tygodniach. Dlaczego? Pokłóciła się z zięciem. Na dobitkę, teraz jeszcze natknęła się na nas. Rwała włosy z głowy, że mąż nas przyjął. Co gorsza, przywiozła ze sobą dwie wnuczki: małe dziewczynki w wieku pięciu i siedmiu lat. Istotnie, mieszkanie w takim tłoku mogło być niebezpieczne. Tym bardziej, że w opuszczonym przez nas pokoju – za ścianą – zamieszkał jakiś gestapowiec. Nie mogliśmy się odezwać nawet słowem, gdyż wszystko było słychać.

Kobieta zażądała, abyśmy wyszli natychmiast, gdyż nie chce trzymać u siebie Żydów.

Błagałam, aby pozwoliła nam zostać do nocy. Siedzieliśmy z torbami w rękach, gotowi do wyjścia. Wtedy zobaczyła nas jedna z dziewczynek i spytała, dlaczego tak siedzimy. Gojka wytłumaczyła dziecku, że wypędza nas z domu. Dziewczynka klasnęła w dłonie i powiedziała: „Babciu, zastrzelą nas, bo jak oni wyjdą, to na pewno wygadają, że byli u nas!”. Gojka natychmiast zaproponowała nowe rozwiązanie. Wstawią do kąta szafę stojącą przy drzwiach i będziemy mogli za nią siedzieć, aż do chwili, kiedy będzie można wyjść. I siedziałam za nią razem z mężem – na dwóch niskich pniakach – przez dwadzieścia dwa miesiące.

Mieliśmy pieniądze, ale żyliśmy o samym chlebie. Mieliśmy nadzieję, że nasz syn wkrótce wydostanie nas stąd, a wtedy będziemy potrzebować dużo pieniędzy. Od czasu do czasu syn posyłał nam jedzenie przez owego znajomego kolejarza. Jednak po trzech miesiącach ktoś doniósł, że syn podszedł pod gettowe ogrodzenie z drutu kolczastego i rozmawiał z jakimś gojem. Natychmiast zapędzono go z łopatą na ramieniu na cmentarz. Musiał sam wykopać dla siebie grób i położyć się w nim. I tam go zastrzelili. Taki był jego tragiczny koniec z rąk hitlerowskich oprawców.

Kiedy syn żył i przysyłał nam jedzenie, goj również na tym korzystał i odnosił się do nas bardzo dobrze. Jednak po śmierci syna goje zaczęli nas dręczyć, że będą zmuszeni nas zabić! Nie chcieli nas dłużej ukrywać, ale nie zamierzali nas wypuścić, bo wówczas sami mogliby się znaleźć w niebezpieczeństwie. Faktycznie, znajdowali się w wielkim niebezpieczeństwie, bo przez drzwi było słychać każdą rozmowę. Spytali, jaką śmierć wybieramy: otrucie, ścięcie czy pogrzebanie żywcem. Nie odpowiedzieliśmy. Mieliśmy nadzieję, że wszechmocny P-n nam pomoże. Rzeczywiście, goj dwukrotnie próbował nas otruć, lecz Pan Wszechświata nas ocalił.

Któregoś dnia zapowiedzieli, że nazajutrz [Niemcy] będą sprawdzać, czy u chrześcijan nie ukrywają się Żydzi. Goj wykopał w pokoju jamę metr na metr. Wpędził nas do środka, zakrył ją, postawił nad nią szafę i wyszedł. W jamie nie było czym oddychać, mogliśmy się szybko udusić, nie mogliśmy już wytrzymać. Mąż uniósł pokrywę nogami, aż szafa zachwiała się z łoskotem. Kiedy goj to usłyszał, przestraszył się, że będziemy krzyczeć, żeby nas wypuścił. Dlatego przybiegł i przesunął szafę. Mąż wyszedł z jamy, a ja leżałam w niej nadal, jak skamieniała, pół żywa ze strachu. W końcu wyciągnęli mnie i polali wodą, bym odzyskała świadomość.

Wróciliśmy do naszej kryjówki za szafą, ale czekały nas kolejne udręki. Goje nas bili, skąpili nam jedzenia i wody do picia. Jak by tego było mało, za szafą musieliśmy również załatwiać potrzeby naturalne. Mały słoik po konfiturach musiał wystarczyć dwojgu dorosłym osobom na 24 godziny… Nie było gdzie się wysikać. Ukrywaliśmy się w pięknie urządzonym pokoju, więc gdy gojów nie było w domu, to oddawałam mocz do wazonu, ale nie zawsze było to możliwe. W ogrodzie stał wychodek, z którego również korzystał gestapowiec. Goj się martwił, że gestapowiec zauważy, iż dół kloaczny wypełnia się zbyt szybko. Dlatego też nie dawał nam nic do jedzenia, abyśmy nie musieli się załatwiać. I faktycznie, goj miał rację. Przesiedzieliśmy 22 miesiące o głodzie, karmieni – szerokimi na cztery palce – kawałkami chleba i łykiem czarnej kawy rano i wieczorem.

Pewnego razu goj kazał, abym sama wyniosła nieczystości. Chciałam to zrobić tym bardziej, że w tych warunkach to prawdziwy zaszczyt. Rano zawołał, że mam wyjść i wynieść słoik, więc wzięłam słoik i wyszłam. Kiedy byłam już w sieni, rozkazał mi odstawić naczynie. Pchnął mnie na wiązkę słomy i zaczął dusić. Początkowo myślałam, że się wygłupia. Jednak po chwili stało sie jasne, że rzeczywiście zamierza mnie udusić. Błagałam, by mnie wypuścił, lecz nie mogłam już mówić. Zdałam sobie sprawę, że zbliża się mój koniec. Wytężyłam wszystkie siły i zaczęłam krzyczeć „Szema Jisrael”[1], jak by mnie zarzynali. Goj przestraszył się, że gestapowiec – mieszkający w tym samym domu – usłyszy moje wołanie, więc wypuścił mnie.

Potem znów zaczął nas podtruwać. Dwukrotnie próbował podać nam truciznę, ale nie udało mu się. Za drugim razem skosztowałam i połknęłam kawałek spleśniałego, suchego chleba. Do tej pory odczuwam pieczenie w przełyku. Torturował nas, abyśmy stracili siły. Kiedy mąż leżał w nocy na podłodze, to goj – pilnujący nas przez cały czas – wchodził do pokoju i kopał męża. Musieliśmy siedzieć całymi nocami na niskich pniakach. Za dnia wstawaliśmy, aby rozprostować kości.

Trudno opisać, jak przeżyliśmy przez te 22 miesiące. Kiedyś podsłuchaliśmy, jak goj mówił żonie, że jutro nas wykończy, dlatego powinna wyjść z domu razem z dziećmi. Przedtem przez cztery dni trzymał nas o głodzie i nie podał nam nawet szklanki wody. Próbowali nas osłabić, aby było nas łatwiej zabić.

A my nie wiedzieliśmy, że Rosjanie stoją już na przedmieściach Dębicy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakie są losy wojny. Aż nadszedł poranek, kiedy w domu nie było słychać nikogo. Gestapowiec już wcześniej wywiózł wszystkie swoje rzeczy. Wokół było cicho, jak makiem zasiał. Odsunęliśmy nieco szafę, podeszłam do drzwi i wyjrzałam przez dziurkę od klucza. Nikogo nie było widać. Wróciłam do męża i powiedziałam: „Chaim, posłuchaj, może teraz wydarzy się boski cud i Stwórca zmiłuje się nad nami. Uciekajmy stąd!”. Nie trzeba było mu tego drugi raz powtarzać. Oboje natychmiast wyszliśmy na zewnątrz. Co ciekawe, cztery tygodnie wcześniej mąż miał sen, w którym święty rabi reb Szmuel błogosławionej pamięci zwrócił się do niego tymi słowy: „Powinieneś wiedzieć, że będziecie musieli tu pozostać jeszcze przez cztery tygodnie”.
Goj zobaczył, że uciekamy z domu i chciał pobiec za nami, lecz na ulicy stali hitlerowscy żołnierze. My szliśmy dalej, jak gdyby nigdy nic. Ja jedną stroną ulicy, mąż – drugą. Idąc, kilkakrotnie upadaliśmy, gdyż zwiotczały nam mięśnie u nóg. Żołnierze ujrzeli nas, lecz Pan Wszechświata ich powstrzymał. Pomyśleli pewnie, że jesteśmy włóczęgami, gdyż nie myliśmy się przez 22 miesiące i byliśmy cali czarni od brudu.

Przeszliśmy obok nich – w podartych łachmanach, cali brudni i zarośnięci. Jakiś czas szli za nami i śmiali się, kiedy upadaliśmy. Jakoś dotarliśmy nad rzekę, weszliśmy na skarpę i poszliśmy dalej – w kierunku parowu pomiędzy dwoma pagórkami, zza których nie było nas widać. Tam napiliśmy się wody, której nie kosztowaliśmy od wielu dni. Później zdjęliśmy wszystkie ubrania, nawet koszule, i wypraliśmy je w rzece. Było w nich więcej robactwa niż nitek, gdyż nie przebieraliśmy się od czterech miesięcy. Kąsały nas pluskwy, mieliśmy je dosłownie wszędzie – nawet w skarpetkach i butach. Każda była wielka jak ziarnko grochu. Siedzieliśmy nad rzeką, a potem rękami wygrzebywaliśmy z pola ziemniaki. Był to miesiąc elul[2] i na zewnątrz było przyjemnie. Było nam dobrze. Piliśmy do woli wodę z rzeki i zaspokajaliśmy głód surowymi ziemniakami. Kiedy zrobiło się ciemno, nie mogliśmy dłużej siedzieć nad rzeką. Kiedy wyszliśmy z wody, zauważył nas jakiś szekec[3]. Włożył palce do ust i zagwizdał, a niedługo potem na miejsce przybiegło około dziesięciu szkocim, którzy doprowadzili nas na najbliższy posterunek policji. Działo się to na wsi, gdy Rosjanie już weszli do miasta. Kiedy przyprowadzono nas na policję, niemiecki strażnik nie przeszukał nas, tylko od razu wezwał żołnierza z bronią i kazał mu wyprowadzić nas na rozstrzelanie. Jaki mieliśmy wybór? Musieliśmy iść. Idąc, nagle usłyszeliśmy za sobą wołanie: „Halo! Halo!”. Żołnierz, który prowadził nas pod bronią, kazał nam się zatrzymać i powiedział: „Wzywają nas do powrotu! Musimy wracać”.

Komendant powiedział nam, że musimy podziękować stojącej nieopodal parze starych ludzi, bowiem to oni go ubłagali, aby darował nam życie. To musiały być anioły zesłane nam z nieba. Niemiec kazał nam natychmiast opuścić wioskę i nawet wskazał, dokąd mamy pójść. Jednak była już ósma wieczór i niebezpiecznie było chodzić samotnie po polach. Dlatego położyliśmy się na polu pomiędzy rzędami ziemniaków i tam przespaliśmy noc.

Z samego rana wyruszyliśmy w dalszą drogę, lecz spotkaliśmy kilku szkocim, którzy znów zaprowadzili nas na policję. Tłumaczyliśmy hitlerowcom, że już byliśmy na tym posterunku, i że nas wypuszczono, ale nie chcieli słuchać. Zaprowadzili nas do innego komendanta, któremu opowiedzieliśmy, jak jego kolega puścił nas wolno zeszłej nocy. Nie chciał nam wierzyć, więc kazał nas odprowadzić do swojego przełożonego pod bronią. Po przybyciu na miejsce, nie mieliśmy siły wejść na górę po schodach, więc niemiecki oficer zszedł do nas i rzekł: „Faktycznie, widzę, że karmiono was dobrze!”. Kazał poczekać, przyniósł dwie pajdy chleba i wręczył je nam. Nie chciałam ich wziąć i powiedziałam: „Nie potrzebuję chleba idąc na śmierć”. Pogładził mnie po dłoni i odrzekł: „Nie, nie idziecie na rozstrzelanie. Pójdziecie tędy, tą drogą przez las. Bo tam są chłopskie zagrody, i tam mogą Was zabić”.

Spaliśmy w różnych lasach przez osiem dni i nocy, gdyż baliśmy się, że ktoś nas znajdzie. Aż w końcu natknął się na nas rosyjski patrol Armii Czerwonej, który przeczesywał lasy w poszukiwaniu Niemców.

Wskazaliśmy im drogę. A oni zaprowadzili nas do kapitana rosyjskiej armii, który był Żydem. Byliśmy wolni.

Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z przekładu oryginału w jidysz
na język angielski (Twenty-two Months in Hiding with Gentiles, tłum. Jerrold Landau, ss. 159-161) [Sefer Dembic, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964].

Przetłumaczył z języka angielskiego, opracował i opatrzył przypisami:

Ireneusz Socha © 2012


  1. Szema Jisrael (hebr. „Słuchaj, Izraelu”) – jedna z dwóch najważniejszych, obok Amidy, modlitw w judaizmie. Zmawiana rano i wieczorem, jak również w obliczu śmierci. Składa się z biblijnych fragmentów: Pwt 6, 4-9; Pwt 11, 13-21; Lb 15, 37-41. Więcej informacji na ten temat: http://pl.wikipedia.org/wiki/Szema_Jisrael (przyp. tłum.) Return
  2. elul – dwunasty miesiąc żydowskiego kalendarza cywilnego, a szósty kalendarza religijnego. Przypada na miesiące sierpień-wrzesień w kalendarzu gregoriańskim. Liczy 29 dni. W roku 1942 miesiąc elul zaczął się 14 sierpnia. (przyp. tłum.) Return
  3. szekec (jid. szajgiec) l.mn. szkocim – hebr. „insekt”, „gad”, „mały diabeł”, „obrzydliwy stwór” – obraźliwe określenie goja. (przyp. tłum.) Return

« Previous Page Table of Contents Spis treści Next Page »



This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Dembitz, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Lance Ackerfeld
This web page created by Ireneusz Socha

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 18 Jul 2014 by LA