« Previous Page Table of Contents Spis treści


[Tekst hebrajski – ss. 170-172; tekst jidysz – ss. 156-159]

Wyskoczyłam z pociągu do Bełżca

by Bronia Oling-Burg

Translated by Ireneusz Socha

Donated by Jacek Dymitrowski

W szabatowy wieczór 13 listopada po getcie rozeszły się złowróżbne wieści, że za dwa dni, w niedzielę 15 grudnia[1], wygnają nas z getta. Obydwaj moi bracia mieli dobrą pracę i byli pewni, że pozostaną w getcie. Ja pracowałam w szpitalu. Ojca przetrzymywaliśmy w kryjówce.

Mieliśmy taki przyjemny szabat!

Gdy szabat zbliżał się do końca, polska i niemiecka policja okrążyła getto. O świcie, kiedy wychodziłam do szpitala do pracy, moi bracia pocieszali mnie, że zostaną ze mną w getcie.

Nagle powstała straszna wrzawa. Ludzie rozbiegli się we wszystkie strony jak szaleni: szef gestapo wyszedł przed tłum i odczytywał listę 540 ludzi, którzy pracowali na kolei – tylko oni mieli zostać. Tylko oni zasłużyli na to, aby pozostać przy życiu. Reszta Żydów miała zostać zgładzona.

Wkrótce potem gestapowscy złodzieje zakradli się do szpitala z następującym rozkazem: wszyscy – bez względu na stan zdrowia – mają opuścić szpital. Jak gorzko brzmiały te słowa w moich uszach! Zdałam sobie sprawę, że ja także muszę iść na śmierć. Że już nie zobaczę ojca ani braci.

Chorzy na tyfus, z gorączką ponad 40 stopni, zostali zabrani ze szpitala. Na dworze panował okrutny mróz, a chorzy ludzie, odziani jedynie w koszule, byli przygotowywani do wysyłki. My, zdrowa młodzież, pod gradem gróźb i razów, szczuci psami, zostaliśmy przegnani na plac, skąd miał być odprawiony transport. Do wysyłki przygotowywano tysiące ludzi z różnych miast i miasteczek!

Stałam i patrzyłam, mając nadzieję, że – broń Boże! – nie zobaczę, jak prowadzą mojego ojca i dwóch braci. Szliśmy na dworzec kolejowy piątkami. Rozkaz „na lewo! na lewo!” powtarzał się bez przerwy. I tak szliśmy, jak baranki , aby umrzeć w piecach Bełżca.

Do każdego wagonu wchodziło stu ludzi. Przyszła na mnie kolej wejść do pociągu śmierci. Nie było żadnego sposobu, aby z niego uciec. Było jasne, że wysyłano nas na śmierć.

Wypełniono sześćdziesiąt wagonów, sześćdziesiąt wagonów kolejowych do Bełżca. Starzy i młodzi, mężczyźni, kobiety i dzieci. Przypadł nam w udziale los wszystkich Żydów – jechaliśmy po to, by zginąć.

Transporty stawały obok maszyny produkującej trujące gazy[2], a Żydów zamykano w komorze gazowej, gdzie wili się w męczarniach, aż nie zadusili się na śmierć.

Pociąg ruszył dopiero o 20:00. Wielu sądziło, że zdoła się uratować, że nie trafi tam, dokąd ich wieziono. Noc była ciemna, do wnętrza wagonów wpadało tylko słabe światło latarek esesmanów strzegących transportu.

Ludzi poupychano w wagonach niczym worki. To była długa, mordercza podróż: jechaliśmy w strasznym tłoku, na stojąco. Śmierć zaglądała nam w oczy.

Kto miał tak umrzeć? Kto miał skonać, nie wytrzymawszy mąk tej podróży? I co to da, że komuś uda się znieść tę podróż?

Dokąd nas wieźli? Jechaliśmy niczym baranki na rzeź, ofiary przeznaczone na całopalenie w krematoriach.

A jednak każda dodatkowa chwila życia była dla nas cennym darem. Kto wie, może niektórzy zostaną ocaleni?

Nie było ławek, nie było gdzie spocząć. Ludzie siadali tam, gdzie stali.

Te dzikie bestie wymierzały nam razy za najcichszy szmer, nie można było nawet jęknąć. Ludzie płakali więc w duchu, zagryzając wargi i przełykając łzy. Niektórzy jedynie machali bezradnie rękami, bili głowami w ścianę lub darli włosy z głów. Bezgłośnie wzywali Pana Wszechświata, wołali matkę i ojca w świecie prawdy[3].

Kiedy zorientowaliśmy się, że ruszamy, wybuchnęliśmy jeszcze większym płaczem. Płakaliśmy dotąd, aż zabrakło nam łez: ciężkie westchnienia wydobywały się z udręczonych serc. Wielu jechało w milczeniu, bo na nic już nie mieli siły. W ciemności nocy nikt nie widział tych, którzy zasłabli: kiedy usta zamilkły, oczy robiły się szklane, a serca przestawały bić.

W wagonie było dużo dzieci, których nie odłączono od matek.

Nagle usłyszano głos starego Żyda. Był to Fajwel Wilner. „Żydzi, odmówmy Psalmy! Wyznajmy wiarę, musimy być przygotowani…”

Kobiety zaniosły się głośnym płaczem, a wśród mężczyzn nastąpiło poruszenie. Józef Taub krzyknął, że może usunąć deskę w podłodze i umożliwić wyjście z wagonu, dzięki czemu ludzie będą mogli ocalić życie. Ci, którzy chcą i czują się na siłach, aby wyskoczyć z pędzącego pociągu… Ale czego mógł dokonać przy pomocy kieszonkowego nożyka? Jednak nie spoczął ani na chwilę: „Żydzi – zawołał – może będzie nam dane dożyć końca wojny! To potrwa nie więcej niż kilka tygodni. Musimy się ratować. Musimy znaleźć sposób, aby wyskoczyć.”

Niedaleko mnie siedziała jego żona z dwojgiem cudnych dzieci. Dziewczynka płakała, bo coś ją bolało.

Matka pocieszała córkę, gładziła jej piękne włosy i mówiła: „Już niedługo. Przyjedziemy do cioci i dostaniesz śliczne zabawki.” W wagonie rozległ się jęk rozpaczy.

W słowach zrozpaczonej matki my słyszeliśmy jednak inny, bardzo cichy głos: „Kiedy już przyjedziemy do tego strasznego miejsca, podam dzieciom truciznę, którą mam przy sobie. Wiem, że matka nie powinna tego robić. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: dokąd my jedziemy? Jedziemy do Bełżca”. Nagle, z głębi złamanego serca wydobył się krzyk: „B-e, dlaczego dałeś mi dzieci? Żebym je zabiła? Więc teraz podam im truciznę, żeby miały lżejszą śmierć”.

Jej mąż jęknął cicho: „Kochana, wszyscy musimy przyznać się przed samymi sobą, że jesteśmy już starzy. Nasze życie na tym pięknym świecie dobiega końca i nie zostaje nam nic prócz śmierci”.

Inni mężczyźni podnieśli głos: „Gdybyśmy tylko mogli umrzeć tak po prostu i nie musieć zginąć taką straszną śmiercią, jaka nas czeka!”

Wszyscy cierpieliśmy straszne pragnienie. Dzieci błagały matki: „Mamo, daj mi wody, bo pali mnie w gardle!”

Przed załadunkiem Niemcy wysypali podłogi wagonów pyłem cementowym. To właśnie on teraz dławił ludzi i stawał im w gardle. Wszyscy oddaliby wszystko za łyk wody.

Słysząc te wrzaski, esesmani wrzucili do wagonu butelkę wody – jedną na stu ludzi. Dalibyśmy za nią srebro i złoto, ale nie wszystkim było dane zaczerpnąć z niej wody. Ludzie wyrywali ją sobie z rąk. Ludzie? To już nie byli ludzie. Ich życie nie miało już sensu. Kłócili i bili się o nią – żeby tylko zaspokoić pragnienie.

Usłyszeli to esesmani, którzy zaproponowali, że jeśli oddamy im wszystko, co jeszcze nam zostało, to uchylą zasuwę wagonu na pięć sekund i wtedy każdy, kto tylko może, będzie mógł wyskoczyć, i dzięki temu na pewno uda mu się przeżyć.

Wszyscy pokornie oddali to, co mieli. Esesmani zabrali wszystko i przestali zaglądać przez okienko do wnętrza wagonu. Oszukali i zadrwili z nas.

Mężczyźni knuli dalej, jak po tym wszystkim ratować się od śmierci. Józef Taub wstał, podszedł do zadrutowanego okienka i ponownie zaczął robić użytek ze swojej małej „broni”, czyli scyzoryka. Usiłował nim przepiłować metalowe druty. Nagle krzyknął: „Przeciąłem! Teraz możecie się ratować!” Gdzieś z boku dał się słyszeć głos starego Żyda, który zaczął się żalić takimi słowy: „Dla mnie nie ma już ratunku. Jestem za stary. Jestem chory i słaby. Gdybym wyskoczył, to już bym się nie podniósł, czyli odebrałbym sobie życie własnymi rękami. Wolę już raczej umrzeć śmiercią, jaką przeznaczył dla mnie Pan Wszechświata. Jeśli ma to być śmierć w ogniu, niechaj tak się stanie…”

Ciągnął dalej: „Ja już nie wiem, co jest właściwe, a co nie jest właściwe. Ale powiem wam, że kto czuje się na siłach, by skoczyć, powinien skoczyć i ratować się. Kto pragnie wyskoczyć, powinien koniecznie to zrobić. Obyście tylko nie pokiereszowali się zbytnio i nie wpadli w ręce Niemców. Oby było wam dane ujrzeć wybawienie”.

Starsi mężczyźni skoczyli do okienka, aby sprawdzić, czy nie widać esesmańskich strażników. Dodawali sobie otuchy. Mendele Siedlisker miał skoczyć pierwszy. Chorował na tyfus i miał 40 stopni gorączki. Gdy skoczył, nie było słychać żadnych strzałów. Prosiliśmy B-a, żeby udało mu się w pokoju wrócić do getta.

Stałam obok Fajwela Wilnera, mojego krewnego. „Brachale[4] – powiedział – dlaczego nie jedziesz razem z twoimi braćmi? Oni też są w tym transporcie – w pierwszym wagonie”.

Nie mogłam go słuchać. Byłam pewna, że zostali w getcie. Oblał mnie zimny pot. Nie miałam siły się odezwać.

Z wielkim rozmachem wyrwałam się ku małemu okienku, żeby wyskoczyć. Chciałam zginąć pod kołami pociągu, żeby nie widzieć gorzkiego końca moich braci w Bełżcu. Przede mną wyskoczyło kilku mężczyzn. Chciałam zrobić to samo i być razem z nimi. Jednak odepchnięto mnie na bok. Nie pozwolono mi skoczyć. Jednakże moja silna wola ostatecznie przemogła ich opór, choć oni nie chcieli mnie brać na swoje sumienie.

W końcu dopchałam się do okienka. Józef Taub sprawdził, czy nie widać niemieckiego strażnika i rzucił szybko: „Teraz możesz skakać”.

Serce waliło mi jak młotem. Mój kawałek chleba oddałam innej osobie i przygotowałam się do skoku. Byłam pierwsza w kolejce.

Pociąg jechał zbyt szybko, ale młodzi chłopcy pomogli mi wyskoczyć. Zniknęłam. Upadłam na pięknie ośnieżone na biało tory. Jak było do przewidzenia, zraniłam się. Bolał mnie prawy bok. Dobrze słyszałam, jak wrzeszczą za mną, że wyskoczyłam. To było dziewięćdziesiąt kilometrów za Dębicą.

Pragnęłam zginąć pod kołami pociągu, ale B-g chciał, że przeżyłam.

Pociąg niespiesznie pojechał dalej. Było bardzo ciemno. Czwarta nad ranem.

Patrzyłam na oddalające się wagony, które wiozły ludzi mi bliskich i nieznanych na śmierć, i zdałam sobie sprawę, że nie mogę im pomóc w żaden sposób. Pociąg zniknął. Zawróciłam, bo chciałam wracać do Dębicy, do getta. Kierując się światłem semaforów, dotarłam na stację kolejową w Łańcucie. Ukryłam się w tłumie Niemców i wyszłam poza miasto. Różne myśli chodziły mi po głowie. Na przykład taka: czy wszyscy, którzy mnie zobaczą, nie domyślą się, że wyskoczyłam z transportu.

O szóstej rano dotarłam do domu zamieszkałego przez katolicką rodzinę Tracańskich. Otworzyłam drzwi, poprosiłam o trochę wody i spytałam, która godzina. Kobieta odrzekła, że domyśla się, iż jestem Żydówką. Zaprosiła mnie do swojego pokoju i powiedziała, że już przechowywała kilkoro Żydów. Mówiła, że nie powinnam – B-e broń – się bać, że mogę spokojnie wejść. Ta katoliczka oddała mi pokój i mówiła do mnie jak matka. Zaraz podała mi śniadanie i przygotowała mnie na dalszą drogę. Powiedziałam, że oddałabym wszystko za chustkę na głowę, aby jakoś ukryć moje żydowskie oczy, a ona wyciągnęła z komody nową chustkę w zielony wzór i powiedziała: „Zielony – to kolor nadziei. To dobry znak, że uda ci się wrócić do domu”. Życzyła mi powodzenia w podróży i poprosiła, abym kiedyś napisała do niej.

Na dworze było bardzo zimno. Szłam szybko. Wydawało mi się, że śledzą mnie cienie, które dybią na moje życie. Było widać tylko pola i lasy. Wszystko było zasypane śniegiem. Chwiałam się wietrze. W nocy dotarłam do Rzeszowa. Zatrzymałam się niedaleko getta. Jakaś gojka zwróciła się do mnie: „Jesteś Żydówką. Od razu widać. Chcesz wejść do getta? Czy ty wiesz, co się tam teraz dzieje? Szukają Żydów, którzy ukryli się przed deportacją. Zastrzelą każdego, kogo znajdą. Ty możesz być następna. Idź na wieś, zostań tam na noc. Do getta wejdziesz rano”. Nie miałam wyboru, nie tylko chciałam, ale i musiałam zrobić tak, jak mi powiedziała, więc poszłam do pobliskiej wioski.

Zaszłam do jednej z chałup i spytałam katolickiego gospodarza, czy pozwoli mi przenocować. Zażądał moich dokumentów, bo nie było wolno dawać noclegu obcym. Zapukałam do innych chałup i wszędzie dostałam taką samą odpowiedź. Okazało się, że muszę przenocować na dworze. Pobiegłam w stronę zagajnika. Zerwałam gałąź z rosnącego w gęstych zaroślach drzewa i położyłam się w śniegu z gałęzią pod głową. Próbowałam zasnąć i w końcu zmorzył mnie głęboki sen. Spałam spokojnie do rana.

Dniało. Przemarzłam na kość. Chciałam się napić czegoś ciepłego, ale gdzie? Miałam za to dużo śniegu do jedzenia. Nie mogłam kupić nawet kawałka chleba, choć miałam pieniądze. Postanowiłam spróbować trochę zamrożonych okruchów, który mi zostały. Bardzo mi smakowały.

Wybrałam się w dalszą drogę przez pola i lasy. Miałam jeszcze bardzo daleko do domu. Zapadła kolejna noc i znów nie miałam dachu nad głową. Szukałam stodoły lub szopy, gdzie mogłabym przespać noc, ale wszystkie drzwi były zamknięte i zaryglowane.

W końcu natrafiłam na małą komórkę. Ukryłam się w niej. Cichutko wpełzłam pod siano i zaczęłam płakać. Zanosiłam się od płaczu. Za jakież to grzechy spotkał mnie taki los? Czym zawiniłam, że takie udręki spadły na moja głowę? B-e, okaż litość sierocie! Spraw, by mój ojciec jeszcze żył! Przełykając łzy, zapadłam w niespokojny sen i spałam do rana.

Wyszłam z komórki około szóstej rano. Gospodarze byli już na nogach i zaczęli się krzątać w obejściu. Weszłam do izby i poprosiłam o wodę. Nie miałam już siły. Pewnie wyglądałam jak osoba, która postradała zmysły. Zlitowali się nade mną: dali mi trochę mleka i pajdę chleba. Jednak szybko domyślili się, że jestem Żydówką i kazali mi natychmiast odejść.

Zostawiłam ich córce 20 złotych i poprosiłam ją, aby wskazała mi bezpieczną drogę tak, abym mogła trafić do domu. Dzieci idące do szkoły wołały za mną: „Żydowica idzie! Na pewno uciekła z getta!”

Te słowa zmroziły krew w moich żyłach. Wydawało mi się, że nie mam szans dojść do dębickiego getta. Jednak im większe kłody rzucano mi pod nogi, tym większą determinację czułam.

Pod wieczór w środę zobaczyłam, jak gojka z córką kopią rzepę w polu. Poprosiłam, aby zabrała mnie ze sobą i pozwoliła mi przenocować w stodole. Jej córka przejęła się moim losem i nalegała na matkę. Jednak kobieta stwierdziła, że najpierw musi poprosić swojego męża o zgodę. Od razu stwierdził, że jestem Żydówką. Wtedy nie było łatwo być Żydem, o nie. Chłop zażądał ode mnie pieniędzy, a gdy je dostał, zaprowadził mnie na poddasze, gdzie miałam mieć miejsce do spania.

W środku nocy zawołał, abym zeszła na dół. Dał mi trochę ziemniaczanki i kawałek chleba. Zaraz potem szybko wlazłam z powrotem na poddasze.

Zerwali mnie ze snu o piątej rano. Chłop wystraszył mnie, mówiąc, że we wsi są esesmani, którzy legitymują każdego, kogo spotkają. Błagałam, żeby mi pomógł. Zaoferowałam 50 zł, jeśli jego żona wyprowadzi mnie ze wsi. Zgodził się na to za 200 zł, ale jego żona tylko wyprowadziła mnie z chałupy, a sama zatrzymała się w progu. Potem zamknęła drzwi i krzyknęła: „Tutaj w ogóle nie ma Niemców!”

Chłopu zależało tylko na tym, aby wyłudzić ode mnie pieniądze. I udało mu się. Miał szczęście. Lecz ja także miałam swój szczęśliwy traf.

Do dębickiego getta dotarłam w czwartek w nocy. Jednak wstrzymałam się z wejściem, aż do chwili, gdy otrzymałam potwierdzenie, że ojciec żyje. Spytałam o to kilku gojów, których znałam. Okazało się, że rozmawiali z nim niedawno. Był w getcie.

Musiałam zaczekać, aż zrobi się całkiem ciemno. Po zmroku przecięłam kilka drutów w bramie i weszłam.

Starzy i młodzi zaczęli wołać: „Bronia uciekła z pociągu śmierci!” Przecisnęłam się przez tłum i w końcu dotarłam do ojca.

Ludzie uprzedzili go o moim powrocie, dlatego czekał na mnie przed domem. Uwiesiłam mu się na szyi i zaczęłam strasznie szlochać. Nie mogłam przestać. Ojciec całował mnie i głaskał jak małą dziewczynkę.

Nie mogłam rozpoznać mojego ukochanego ojca. Przez kilka dni postarzał się o wiele lat.

Sąsiedzi pocieszali go przez cały czas, mówili mu, że na pewno wrócę. I oto ich słowa się sprawdziły.

Opowiedziałam mu całą historię ze wszystkimi szczegółami: o wagonie i trudnej podróży. Zasnęłam dopiero późno w nocy z nadzieją, że może wreszcie nadeszły lepsze czasy dla Żydów.

Przetłumaczył z języka angielskiego, opracował i opatrzył przypisami:

Ireneusz Socha © 2008

Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z przekładu hebrajskiego oryginału na język angielski
(Jumping off the Train to Belzec, Bronia Oling-Burg, tłum. i oprac. Jerrold Landau Page 168).
[Sefer Dembic, s. 170-172, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964].


  1. Tak w oryginale. 15 grudnia 1942 roku zaczęła się druga akcja likwidacyjna w dębickim getcie (Ireneusz Socha) Return
  2. W komorach gazowych w Bełżcu stosowano spaliny produkowane przez ciężarówkę z silnikiem diesla. (Jerrold Landau) Return
  3. Określenie „świat prawdy” nawiązuje do świata zmarłych. (Jerrold Landau) Return
  4. Brachale – zdrobnienie od imienia żeńskiego Bracha (hebr. „błogosławieństwo”). (IS) Return


[175]

Sprawiedliwi wśród narodów świata

Translated by Ireneusz Socha

Donated by Jacek Dymitrowski

Dom w Dębicy – w pobliżu budynku Gestapo. W domu tym przechowano trzynaście osób. Przez większość czasu siedziały na strychu, a przez pewien czas – w piwnicy pod garażem. Lata okupacji hitlerowskiej obfitowały w historie o sile drzemiącej w człowieku, lecz niewielu ludzi mogłoby się równać z młodym polskim lekarzem, dr Aleksandrem Mikołajkowowem i jego żoną Leokadią. Ryzykowali życie swoje i swoich małych dzieci, aby udowodnić, że istnieją jeszcze przyzwoici ludzie, którzy cenią ludzkie życie i wartości humanistyczne.

Dr Mikołajków nie może nam o tym sam opowiedzieć, gdyż zginął dnia, kiedy wyzwalano Dębicę, podczas opatrywania rannego. Lecz A. R.[1], jedna z trzynastu osób, które zostały uratowane – dziś rabin w nowojorskiej dzielnicy Brooklyn – opublikował historię opowiadającą o odwadze doktora i jego żony. Przez dwa lata próbował zdobyć wizę wjazdową do Stanów Zjednoczonych dla Pani Mikołajków, która bardzo pragnie spotkać się i pobyć dłużej z tymi, których uratowała. Ku jego wielkiemu rozczarowaniu, rząd Stanów Zjednoczonych odrzucił wniosek. Młody, trzydziestotrzyletni rabin, maż, ojciec trojga dzieci, wciąż nie może zapanować nad emocjami opowiadając o udrękach, jakie stały się jego udziałem. Poniżej przekazuję jego historię tak, jak mi ją opowiedziano.

Hitlerowcy podbili Dębicę w 1939 r. i natychmiast przystąpili do prześladowania Żydów i polskiej inteligencji. Zaczęli m.in. od utworzenia obozu koncentracyjnego, a następnie getta.

Dr Mikołajków – jako lekarz miejskiej kasy chorych – nie mógł się pogodzić z hitlerowskimi restrykcjami i prześladowaniem Żydów. Uważał, że niesprawiedliwość czyniona wobec części populacji miasta jest niesprawiedliwością czynioną wobec wszystkich.

Rabin – który był wówczas trzynastoletnim chłopcem i już przed wojną leczył się u doktora – prosił go o załatwienie jakiejś pracy, która pozwoliłaby mu uniknąć – choćby przez krótki czas – transportu do obozu. Z racji wykonywanej profesji doktor mógł przez pewien czas zatrudniać chłopca w roli gońca.

W piątek rano pani Mikołajków pojawiła się w getcie i powiedziała, iż wie o niemieckich przygotowaniach do likwidacji Żydów, co ma nastąpić za kilka dni. Wiadomość o zbliżającym się nieszczęściu rozeszła się bardzo szybko po getcie. Przerażeni Żydzi zaczęli budować kryjówki pod swoimi domami lub uciekali z miasta. W owym czasie doktor powiedział gońcowi, że chciałby uratować całą jego rodzinę, nawet gdyby wiązało się to z wielkim niebezpieczeństwem.

W dniu 17 czerwca 1942 r. – znów za sprawą pani Mikołajków – rozeszła się wiadomość, że likwidacja zacznie się za kilka godzin. Pani Mikołajków dała gońcowi klucz na strych i powiedziała: „Spróbuj uratować, kogo tylko możesz”. W kilka godzin chłopcu udało się wprowadzić na strych całą swoją rodzinę – z wyjątkiem jednej z sióstr, której akurat nie było w domu – oraz rodzinę swojego wuja.

Był to nieduży, dwukondygnacyjny dom. Doktor wraz z rodziną i służącą mieszkał na parterze. Pierwsze piętro zajmował nieżonaty lokator. Ich obecność bardzo niepokoiła doktora, gdyż upatrywał w służącej i w lokatorze potencjalną piątą kolumnę i dlatego musiał na nich uważać tak, jak na Gestapo.

Pewnego dnia rabin dowiedział się, że w mieście rozlepiono obwieszczenia mówiące, iż osoby ukrywające Żydów, zostaną rozstrzelane. Natychmiast poszedł do doktora i powiedział mu, że rodzina, którą przechowuje, nie wiedziała, iż z jej powodu doktor narazi na niebezpieczeństwo życie własne i swojej rodziny. Dr Mikołajków odparł: „Dla ratowania niewinnych ludzi zawsze chętnie zaryzykuję życie”.

W nocy, kiedy lokator i służąca spali w swoich pokojach, doktor wraz z żoną przynosił ukrywającym się Żydom jedzenie. Na strychu nie było toalety, więc swoje potrzeby załatwiali do kubła. Doktor wynosił go co noc i nigdy się na to nie skarżył.

Tymczasem hitlerowcy zaczęli gromadzić w getcie wielką liczbę Żydów z całego regionu. W pewnym momencie liczba ta sięgnęła 12000 osób. W okresie pierwszej akcji do Bełżca wysłano 6000 ludzi. 3000 starców i dzieci zamordowano na miejscu. Zostało jedynie 3000 osób. Byli to wyłącznie wyselekcjonowani robotnicy.

Nie chcąc dłużej narażać życia doktora na niebezpieczeństwo, ukrywający się ludzie opuścili swoją kryjówkę i pod osłoną nocy wrócili do getta. Pomimo młodego wieku chłopiec wziął na siebie odpowiedzialność za dwie rodziny. Biorąc pod uwagę panującą wówczas sytuację było to całkiem normalne, gdyż w czasie wojny dzieci często musiały przedwcześnie dorosnąć. Rabin wspomina: „Pewnego razu słyszałem, jak ośmiolatka pocieszała swoją matkę przed wysyłką do obozu i opowiadała jej, że droga stamtąd prowadzi prosto do Raju”.

Życie w getcie było nie do zniesienia. Żydzi pracowali przy najcięższych robotach, otrzymując w zamian głodowe racje, czyli ćwierć kilograma chleba na dobę. Udzielanie pomocy żydowskiej rodzinie groziło śmiertelnym niebezpieczeństwem, a mimo to pani Mikołajków wychodziła nocą i przynosiła im worki z jedzeniem.

Pewnego dnia dr Mikołajków przekazał rodzinie chłopca list, w którym poinformował, że Żydów w getcie czeka rychła śmierć, i że cała grupa powinna wrócić do niego jak najszybciej. Cała trzynastka wróciła zatem do doktora jeden po drugim tak, aby nie wzbudzić podejrzeń. Przez dziewięć miesięcy ukrywali się w piwnicy za garażem. W kilka nocy przekopali tajne przejście z piwnicy do garażu, przez które doktor podawał im nocą jedzenie.

Warunki w piwnicy były bardzo trudne. Panował tam całkowity mrok. W obawie przed hitlerowcami nie zapalono nawet jednej świeczki. Podczas deszczu woda podtapiała piwnicę i sięgała im czasami po szyję. Jedyną korzyścią w tej sytuacji był fakt, iż wilgoć odstraszała wszy, których nie mogli znieść. Prześladowców jednak nie odstraszała, bo nadal trzymali się mocno.

Pewnego dnia w domu doktora pojawili się gestapowcy i zażądali wydania kluczy do garażu. Nie powiedzieli, dlaczego. Po prostu zażądali, aby opróżnić garaż w ciągu 24 godzin. Owej nocy rodzina przeniosła się na strych, gdzie pozostała do wyzwolenia. Wspominając dziś tamte czasy, rabin uważa za cud to, że udało im się przeżyć w takich warunkach. Prawdopodobnie czerpali potrzebną siłę z głębokiego pragnienia, aby doczekać wyzwolenia i ujrzeć upadek wroga. Znoszone z trudem ograniczenia często były przyczyną kłótni, jakie wybuchały między nimi, lecz uczony i bogobojny ojciec zawsze potrafił ich uspokoić.

Niezwykłe poświęcenie szlachetnej pary zapewniało im dodatkowe wsparcie. Aby pojąć skalę ofiarności, prezentowanej przez Mikołajkowowów, trzeba podkreślić, iż oboje zostaliby niechybnie rozstrzelani, gdyby odkryto, że kogoś ukrywają.

6 czerwca 1944 r., zachęceni przez bliskość armii rosyjskiej, Polacy podjęli próbę powstania przeciwko hitlerowcom, zabijając jednego z nich. Pałając żądzą zemsty, Niemcy zaczęli – dom po domu – przeczesywać całe miasto w poszukiwaniu rebeliantów. W końcu zjawili się przed domem doktora. I wówczas to – jak mówi rabin – zdarzyło się coś, co można określić jedynie słowem „cud”. Hitlerowcy ustawili u wejścia do domu drabinę, która sięgała na strych, i jeden z nich zaczął wchodzić na górę. Nie sposób opisać, co czuli ukrywający się na strychu ludzie. Sparaliżowani strachem, zaczęli szeptem wyznawać wiarę w oczekiwaniu na bliski koniec. Dało się już widzieć wykrzywioną w morderczym grymasie twarz hitlerowskiego kapitana, kiedy nagle coś upadło. Niemiec zszedł na dół, aby sprawdzić, co się stało, i już nie wrócił.

Kilka dni przed wyzwoleniem ukrywający się ludzie słyszeli odgłosy bombardowania i ostrzeliwania miasta. Nikt nie mógł im przynieść jedzenia, gdyż okolica była pod ostrzałem. W konsekwencji cała trzynastka nie jadła nic przez kilka dni.

Rabin nie pamięta dokładnie, kiedy dotarła do nich nowina o wyzwoleniu. Pamięta tylko moment wyjścia z ukrycia. Niepodobna opisać, jak wyglądały twarze ocaleńców. Nie przypominali ludzi: brudni, z brzuchami wzdętymi z głodu i półślepi od długiego przebywania w ciemności.

Po wyzwoleniu miasta przez Rosjan cała rodzina trafiła do szpitala na dłuższą rekonwalescencję. Byli w bardzo złym stanie, lecz powoli odzyskiwali siły i doczekali zwycięstwa, o którym tak marzyli podczas długich, przeżytych w męce lat. Niestety, cnotliwy doktor, który tyle wycierpiał, aby umożliwić im dożycie do czasu wolności, nie doczekał zwycięstwa. Zginął w dniu wyzwolenia miasta, podczas świadczenia pierwszej pomocy rannemu. Rabin mówi: „Każdego roku pamiętam o rocznicy jego śmierci. Wierzę w życie pozagrobowe i ufam, że dr Mikołajków zajmuje należne mu miejsce”.

Po jego śmierci doktorowa pozostała bez środków do życia. Ocaleńcy przenieśli na nią prawo własności do rodzinnego domu w Dębicy, a po przenosinach do obozu przesiedleńców w Austrii, zaczęli niezwłocznie wysłać do niej paczki z żywnością – zebraną z własnych racji żywnościowych.

Zaraz po przybyciu do Stanów Zjednoczonych zaczęli posyłać doktorowej paczki z żywnością, odzieżą i lekarstwami, aby jej pomóc w wychowaniu dwóch synów. Jeden z nich jest obecnie lekarzem, drugi – inżynierem.

Przetłumaczył z języka angielskiego, opracował i opatrzył przypisami:

Ireneusz Socha © 2005

Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z przekładu hebrajskiego oryginału na język angielski
(From Among the Righteous Gentiles, tłum. i oprac. Jerrold Landau Page 175).
[Sefer Dembic, s. 175, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964].


  1. Efraim Reich. (przyp. tłum) Return


[177]

Kolebka młodości

Ruchama Bornstein

[Translated by Ireneusz Socha

Donated by Jacek Dymitrowski

Nie ma już Dębicy, naszej Dębicy. I nie ma naszej „dobrej ziemi”, po której tak lubiliśmy spacerować. Upłynęło ponad 45 lat od czasu, kiedy opuściłam mój dom rodzinny: kamienicę i fabrykę naprzeciwko synagogi. Nie było łatwo zostawić wszystko – ojca, matkę, siostry, braci, dziadka i babcię, grono przyjaciół i sąsiadów, a i samo miasto, w którym się wychowałam, zostałam aktywistką różnych organizacji i – mam nadzieję – pomagałam innym odnaleźć drogę ku lepszemu i piękniejszemu życiu.

Wielokrotnie zmagaliśmy się z prawymi, pobożnymi Żydami, nierzadko również z ciemnymi fanatykami, którzy widzieli w nas, syjonistach i członkach Poale Syjon [1], wcielenie sił diabelskich [2].

Jakie cudowne były szabasy i święta w naszym mieście! Synagogi i betmidrasze były pełne wiernych. Modlitwy kruszyły mury [3]. Żydowskie matki, których serca pękły z rozpaczy, pogrążone w łzach, znajdowały tam ukojenie i pocieszenie. Któż by nie pamiętał nabożeństw odprawianych przez naszego rabina w okresie Rosz Haszana i Jom Kipur? Nigdy nie zapomnę modlitw mojego dziadka, błogosławionej pamięci reb Mendela Mahlera. Wciąż mam w uszach jego głos i śpiew.

Któż w Dębicy nie słyszał modlitw „chacot” zmawianych przez pobożnych Żydów w środku nocy [4]? Któż na Starym Mieście nie słyszał nocnego wołania szamesa [5]: „Wstańcie, Żydzi, czcić Stwórcę!”? Kto w piątkowe popołudnia tuż przed szabasem nie widział Żydów w pośpiechu idących do łaźni, aby odświeżyć i obmyć się z codziennych trosk i móc godnie uczestniczyć w nabożeństwie w synagodze lub w betmidraszu?

W podświadomy sposób zaczynamy postrzegać Dębicę owego czasu w nowym świetle. Niegdysiejsze zmagania schodzą na drugi plan, a w pamięci zostaje nam jedynie ciepły dom rodzinny lat minionych, Kolebka naszej młodości.

Przetłumaczył z języka angielskiego, opracował i opatrzył przypisami:

Ireneusz Socha © 2005

Powyższe tłumaczenie zostało dokonane z przekładu hebrajskiego oryginału na język angielski
(The Cradle of our Youth, tłum. i oprac. Jerrold Landau, Page 177).
[Sefer Dembic, s. 177, red. Daniel Leibel, Tel Awiw, 1964].


  1. Poale Syjon – (jid. „robotnicy Syjonu”), właściwie: Żydowska Socjalno-Demokratyczna Partia Robotnicza Robotnicy Syjonu, partia polityczna utworzona w 1905 r. w Królestwie Polskim. Od 1918 r. działała na obszarze całego państwa polskiego. Głównym celem programowym partii było utworzenie w Palestynie niepodległego państwa żydowskiego na zasadach socjalistycznych. W bieżącej działalności postulowała autonomię kulturalno-narodową Żydów w Polsce i poprawę warunków płacy i bytu żydowskich pracowników najemnych. (Encyklopedia PWN) Return
  2. W oryginale „sitra achara”, co oznacza „drugą stronę” w języku aramejskim. Termin talmudyczny określający Szatana lub ciemne siły działające w świecie. (Jerrold Landau) Return
  3. Najprawdopodobniej odniesienie do „murów” oddzielających ludzkość od Boga. Metafora rozpowszechniona w żydowskiej myśli religijnej. (Jerrold Landau) Return
  4. Odniesienie do „Tikkun chacot”, zbioru modlitw i lamentacji zmawianych w środku nocy i upamiętniających zniszczenie Świątyni Jerozolimskiej i upadek moralności ludu Izraela. Obrzęd ten nie jest obowiązkowy i z zasady jest zachowywany jedynie przez nadzwyczaj pobożnych Żydów. Obecnie niepraktykowany powszechnie. (Jerrold Landau) Return
  5. Szames (hebr. „szamasz”) jest pracownikiem, który spełnia w synagodze wiele istotnych posług religijnych. Do jego zadań należy doglądanie codziennych modlitw, włączając w to dbanie o sprzęt liturgiczny – modlitewniki, Biblię, zwoje, itd. Często też czyta Torę (jako baal korech) lub zastępuje kantora. Pomaga rabinowi na wiele sposobów. (http://www.jewish.org.pl/polskie/materialy/judaizm/synagoga/synagoga.html) Return

 

« Previous Page Table of Contents Spis treści


This material is made available by JewishGen, Inc. and the Yizkor Book Project for the purpose of fulfilling our mission of disseminating information about the Holocaust and destroyed Jewish communities. This material may not be copied, sold or bartered without JewishGen, Inc.'s permission. Rights may be reserved by the copyright holder.


JewishGen, Inc. makes no representations regarding the accuracy of the translation. The reader may wish to refer to the original material for verification. JewishGen is not responsible for inaccuracies or omissions in the original work and cannot rewrite or edit the text to correct inaccuracies and/or omissions. Our mission is to produce a translation of the original work and we cannot verify the accuracy of statements or alter facts cited.

  Dembitz, Poland    Yizkor Book Project     JewishGen Home Page


Yizkor Book Project Manager, Joyce Field
This web page created by Lance Ackerfeld

Copyright © 1999-2008 by JewishGen, Inc.
Updated 11 Apr 2008 by MGH