Spis treści

[Strona 294]

 

U Mojego dziadka w Nowym Dworze

Autor: Yankev Litman, New Jersey

Z jidysz na angielski przełożył Miriam Leberstein
Z angielski na polski przełożył Adam & Alicja Żmijewski

Moja matka Khane, najstarsza córka Reb (zwrot grzecznościowy) Avrahama Zaltsmana, często śpiewała smutną ludową piosenkę w jidysz:

Lata dzieciństwa jeszcze niezapomniane
Nadal słyszę ich dźwięki

Kiedy wracam pamięcią do mojego dzieciństwa, widzę niekończące się obrazy Nowego Dworu, miasta mojej matki. Przez całe lato biegałem boso i beztrosko po tamtejszych ulicach i dróżkach, wokół ulicznych straganów i wozów na rynku, między sklepami przy Warszawskiej i Zakroczymskiej. Biegałem wokół sklepów rzeźniczych w pobliżu magistratu, po dziedzińcu besmesdreszu (dom nauki używany także do modłów) i synagogi blisko pompy na Piaskach, gdzie kaczki kąpały się w błotnistych kałużach. A także po ogrodach miejskich po drugiej stronie ulicy od białego kościoła katolickiego, po piasku na drodze do cmentarza, wokół koszarów usytuowanych po obu stronach drogi. Przecinały ją tory, którymi na stację wjeżdżały pociągi. Biegałem wokół teatru Junkera i tej ulicy z kanałem, co prowadził do Narwi, również wokół budek strażników na rynku, skrajem miasta z drogą do Modlina. Nie było takiego miejsca w Nowym Dworze, do którego nie zabrałyby mnie moje młode nogi, bo to miasto było dla mnie bardzo interesujące, dużo ciekawsze niż Warszawa, gdzie mieszkałem i chodziłem w butach ze skóry patentowej, trzymając się ręki mojej mamy.

W Nowym Dworze mogłem hasać od drzwi do drzwi, nawet boso, mogłem wetknąć swój wścibski nos do tych wszystkich sklepów wielobranżowych przy ulicy Zakroczymskiej i rzeźniczych, gdzie ogromne wątroby wisiały nad drzwiami i gdzie mogłeś zobaczyć rzeźnika dzierżącego swój ostry tasak nad kawałkami mięsa i kości.

W Nowym Dworze było wiele rzeczy, które mogłem robić: usiąść blisko perforowanego blaszanego okna aresztu w magistracie i podsłuchać rozmów „mieszkańców” tego więzienia. Mogłem wsadzić bose nogi w błoto drogi na Piaskach, na którą to kobiety zręcznym ruchem wylewały pomyje albo gonić cielęta na dziedzińcu Zaydenberga. Zajrzeć do kotlarza, szewca, rymarza zszywającego skóry na buty, a w piątek rano zajrzeć do shoykheta (rzeźnika rytualnego), by upewnić się, że oprawia kurczaki zgodnie z prawem religijnym.

Nie zaniechałem, Boże uchowaj, odwiedzania renomowanych krawców, cywilnych i wojskowych, czy sklepu z chlebem w piekarni Zakariaha, Fayvisha Shokorana, a zwłaszcza Shmerla Vaynshtoka, gdzie miałam specjalne przywileje rodzinne. Byłem dość częstym gościem w warsztatach Hishe Shmuklera, w których kierownikiem był mój wuj Noakh i gdzie bez pytania mogłem robić wszystko, co chciałem. Pewnego razu dostałem się do warsztatu przez okno i kiedy Zalmen Shmukler powrócił w swoich polerowanych butach ze spotkania z klientami w Modlinie, zobaczył mnie, uśmiechnął się pytając: “Więc znów tu jesteś?”

Często też odwiedzałem niektóre gospody i sklepy: Kalvoriskiego, z ustawionymi jedna na drugiej półkami i stosami worków, Gelera Mendla z różnorodnymi artykułami – i oczywiście sklep mojego stryja Leybla Lipmana, gdzie byłem pupilkiem. Gdybym potrzebował kilku groszy na cukierki, poszedłbym prosto do wuja Leybla, u którego rozpieszczała mnie też ciotka.

Najlepszym sąsiadem był Zishe Turkltaub. Przesiadywałem w jego sklepie wiele godzin, rozmawialiśmy, a ja – młody pętak – kiedy chciałem „wspomóc” w sklepowych zajęciach, wiele razy stłukłem szklankę czy talerz.

Chodziłem nad Narew z Dalkiem Turkltaubem i siedząc na stercie drewna w tartaku, obserwowałem, jak Dalek pływa w rzece. Wyglądało to jakbym go pilnował, a tak naprawdę myślałem wtedy: “kiedy ja będę w stanie tak pływać”

Ale nie zawsze byłem tak wolny i beztroski. Pewnego lata pamiętam, że ktoś z rodziny dziadka, chyba mój wujek Yehiel, zaprowadził mnie do przedszkola Sorenshe Srebrenika. Zabrali mnie do pokoju z dwoma długimi, niskimi stołami, ławeczkami i powiedzieli, że od dziś jestem Yenkele Hakatan (heb. “Mały”); drugi Yenkele nazywał się Yenkele Hagodl (“Duży”). Kazano mi również mówić “szalom” przy wchodzeniu, abym mógł poprawnie pozdrowić kolegów z klasy, którzy – jak się wydaje – znali język lepiej niż ja. Soretshe Srebrenik wyprowadził mnie z tego pokoju i wprowadził tam z powrotem. Następnego dnia, kiedy wychodziłem z przedszkola, śpiewałem już hebrajską piosenkę:

W oknie stał mały ptaszek
Biegnij do okna, mały chłopcze,
Ptaszek odlatuje.

I po dziś dzień moja miłość do hebrajskiego pozostaje niezmienna.[1]

W tym szkolnym dniu wszyscy u mojego dziadka byli bardzo szczęśliwi. Lata później, kiedy już byłem studentem szkoły hebrajskiej w Warszawie, gdy tylko przyjeżdżałem do Nowego Dworu, mój wujek Yehiel zaciągał mnie do swojego nauczyciela Shimshen Note Srebrenika. Z dumą chciał popisać się mną – swoim siostrzeńcem. A gdy byłem jeszcze starszy i studiowałem w seminarium nauczycielskim Poznańskiego w Warszawie, już nie chciałem towarzyszyć wujkowi. Podbierał więc kilka z moich książek, by pokazać Shimshenowi Note, co czytam i studiuję.

*

Pewnego lata, jak tylko przyjechałem z Warszawy, ciotka Yente zabrała mnie do sklepu i kupiła mundur harcerski ze wszystkimi akcesoriami. Mogłem więc maszerować z chłopcami i dziewczętami z nowo założonego Haszomir Haleumi (“Strażnicy Narodu”, syjonistyczna grupa młodzieżowa). Przemierzali oni w szeregach jak żołnierze ulice, śpiewając w rytm bębna piosenkę o dziwnych słowach: “cziri–biri–bum–hu ha”'. W bęben z wielkim zapałem uderzał dzieciak z pierwszego szeregu.

Podczas ćwiczeń cały batalion maszerował po dziedzińcu budynku Junkera. Lider naszej grupy, Ben Tsion Szymanowski, z wielką powagą wydawał rozkazy: “Baczność! Spocznij! W prawo zwrot! W lewo zwrot! W tył zwrot!”, a my w odpowiedzi na jego rozkazy odwracaliśmy się jak śrubki. Na polecenie komendanta Josefa Szymkowicza wyruszaliśmy do miasta, zapełniając całe jego ulice. Sprzedawcy i klienci wychodzili ze sklepów, aby przyjrzeć się temu nowemu pokoleniu, które chciało zrzucić jarzmo diaspory. Byłem pewien, że wśród najbardziej dumnych z nas byli ci sprzed sklepu Avrahama Zaltsmana, gdzie Yente, Golde, Yehiel, moja babcia, a nawet mój dziadek pęcznieli z dumy.

Ja sam nie byłem w pełni zadowolony. Powodem był mój mundurek, niekompletny we wszystkich detalach. Nadal potrzebowałem ładnie tkanej wstążki z przytwierdzonym gwizdkiem, która zwisałaby z mojego ramienia. Wysłali mnie do Zishe Turtltauba i on w końcu wygrzebał “właśnie to” spośród wszystkich przedmiotów na półce.

Każdego lata byłem oddanym członkiem Hashomer Haleumi.

Pędziłem na wszystkie spotkania, tańczyłem horę, śpiewałem hebrajskie piosenki, grałem w piłkę albo po prostu szwendałem się z innymi Strażnikami. Kilka razy Moyshe Kolwariski przywoływał mnie do swojego sklepu, aby powiedzieć, że Betar (rewizjonistyczna grupa młodzieżowa syjonistów) jest lepszą organizacją, ale nie przekonał mnie do tego. Mimo że zawsze patrzyłem na czekolady w jego sklepie, nigdy nie użył jej jako narzędzia perswazji.

Po tych wszystkich “ważnych działaniach” znajdowałem czas, aby wpaść do sklepu mojego dziadka. Babcia Beyle Rive siedziała w fotelu za bufetem, a gdy tylko zjawiał się klient, natychmiast wiedziała, czy musi podać parę papierosów z półki, czy też wyciągnąć spod swojego fartucha własnoręcznie skręcane papierosy.

Moja babcia była bardzo zajęta klientami, zwłaszcza Polakami, a jeszcze bardziej niemieckimi kolonistami, z którymi doskonale mówiła po niemiecku. Chuda i mała, jaką zawsze była, pracowała szybko i energicznie w sklepie, a także w domu. Tutaj kilka razy dziennie przygotowywała posiłki: rankiem koszerowała mięso, a przy popołudniowym pilnowała, by wszyscy przy stole dostali przydzieloną porcję jedzenia. Nikt poza nią nie miał pozwolenia na rozdzielanie jedzenia.

Moja ciotka Golde stawiała jedzenie na stole, myła naczynia, szorowała garnki, czyściła i polerowała, aż świeciły się jak lustro. Jej drobiazgowość sprawiała mi wiele kłopotów. Nie mogłem niczego dotykać. Gdy tylko otwierałem drzwi, aby wejść do kuchni, wiedziałem, że przywita mnie tym samym “pozdrowieniem” – “znowu tu jesteś, by narobić mi dodatkowej pracy? Spójrz na siebie, jesteś cały spocony i brudny. Nie waż się dotykać czegokolwiek swoimi zabłoconymi rękami”. Zawsze była gotowa na takie powitanie, a jednocześnie przytulała i całowała mnie, bawiła się ze mną i śpiewała dziesiątki piosenek, które pamiętam do dziś.

 

now296.jpg
Rodzina Zaltsmanów

Od prawej do lewej w pierwszym rzędzie: Reb Avraham Zaltsman, jego żona Beyle Rive, najmłodsza córka Golde i jej dwoje dzieci, Yenkl i Shifrele
W drugim rzędzie: Yehiel Zaltsman, jego siostra Yente, brat Note I jego żona Rokhl (córka Shmerla Vaynshtoka), Yehuda Meyer Litman i jego żona Khane (najstarsza córka Avrahama Zaltsmana), rodzice Yankeva Litmana

 

Moja babcia wiedziała, że jej dom jest w dobrych rękach, więc mogła poświęcić się sklepowi. Zakupy na rynku robiła ciotka Yente, albo moja matka, kiedy latem przyjeżdżała z Warszawy.

W dni handlowe i podczas targów podążałem za ciotką Yente, biegałem wśród wozów i straganów, patrzyłem, jak kobiety obwąchują kury i dmuchają w ich pióra na ogonie. Jak wybierają największe jaja, oceniają kulki masła owinięte w zielone liście, oglądają i przebierają różne owoce oraz warzywa, targując się o ceny, wagi i miary.

Podążałem za ciotkę z głównego rynku do miejsca, gdzie chłopki siedziały na ławeczkach z dużymi bańkami mleka i kwaśnej śmietany. Jeśli kupiłeś maliny lub poziomki na rynku, oczywiście musiałeś kupić kwaśną śmietanę, aby je nią doprawić. Ciotka Yente wiedziała dokładnie, jakie jedzenie lubię; dla niej nic nie było zbyt drogie, co mi się podobało. Dla mnie ciotka Yente była najlepszą osobą w całej rodzinie. Nigdy na mnie nie wrzeszczała, nigdy nie docinała ani nie krytykowała, ale zawsze baczyła na to, żebym miał, cokolwiek chciałem. Była dobra dla wszystkich członków swojej rodziny, którą wspierała w gorszych czasach, a także dla rodziny Noakha Shmuklera, o którą lojalnie się troszczyła, jak prawdziwa siostra.

Mój wujek Yehiel także pracował w sklepie mojej babci. Siadywał na małej skrzynce przy drzwiach, tak więc widział, co dzieje się na ulicy, czytywał “Haynt” (gazeta w jidysz) lub zaczepiał przechodniów, by porozmawiać. Był doskonałym rozmówcą, wyćwiczonym prześmiewcą i dobrodusznym kpiarzem. Dla niego żart był sztuką i wiedział, jak wybrać ludzi, z których się żartuje. Gdyby już skończył czytać “Haynt” i nie miał nikogo, z kim mógłby porozmawiać, zwracał się wtedy do mnie: czepiał się, krytycznie komentował i prowokował dyskusje na wszelkiego rodzaju tematy.

Gdy już byłem starszy, miał dla mnie więcej szacunku i nie odważał się już droczyć lub radzić mi, co powinienem robić. Rozmawiał ze mną o poważnych tematach. Głęboko znienawidził “lewicowców”. Bardzo obrażało go to, że wielu z młodszego pokolenia służyło obcym bogom i pielęgnowało winnice innych, zamiast całkowicie poświęcić się syjonizmowi i wybawieniu narodu żydowskiego. Atakował ich sarkazmem i argumentami, które przeszywały jak strzały.

Mój wujek Note również był syjonistą, ale nie tak aktywnym, jak Yehiel czy ciotka Yente, która była członkiem Poalei Zion (Pracownicy Syjonu) w Nowym Dworze. Powiedziano mi, że moja matka była również aktywna w Poalei Zion, zanim się urodziłem. Od dzieciństwa odczuwałem w całej mojej rodzinie wpływy syjonizmu, a moje wychowanie w szkole i w domu podążało również w tym kierunku.

Gdy czasy się pogorszyły, mój wujek Note, agent kupiecki, dostarczał mi wszystkiego, czego potrzebowałem – materiałów do pisania i odzieży. Po prawdzie, bez pomocy Note'a i Yente nigdy nie byłbym w stanie ukończyć seminarium nauczycielskiego.

*

W późniejszych latach, bliżej II wojny światowej, odwiedzałem Nowy Dwór już nie tak często. Dom dziadka nie był już taki, jak kiedyś; panowało tam ciche, łagodne ubóstwo. Dziadek nagle znacznie posunął się w latach, zachorował, a rodzina oznajmiła mi, że natychmiast powinienem przyjechać do Nowego Dworu. Reb Avraham Zaltsman był już wtedy nieprzytomny, oddychał ciężko i podnosił ręce ku niebu. Późno w nocy wydał ostatnie tchnienie.

Teraz, kiedy pojawia mi się przed oczami, widzę go takim, jakim był w czasach mojego dzieciństwa: człowiekiem o godnym wyglądzie, z wysokim czołem i ciemnobrązowymi, łagodnymi oczami, które promieniowały spod krzaczastych brwi iskrami radości, a czasem gniewu. Miał brodę bardziej czarną niż białą, która dodawała jego twarzy godności. Cały jego wygląd budził szacunek. Był nieco wyższy niż przeciętnie, zawsze kroczył z głową podniesioną wysoko, patrząc przed siebie z postawą człowieka, który wie, kim jest.

Chasyd Aleksandrowski, ubrany w długi płaszcz jak wszyscy chasydzi, wyróżniał się schludnością i zamożnym wyglądem, jak przystało na pobożnego Żyda i religijnego uczonego. W Nowym Dworze był znany jako Reb Avraham Zaltsman, bez przydomka (bardzo rzadkie zjawisko naszym w mieście, gdzie pseudonim był ważniejszy niż prawdziwe imię).

Jako Żyd przestrzegał wszystkie micwy (zobowiązania religijne), a jednak nie był fanatykiem. Był wyjątkowo tolerancyjny w swoich relacjach z ludźmi. Wstawał bardzo wcześnie, latem i zimą, a zaraz po umyciu się rozpalał ogień w kuchni, wypowiadając błogosławieństwa. Gdy tylko woda się zagotowała, siadał przy stole i wypijał 8–9 filiżanek gorącej, mocnej herbaty, trzymając w ustach bardzo małe kawałki cukru i sącząc ją z zadowoleniem, studiował kilka stron Gemore (Talmud). Gdy tylko zobaczył, że wstałem, wręczał mi szklankę herbaty z mlekiem i mówił, abym wrócił do łóżka spać.

Zazwyczaj studiował przez dwie godziny rano, potem chodził do besmedreszu, aby się modlić. Kiedy wracał do domu, Golde dawała mu śniadanie: świeże bułeczki z masłem, kawałek szmalcowanego śledzia (żydowska potrawa) i kawę. Do tego czasu babcia była już w swoim sklepie, a Yehiel siedział przy drugim stole w kuchni i skręcał papierosy. Jego palce pracowały z prędkością i precyzją maszyny. W mgnieniu oka napełniał bibułki papierosowe tytoniem, który najpierw dobrze mieszał i spryskiwał wodą. Zawsze mówili w domu, że Yehiel był artystą w produkcji papierosów i wielkim ekspertem w różnego rodzaju tytoniach. Wiedział, jak osiągnąć właściwy smak i aromat do palenia.

Nigdy nie widziałem, by mój dziadek angażował się w kręcenie papierosów. Po śniadaniu szedł do sklepu. Tam głównie czytywał gazetę lub poświęcał się sprawom dotyczącym Aleksandrowskiego Sztibla (mała chasydzka synagoga), za którego był w pełni odpowiedzialny. Często przychodziły kobiety prosząc go, aby wypisał adres na kopercie. Miał wspaniały charakter pisma i potrafił pisać po rosyjsku, po polsku, niemiecku i oczywiście w jidysz i w hebrajskim. Często na czyjąś prośbę pisał cały list do Ameryki. Zaraz po obiedzie ucinał sobie drzemkę, a każdy, kto był w domu, musiał zachować spokój.

Najlepiej pamiętam piątki i soboty. W piątek po obiedzie (prawie zawsze wątróbka i ziemniaki), gdy tylko jagodowe ciasta zostały wyjęte z pieca w piekarni Shmerla Vaynsthoka, mówili mi, żebym szybko biegł do piekarni z garnkiem czulentu (szabasowy gulasz, który musiał być pieczony w piecu przez noc) i w zamian otrzymywałem świeżo pieczone ciasto. Do tego czasu dziadek przebywał w mykwie (rytualna łaźnia), a później, gdy wracałem, dom był już przygotowany na szabat: stół przykryty białym obrusem, a na obrusie świeczniki szabatowe. Babka przygotowywała się do błogosławienia świec, a dziadek w swoim jedwabnym szabatowym kaftanie czekał na mnie, abym poszedł z nim do sztibla. Za każdym razem, gdy w piątek wracałem z piekarni, wiedziałem, że dom będzie gotowy na szabat, a także, że będę musiał się spieszyć, by zdążyć się umyć i założyć moje szabatowe ubranie.

Sposób, w jaki witany był szabat i wieczorne modlitwy w Aleksandrowskim sztiblu, zawsze mnie urzekały. Modlono się tam i śpiewano z uczuciem i żarem, a małe dzieci, takie jak ja, nieomylnie czuły tam ciepło i zadowolenie.

W domu pokój z dużym nakrytym biało stołem był jasny i błyszczał odświętną czystością. Dziadek odmawiał kidusz i wyśpiewywał melodię z wysoko podniesioną głową, zamkniętymi oczami, donośnym i dramatycznie drżącym głosem, a melodii tej nigdy nie zapomnę. Wszyscy staliśmy przy stole, nie ośmielając się śpiewać wespół. Po umyciu rąk i odmówieniu błogosławieństw, dziadek kroił chałkę dla każdego domownika z tą samą uroczystą powagą, z jaką odmawiał kidusz. Z chwilą, gdy zaczynaliśmy jeść, uroczystość od razu nabierała rodzinnego ciepła, które wyzwalało zadowolenie i radosny śpiew.

W sobotę rano dziadek jak zwykle wstawał przed wszystkimi, by poczytać swoją tygodniową część Tory. Rodzina popędzała mnie wtedy do śniadania (chałka z masłem i słodzone gorące mleko z wodą), żeby dziadek nie musiał na mnie czekać. Nigdy jednak nie kończył czytania, zanim ja skończyłem śniadanie. Pozwalano mi jeść przed modlitwą.

Wciąż pamiętam spacery z dziadkiem na modlitwy i jak wracaliśmy z nich. Ciche ulice z zamkniętymi sklepami, czysty pozamiatany rynek bez hałasu koni, krów i tłumów ludzi; pokój Szabatu, który czuło się wszędzie, i który odbijał się w dumnej twarzy dziadka. Jego powolne kroki, pełne ufności i w rytm chasydzkiej melodii, którą obaj nuciliśmy z przyjemnością – melodii bez słów, wypełnionej żydowskim sensem i wiarą.

W sztiblu dziadka był bal tfile (ten, który prowadzi modlitwy) z pięknym, czystym głosem i z wyczuciem muzyki. Nawet dzisiaj widzę go z jego modlitewnym szalem na głowie, z prawą dłonią na policzku, a lewą trzymającą szal z obu stron pod podbródkiem, z głową wzniesioną ku niebu, nieruchomymi i półzamkniętymi oczami, a do tego ciało całe poruszające się w kierunku pulpitu i z powrotem, od lewej do prawej, oddane z radością i ekstazą ciałem i duszą Stwórcy.

Jako dziecko chodziłem na modlitwy także w domu w Warszawie. Mój ojciec zawsze musiał szukać mnie na zewnątrz domu modlitwy. Ale w sztiblu dziadka w Nowym Dworze wychodziłem na zewnątrz tylko wtedy, gdy czytali Torę. W sztiblu chciałem modlić się w skupieniu, z uczuciem. Dziadek był bardzo zadowolony, że robiłem to z nim. Stawałem przy pulpicie, blisko bal tfile i z entuzjazmem śpiewałem razem z innymi wszystkie melodie. Nawet, gdy byłem już starszy, wolny i niezależny, nadal chodziłem z dziadkiem do sztibla przy każdej wizycie w Nowym Dworze.

Mimo że dziadek wiedział, jakim heretykiem się stałem, zaszczycał mnie przywilejem czytania ostatniej części Tory. Pamiętam, że raz wybuchła nawet o to awantura z bardzo poważnym człowiekiem, który przerwał mi czytanie. Dziadek jednak sprawę wyprostował, bo był przede wszystkich gabe (administrator) i ważnym człowiekiem wśród chasydów Aleksandrowskich. Ja, heretyk, który prowadziłem się jak nie–Żyd, byłem dla niego równie ważny jak którykolwiek z pobożnych Chasydów. Dziadek wiedział o moich studiach, nauce i wiedzy, a gdy ludzie mówili mu na mnie, nie wstydził się ani swojego wnuka, ani jego zachowania.

Jako student seminarium nauczycielskiego w Warszawie, odwiedzałem dziadka i przywoziłem mu niektóre hebrajskie książki do przeczytania. Często zdarzało się, zwłaszcza po sobotniej drzemce, że dziadek brał jedną z moich wolnomyślicielskich, heretyckich książek i czytał ją z wielkim zainteresowaniem. Pamiętam jak czytał “Sefer Hasidim” Berdyczewskiego, a nawet powieść “Miriam” tego autora. Zawsze uważałem, że mój dziadek dobrze rozumiał współczesne czasy, zachodzące zmiany społeczne i aspiracje narodowe, mimo że sam był związany ze starym rytem żydowskiego życia. Wszystkie jego dzieci w dużym stopniu uwolniły się od starych tradycji, a on i tak – o ile pamiętam – nie robił z tego awantury. Wręcz przeciwnie, odnosił się do wszystkich zmian w bardzo realistyczny sposób, jednocześnie patrząc na żydowską przyszłość z wiarą religijną.

Reb Avraham Zaltsman zmarł dwa lata przed wojną i nie dożył Holocaustu. Ale jego dzieci i cała rodzina w Nowym Dworze stały się świętymi męczennikami. Ich pamięć musi pozostać na zawsze z tymi, którzy przeżyli i razem z całym narodem żydowskim.


Nota

  1. Przypis do oryginału: autor, syn Khanea i Yehudea Meyera Lipmana, który przeżył ogromne cierpienia w nazistowskich obozach i podczas ukrywania się w lasach, gdzie został dwukrotnie ranny, żył od 1949 roku w Ameryce. Zawsze był aktywny w dziedzinie edukacji hebrajskiej. Jako pedagog kontynuował naukę na uniwersytecie w Nowym Jorku, studiując pedagogię, literaturę hebrajską i problemy na Bliskim Wschodzie, także na studiach doktoranckich. – (Przyp. Administrator Pinkas Nowy Dwor). Powrót

 

Spis treści


[Strona 305]

 

Trzy pokolenia rodziny Jures

Autor: D. Ben Yisroel, Tel Aviv

Z jidysz na angielski przełożył Miriam Leberstein
Z angielski na polski przełożył Adam & Alicja Żmijewski

We wczesnych latach tego stulecia kilku nowobogackich kontrahentów wojskowych przywiozło staruszka Juresa do Nowego Dworu z jakiegoś miejsca na polskiej granicy. Miał uczyć rosyjskiego i hebrajskiego ich dorastających dzieci. "Staruszek Jures" był również znany jako Reb [pełen szacunku zwrot] Note Jures i, jak pamiętam z mojego wczesnego dzieciństwa, nosił również imię Szperling. Bardzo szybko uwolnił się od tego rodzaju pracy. Biegle znając rosyjski, najpierw został pisarzem petycji, a później "prawnikiem bez wykształcenia" (tzw. winkl-adwokat), kimś w rodzaju praktykanta adwokackiego z prawem do stawiania się przed sądem rosyjskim.

Należał do pokolenia maskilim [wyznawców żydowskiego oświecenia], którzy bardzo kochali literaturę hebrajską i literaturę w jidysz. W latach przed I wojną światową aktywnie działał w życiu żydowskim Nowego Dworu. Był przedstawicielem w kahale [zorganizowana społeczność żydowska] oraz w Radzie Miejskiej, a także aktywnym zwolennikiem Eretz Isroel i członkiem Bnei Mosze [Synowie Mojżesza], pierwszego odłamu w ruchu syjonistycznym. Jego syn, syjonistyczny działacz społeczny Jankew Jures, znany jako "Jures Młodszy", wychowywał się w szacownym domu z syjonistycznym klimatem.

Byłem bardzo bliskim przyjacielem Jankewa Juresa. Pamiętam go od wczesnego dzieciństwa. Mieszkaliśmy w tym samym budynku, którego właścicielem był najlepszy przyjaciel Jankewa, dentysta Szmuel Grabman. Mieszkaliśmy w części frontowej, "Staruszek Jures" nad nami, a "Jures Młodszy" mieszkał w aneksie, gdzie miał również swoje studio fotograficzne.

Był bardzo przystojny. Dziś powiedzielibyśmy, że wyglądał jak gwiazda filmowa - wysoki, szczupły, z głową o czarnych włosach, wielkimi brązowymi oczami, schludny i elegancki, nieco powściągliwy, wielki wielbiciel zagranicznych manier. Krótko mówiąc, był żydowskim arystokratą, wyróżniającym się na tle małego, szarego miasteczka.

Chociaż miejscowi Żydzi zwracali się do ojca poufale "Reb Note", do syna zwracano się zawsze nie inaczej niż Pan Jures. Trzymał się on z dala, nawet od bliskich mu osób. Fascynowały go rzeczy nowe i nowoczesne, co, jak sądzę, przyciągnęło go do zawodu fotografa, który w tamtych czasach był dość skomplikowanym zajęciem. Ówczesny aparat fotograficzny stał na czterech chwiejnych nogach, miał czarną pokrywę i wyglądał, jak jakieś złe stworzenie gotowe cię połknąć. W atelier były dekoracje - zaczarowane zamki, ogrody i lasy, które służyły za tło. Przy wykonywaniu zdjęcia następowała długa seria regulacji i manipulacji zasłonami na szklanym dachu, aby uchwycić właściwy rodzaj światła. A najważniejsze było ustawienie fotografowanego człowieka w odpowiedniej pozie, z właściwym subtelnym uśmiechem, tak, aby portret był realistyczny. Było inaczej niż dzisiaj, gdy za pomocą jednego kliknięcia aparatem zdjęcie jest gotowe. To były inne czasy, wszystko trzeba było zrobić samodzielnie i po prostu dobrze.

Jankew Jures był także pierwszym w mieście, który jeździł na rowerze. Kiedy wybierał się na przejażdżkę po ulicy, aby odetchnąć trochę świeżym powietrzem w letni wieczór, ja z intuicją dziecka, już rozumiałem, że dziewczyny i kobiety były zazdrosne o cichą i skromną Soltsze, córkę Jeketskla Zejgermahera, która okazała się być bardzo skuteczną w "złapaniu" tak przystojnego i utalentowanego człowieka.

Kiedy Juresowie przenieśli się do nowo wybudowanego przez warszawskiego Żyda Roznfelda domu w miejscu, w którym wcześniej był mały domek należący do rodziny Motela Peretza, Jankew również przeniósł tam swoje rozbudowane studio fotograficzne. W tylnym skrzydle, w długiej, powiększonej przestrzeni, otworzył nowy biznes - kino, w którym w sobotnie wieczory i niedziele można było zobaczyć "żywe obrazy" - tupaliśmy nogami jak długo nam się chciało, gdy film zrywał się co kilka minut . Lubiłem patrzeć, jak Jankew, z długimi palcami, paznokciami pożółkłymi od chemikaliów fotograficznych, majstrował przy maszynie, dopóki nie zaczynała działać. Miałem wrażenie, że robił to bardziej dla hobby niż dla zarabiania pieniędzy.

Tak właśnie poznałem go i widziałem w dzieciństwie przed I wojną światową. W latach okupacji niemieckiej Jankew Jures był bardzo aktywny społecznie i w bardzo zorganizowany sposób odnawiał kahał (kehile), który był wtedy w ruinie. Cichy, inteligentny Jeketskl Berman został prezydentem kahału, a Jankew Jures był sekretarzem i życiem organizacji. Farmaceuta Hildebrand był skarbnikiem, Reb Mejer Lihtensztajn przedstawiciel kręgów religijnych a Reb Herszl Bojm, syn bogacza Reb Jehojesza Bojma, był przedstawicielem zwykłych Żydów z klasy średniej. Przez dwa lata, zanim opuściłem Nowy Dwór, byłem sekretarzem, urzędnikiem kahału i codziennie odwiedzałem dom Jankewa Juresa. Biuro kahału znajdowało się w budynku Akie Bosmana, obok domu Rosenfelda, w którym mieszkał Jankes Jures, miałem okazję widzieć wszystko, co robił dla kahału.

Zgodnie z dyrektywą zarządzającą żydowskimi kahałami wydaną przez generała Von Beslera, niemieckiego gubernatora okupowanej Polski, i dzięki umiejętnościami oraz energii Jankesa Juresa, administracja kahalna stała się instytucją prawną dla Żydów z Nowego Dworu, prowadzoną w nowoczesnym sposób pod każdym względem, zdobyła szacunek i podziw Żydów, jak również ogólnych instytucji miejskich, z którymi kahał był połączony.

W tym okresie Jankew Jures był również radnym miejskim w rządzie miejskim i wraz z Reb Szimenem Note Srebrenikiem utworzył pierwszą radę syjonistyczną, której członkami byli: Note Zaltsman, Lipa Mundlak, Rokhele Neufeld, Riwtsze Jerozalimski i piszący te słowa. Podsumowując, Jankew Jures był działaczem społecznym we wszystkich dziedzinach.

Później dowiedziałem się, że Jankew przejął praktykę prawniczą swojego ojca po śmierci. Jestem pewien, że był również biegły w tym, ponieważ zawsze lubił prawo i lubił odnosić się do źródeł prawniczych.

Prawdziwym dziedzicem zawodu prawnika w rodzinie był najstarszy syn Jankewa, Josef, lub jak go nazywano w domu, Josek. Ukończył już studia prawnicze. Przed ostatnią wojną natknąłem się na niego w sądach w Warszawie, wysoki i smukły w dostojnej todze adwokata, a ja często później myślałem, że to jest spełnienie marzeń jego dziadka Note, protoplasty tej rodziny prawników.

I to był koniec tej aktywnej społecznie rodziny z Nowego Dworu. Jankewa Juresa; jego wytwornej żony, Soltsze; ich syna Josefa i jego uroczej żony, córki wybitnego i bogatego Mojsze Bermana; ich małego dziecka; i młodszego syna Jankewa - wszyscy zostali zabici przez nazistów. Jedyna ocalała córka Jankewa Juresa, Dorke, mieszka w dalekiej Wenezueli z mężem Mejerem Mundlakiem, potomkiem wybitnej rodziny Mundlaków z Nowego Dworu.

 


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of
fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities.
This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification.
JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions.
Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Nowy Dwór Mazowiecki, Poland     Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Binny Lewis
This web page created by Jason Hallgarten

Copyright © 1999-2019 by JewishGen, Inc.
Updated 18 Myy 2018 by MGH